Pasożyty wewnątrz nas

Zdarza się czasem – i wcale nie tak rzadko, że czujemy się źle, że wiemy, że coś jest nie tak, ale nie umiemy wskazać konkretnej przyczyny, objawy pasują do wielu możliwych diagnoz lub do żadnej. Próbujemy z nimi coś zrobić we własnym zakresie, stosując sprawdzone dotychczas metody lub idziemy do lekarza, który drapie się w głowę i przepisuje nam coś, co jego zdaniem powinno pomóc (z naciskiem na „powinno”, nie na „pomoże”). Okazuje się, że nie działa, że wciąż jest nam źle, mimo zmiany leków na inne, mimo stosowania kolejnych domowych sposobów – a potem nagle dowiadujemy się, że to, co braliśmy za coś zupełnie innego jest efektem działania niechcianego gościa wewnątrz nas: pasożyta (lub pasożytów). 

Pasożyty to wszelkie żerujące w nas i na nas organizmy, które wykradają, trawią nasz pokarm i wydalają swoje produkty przemiany materii, które gromadząc się latami w naszych narządach zaburzają ich pracę. Pasożyty zabierają gospodarzowi to co cenne, pozostawiają, to co szkodliwe.

Nas, z oczywistych powodów, interesują te żywiące się ludźmi, czyli przywry, tasiemce, pierwotniaki, obleńce, nicienie oraz pasożytnicze bakterie.  

Najczęstszą chorobą odpasożytniczą w Polsce jest tasiemczyca, jak sama nazwa wskazuje, wywoływana przez tasiemce – jednak najgroźniejsze są włośnica wywołana włośniem krętym, toksoplazmoza, której sprawcą jest mikroskopijny jednokomórkowy organizm (pierwotniak) oraz bąblowica wywołana zarażeniem tasiemcem bąblowcowym, we wszystkich bowiem w nich obserwuje się bardzo ciężki przebieg choroby i każda z nich grozi śmiercią. Jednak problemem na największą skalę nie są takie, jak wymienione choroby wywołane wprost przez pasożyty, lecz rozmaite schorzenia, stany zapalne i chorobowe wywoływane przez obecność w organizmie nieproszonych mieszkańców, a co za tym idzie, ich wydzielin, szczególnie toksyn. Pasożyty pozbawiają organizm niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania składników odżywczych: witamin, mikroelementów (głównie żelaza), hormonów oraz cukru. Wydzielają także toksyny, pochłaniają erytrocyty oraz osłabiają układ immunologiczny. W momencie osiągnięcia przez nie określonego stadium rozwojowego, powodują upośledzenie tkanek. Narządy wewnętrzne nie mogą wówczas prawidłowo funkcjonować.

Na atak pasożytów najbardziej narażone są dzieci, ich małe, delikatne organizmy gorzej radzą sobie z zagrożeniem, dodatkowo dziecięce zwyczaje – np. dotykania wszystkiego i wsadzania brudnych palców do ust dodatkowo zwiększają prawdopodobieństwo zakażenia. Dlatego maluchy często mają do czynienia z chorobami wywołanymi przez pasożyty, takimi jak:

  • lamblioza, choroba przewodu pokarmowego, której źródłem jest zakażenie pierwotniakiem Lamblia intestinalis; u dzieci lamblie powodują zaburzenia w przyswajaniu tłuszczów i węglowodanów, co prowadzi do niedoboru witamin, zaś częste biegunki powodują niedożywienie;
  • toksoplazmoza, choroba przenoszona głównie przez koty i inne zwierzęta, w których kale znajdują się zygoty pierwotniaka Toxoplasmagondii; po zakażeniu mogą zadomowić się w węzłach chłonnych, mięśniach szkieletowych, w mięśniu sercowym, mózgu, gałce ocznej i innych narządach, gdzie cykl rozmnażania rozpoczyna się na nowo;
  • owsica, wywoływana przez powszechnie znane owsiki – najłatwiejsza chyba do zdiagnozowania ze wszystkich, ponieważ każdy chyba rodzic spotkał się z tym, że dziecko w nocy zgrzyta zębami i skarży się na swędzenie w okolicy odbytu (powodowane przez złożone przez owsika jaja, wydzielające drażniącą ciecz);
  • toksokaroza, powodowana przez nicień zwany psią glistą, przenoszony głównie przez młode psy i koty (dlatego tak ważne jest właściwe odrobaczanie tych zwierząt); jaja pasożyta dostają się do przewodu pokarmowego zarażonego dziecka, gdzie wylęgają się jako larwy, a potem naczyniami krwionośnymi wędrują po całym organizmie, by ostatecznie zagnieździć się w wątrobie, ośrodkowym układzie nerwowym, oku, pasożyt ten może żyć w organizmie nawet dwa lata;
  • glistnica, wywoływana przez glistę ludzką, typowa choroba brudnych rąk, bowiem jaj pasożytów mogą być dosłownie wszędzie, na owocach, warzywach, nieumytych rękach, na sierści zwierząt; glista ludzka rozwija się w jelicie cienkim, z którego przemieszcza się po całym organizmie, przez serce, wątrobę, płuca, w których powodować mogą wielotygodniowe zapalenie tego organu; ostatecznie trafiają do górnych dróg oddechowych, powodując nieznośny kaszel, w efekcie którego trafiają z powrotem do gardła i zostają ponownie połknięte. W czasie drugiej wędrówki dojrzewają do postaci dorosłej glisty, która na stałe (do dwóch lat) zamieszkuje w jelitach, zanieczyszczając organizm toksynami.

 Przykład pasożytów wewnątrz nas. Do czego mogą doprowadzić lata zaniedbań.

Zasadniczo przyjmuje się, że objawy takie jak: problemy skórne, znamiona skórne, bóle głowy, problemy ze stanem paznokci, zgrzytanie zębami podczas snu, zaburzenia snu, zaburzenia układu odpornościowego, częste przeziębienia, astma, problemy gastryczne, bóle stawów i mięśni, alergie, anemie, zaburzenia łaknienia, chroniczne zmęczenie, nerwowość, sińce pod oczami, apatia bądź zwiększona pobudliwość mogą wskazywać na zakażenie pasożytami. Oczywiście, że mogą być objawami czegoś zupełnie innego, jednak kiedy stosowane zwykle metody nie dają rezultatów lub gdy ilość czy zestaw objawów nie odpowiada klasycznej diagnozie, albo gdy długotrwałe leczenie nie przynosi żadnych efektów (poza znaczącym pogorszeniem zdrowia oraz narażeniem na kolejne choroby, co szczególnie groźne – i niestety powszechne, powiązane często z nadużywaniem antybiotyków – jest w przypadku dzieci) warto rozważyć przyjęcie do wiadomości, że staliśmy się gospodarzem dla niechcianych organizmów i podjąć odpowiednie kroki zaradcze. Jak zwykle, najważniejsza jest profilaktyka – należy powstrzymać się od jedzenia surowego mięsa, myć owoce i warzywa przed jedzeniem i przestrzegać podstawowych zasad higieny osobistej, jednak kiedy zawiodła i ona, wtedy musimy zastosować zdecydowane środki. Warto także pamiętać, że niektóre z organizmów, które w nas bytują stają się pasożytami lub dają efekty podobne do nich dopiero wtedy, kiedy z powodu złej diety, nadużywania leków i innych błędów ich liczba przekracza próg, za którym stają się problemem, wcześniej będąc nieszkodliwym elementem skomplikowanego tworu, jakim jest nasze ciało.

Zacząć można od diagnozy – chociaż można spokojnie rozpocząć działania oczyszczające bez niej; zdiagnozować obecność pasożyta, udowodnić ją jest bardzo trudne, niektóre z nich wykrywalne są tylko podczas okresu składania jaj, inne tylko przez badania krwi na określone przeciwciała, inne jeszcze skuteczniej bronią się przed wykryciem, w zależności od metody i rodzaju pasożyta szansa wykrycia go wynosi niekiedy jedynie kilka procent. Środki stosowane w oczyszczaniu nie są lekami, nie mają skutków ubocznych jak farmaceutyki, którymi faszerują nas lekarze, dlatego ich używanie nie wiąże się z większym ryzykiem przy zachowaniu jedynie norm zdrowego rozsądku, inne zaś metody oczyszczania również pozbawione są elementu zagrożenia dla organizmu, również, oczywiście, przy stosowaniu ich z rozmysłem.

Jednym ze sposobów na wstępne oczyszczenie organizmu, a zarazem przygotowaniem go do zmiany trybu życia, która powinna być oczywistym krokiem kolejnym po oczyszczeniu jest zastosowanie diety. Nie będziemy opisywać tutaj szczegółowo żadnej z nich, warto jednak wspomnieć np. o diecie owowoco-warzywnej dr Dąbrowskiej, diecie bardzo restrykcyjnej, lecz jednocześnie znanej ze skuteczności w oczyszczaniu organizmu z toksyn i innych niepożądanych elementów. Inne diety ukierunkowane na oczyszczenie także składają się w większości z owoców i warzyw, dopuszczają jednak, w ograniczonym zakresie, produkty takie jak naturalne jogurty, kefiry, niektóre rodzaje kasz i chudego mięsa drobiowego lub ryb. Oczywiście, po zakończeniu diety oczyszczającej należy zadać sobie pytanie, czy miała być tylko chwilowym środkiem, krótkotrwałym kaprysem, czy też początkiem czegoś nowego, lepszego – bowiem jaki jest sens oczyszczania organizmu, jeśli za chwilę zanieczyścimy go znów wracając do starych, złych nawyków, do bezrefleksyjnego jedzenia i kupowania?

Skutecznym sposobem – stosowanym przez nas z bardzo dobrym efektem – jest używanie mikstury oczyszczającej według receptury opracowanej przez Fundację Biosłone (http://bioslone.pl/mo). Tworzą ją trzy składniki: środek blokujący wchłanianie (olej), środek gojący nadżerki (alocit – wodny roztwór soku z aloesu albo ekstraktu z pestek grejpfruta) oraz środek rozpuszczający złogi (sok z cytryny). Stosowanie mikstury oczyszczającej również odbywać się musi zgodnie ze zdrowym rozsądkiem i opisanymi na stronie Fundacji zaleceniami, jednak efekt jest gwarantowany i wiemy to najlepiej, pijemy ją od dobrych kilku miesięcy i jesteśmy bardzo zadowoleni z jej działania.

Największą skuteczność zapewnia stosowanie któregoś z wymienionych wyżej sposobów w połączeniu z odpowiednio przygotowanym preparatem wspomagającym oczyszczania, np. Parasine Plus, dostępnym w naszym sklepie. W jego skład wchodzi specjalnie przygotowania mieszanka ziół (owoc orzecha włoskiego, ziele rdestu ptasiego, goździki, liść szałwii, czosnek, korzeń goryczki, nasiona kozieradki, kwiat rumianku, owoc pieprzu czarnego, liść mięty pieprzowej, liść tymianku, owoc kopru włoskiego, żelatyna celulozowa), której zadaniem jest wyeliminowanie z organizmu niepożądanych drobnoustrojów pasożytniczych oraz substancji toksycznych. I jak w przypadku mikstury oczyszczającej, także i tutaj możemy zaświadczyć o skuteczności, ponieważ stosowaliśmy Parasine Plus z doskonałym efektem. Dla dzieci zaś wybraliśmy vernikadis, ziołowy, w pełni naturalny środek, który jest jednym ze skuteczniejszych jak się okazuje. Objawy takie jak uporczywy kaszel, duszność, które występują przy zapaleniu płuc, bądź oskrzeli potrafią być efektem właśnie pasożytów a dokładnie glista ludzka jest sprawcą takiej reakcji u dzieci.

Oczyszczenie organizmu z pasożytów nie jest celem samym w sobie – owszem, warto spróbować choćby po to, by poczuć, jak doskonale czujemy się, kiedy pozbywamy się nieproszonych lokatorów, kiedy nie musimy się obawiać nawracających chorób, kiedy każdego dnia możemy śmiało stawiać czoła wyzwaniom, ale tak, jak napisaliśmy wyżej, powinno być tylko wstępem do zmiany życia w wielu jego aspektach, do uzyskania większej świadomości tego, czym jesteśmy i co dla nas dobre, do odrzucenia tego, co sprzyja powstawaniu problemów (na przykład złe nawyki żywieniowe są zbawienne dla pasożytów, ponieważ tworzą dla nich wymarzone środowisko życia!), do poprawy jakości każdego naszego dnia.

Cukier nasz wróg

Cukier spożywczy, ten, z którym mamy do czynienia najczęściej, to sacharoza (musi jej być w cukrze minimum 99,7%), czyli organiczny związek chemiczny z grupy węglowodanów, produkowana z buraków cukrowych lub trzciny cukrowej. W sklepach spotykamy cukier biały, brązowy, nierafinowany  – ale prawda jest taka, że nie różnią się specjalnie od siebie. Biały cukier uzyskuje się w procesie ekstrakcji soku z buraków cukrowych przy użyciu gorącej wody, uzyskany surowiec poddaje się dalszemu oczyszczaniu mlekiem wapiennym i dwutlenkiem węgla. Następnie sok jest zagęszczany poprzez odparowywanie wody, aż rozpocznie się proces krystalizacji, potem następuje odwirowanie w celu oddzielenia kryształów od pozostałej części soku, kryształy są w końcu myte i suszone. W ten sposób uzyskuje się gotowy do pakowania cukier, zaś pozostałości po wirowaniu to melasa, brązowy syrop o zawartości sacharozy około 50%. Brązowy cukier to po prostu biały cukier barwiony melasą, czyli składnikiem wcześniej usuniętym podczas produkcji, zaś cukier nierafinowany to produkt, jak sama nazwa wskazuje, procesu, w którym pominięto etap oczyszczania dwutlenkiem węgla, w efekcie czego poza sacharozą można znaleźć w tym „zdrowszym” cukrze np. żelazo, wapń, magnez, ale ich ilości są śladowe i nie mają żadnego wpływu na dietę, poza może lepszym samopoczuciem osoby, której wydaje się, że wybrała „zdrowszy” rodzaj cukru. Tak samo mitem jest, że cukier trzcinowy różni się od cukru z buraków i tym samym jest mniej szkodliwy, owszem, proces oczyszczania przebiega odrobinę inaczej, ale produkt finalny to ta sama sacharoza o niemal stuprocentowym stężeniu, wystarczy zresztą popatrzeć na Amerykanów, którzy jedzą w zasadzie wyłącznie cukier trzcinowy, jakoś nie robią wrażenia specjalnie zdrowszych od Europejczyków, prawda? 

Nierzadko i wcale nie w żartach cukier nazywa się białą śmiercią i ta analogia do narkotyków, bo przecież pierwotnie to one zostały nią obwołane, nie jest wcale tak odległa. Po pierwsze, coraz głośniej zaczyna mówić się o tym, że cukier uzależnia bardziej niż heroina i kokaina; w przeprowadzonym w 2007 eksperymencie szczury wybierały między kokainą a słodzoną wodą, 94% (!) wybrało wodę, nawet te, które wcześniej zostały uzależnione od narkotyku preferowały cukier. W innym, podobnym eksperymencie szczury wolały wykonywać wielokrotnie dłuższą, wymagająca więcej wysiłku pracę po to, by móc wybrać cukier (nawet jeśli jego stężenie w wodzie było minimalne!) zamiast kokainy, która dostępna była dla nich znacznie łatwiej. Kolejny eksperyment na gryzoniach, tym razem na myszach dowiódł, że myszy były gotowe znosić wyjątkowo bolesne elektrowstrząsy, jeśli nagrodą miał być cukier. Pozbawienie szczurów przyzwyczajonych do sporych dawek cukru dostępu do niego sprawiało, że były rozdrażnione, roztrzęsione, nie potrafiły wykonywać najprostszych zadań, miały dokładnie te same objawy, co narkoman w fazie odstawienia.  

Cukier nie stanowił problemu, dopóki nie stał się powszechnie dostępny. Niegdyś rzadko spotykany i tak cenny, że często używano go jako środka płatniczego, dziś jest wszechobecny, na początku XX wieku spożycie cukru w Europie wynosiło około 5 kilogramów na głowę, dziś średnia w Unii Europejskiej to niemal 40 kilogramów. Jest we wszystkich niemal produktach spożywczych, nie tylko w tych najbardziej oczywistych, znajdziemy go wszędzie – a przecież nie ma drugiej tak szkodliwej, a jednocześnie tak łatwo dostępnej substancji! Wszyscy słyszeli o cukrzycy, wszyscy niemal myślą, że to niebezpieczeństwo dotyczy innych, jednak statystyka nie kłamie – w bardzo niedalekiej przyszłości na świecie będzie PÓŁ MILIARDA chorych na cukrzycę, zważywszy zaś, że większość z nich pochodzić z krajów rozwiniętych, nie da się dłużej udawać, że temat nie dotyczy Polski i Polaków.  

Cukrem karmieni jesteśmy od dziecka, teoretycznie rodzice wiedzą, że nadmiar szkodzi, ale nie potrafią odmówić dzieciom tej słodkiej radości, wyrabiając w nich w tym samym po pierwsze skojarzenie cukru z nagrodą, z przyjemnością, po drugie zaś przyzwyczajając ich organizm do smaku słodyczy, po trzecie – rozpoczynając ich krętą drogę do problemów ze zdrowiem w przyszłości, takiej  całkiem bliskiej, w której objawy są oczywiste (otyłość, próchnica i wiele innych schorzeń) i takiej odleglejszej, kiedy skumulowane skutki będą znacznie poważniejsze. Coraz powszechniej wskazuje się na związek między nadmiarem cukru i problemami z koncentracją u dzieci i dorosłych, z uczeniem się, a nawet z pojawianiem się depresji, co związane może być, według naukowców, z nadmierną produkcją insuliny, której podstawową rolą jest utrzymywanie poziomu cukru we krwi, jednak kiedy hormon ten przedostaje się do mózgu upośledza funkcje umysłowe. Cukier jest także wysoce kaloryczny – jedna łyżeczka to około 20 kcal, łatwo zatem policzyć, że kilka filiżanek kawy czy herbaty dziennie, do tego inne słodkości i nagle zastanawiamy się, skąd dodatkowe kilogramy, bowiem te kalorie zawarte w cukrze nie niosą ze sobą żadnych wartości odżywczych. Warto zatem także przyjrzeć się etykietkom rzeczy, które dajemy dzieciom, by pod różnymi nazwami (sacharoza, dekstroza, syrop kukurydziany, glukozowo-fruktozowy, słód jęczmienny, syrop cukrowy, koncentrat soku owocowego, glukoza, maltoza, melasa) odkryć szkodnika.  

Cukier wypłukuje z organizmu sole mineralne i witaminy, podnosi ciśnienie krwi, poziom trójglicerydów i złego cholesterolu, zwiększając ryzyko chorób układu krążenia, zakwasza także organizm, powodując, że w celu przywrócenia równowagi musi on czerpać odpowiednie substancje z innych źródeł niż zwykle, powodując jeszcze większe naruszenie tego delikatnego mechanizmu, jakim jest ludzkie ciało. Zakwaszenie jelit prowadzi do powstania błędnego koła, kiedy cukier jest przyczyną chorób, a jednocześnie przeszkodą w ich leczeniu. Roztwory cukru silnie podrażniają błony śluzowe wyściełające żołądek i dwunastnicę. Metabolizowany jest w wątrobie, jednym z jej podstawowych zadań jest utrzymywanie jego poziomu w normie, nadwyżka zaś przetwarzana jest na kwasy tłuszczowe, te zaś w przypadku nadmiaru odkładają się w postaci tkanki tłuszczowej, sama zaś wątroba, przeciążona nie tylko cukrem (bo przecież z reguły nadmierne jego spożycie jest tylko jednym z elementów złego odżywiania się) zaczyna szwankować, stając się przyczyną bardzo poważnych problemów ze zdrowiem.  

W jednym z zeszłorocznych numerów „Newsweeka” znalazłam informację, która jest kolejnym smutnym potwierdzeniem faktu, że doganiamy powoli cywilizowany świat, ale głównie pod kątem ilości przypadków chorób właściwych społeczeństwom rozwiniętym i bogatym – otóż tempo przyrostu liczby osób otyłych jest w Polsce 10-krotnie wyższe niż w USA, można się pocieszać, że to tylko dlatego, że oni już są w większości grubi, a my jeszcze nie, ale już bardzo niedługo przestaniemy mieć jakiekolwiek powody do radości. Choroby związane z otyłością wysuwają się na pierwsze miejsce schorzeń leczonych ze środków publicznych, a jednocześnie nie rosną w żaden sposób nakłady na profilaktykę, choćby polegającą na uświadamianiu o szkodliwym wpływie cukru na organizm, być może dlatego, że przemysł związany z cukrem to potężna machina, także lobbystyczna. 

Póki zatem państwo nie zorientuje się, że koszty leczenia osób, które nie umiały rozsądnie dawkować sobie cukru przekraczają jakiekolwiek wpływy z tytułu podatków od produkcji i sprzedaży niechlubnego bohatera tego artykułu pozostaje nam samym zadbać o siebie, nie pozwolić sobie i bliskim na dobrowolne skracanie życia. Co można zrobić? Całe mnóstwo. Można zastąpić cukier jego zdrowym odpowiednikiem – ksylitolem, (któremu niedługo poświęcimy trochę miejsca na łamach bloga), syropem z agawy, syropem klonowym, stewią. Można ograniczyć spożycie cukru wprost, słodząc mniej, jedząc mniej słodyczy lub ograniczając ich spożycie do minimum i uważnie czytając etykiety na produktach. Warto dostarczyć organizmowi energię w postaci zdrowych węglowodanów (produktów pełnoziarnistych, warzyw, owoców), które podnoszą poziom cukru powoli, pobudzając wytwarzanie niewielkiej ilości insuliny. Warto poznać produkty o niskim indeksie glikemicznym i sięgać po nie: pełnoziarnisty chleb, dziki ryż, płatki owsiane, grejpfruty, jabłka, jagody, gruszki, suszone morele, wszystkie prawie warzywa, orzechy, pestki dyni czy słonecznika czy naturalne jogurty. Stowarzyszenie American Heart Association (AHA) zaleca:  

  • zmniejszenie spożycia słodkich napojów gazowanych, sztucznie słodzonych soków, słodkiej herbaty mrożonej etc. Najlepszym substytutem jest woda, niesłodzona herbata, naturalne, świeżo wyciśnięte soki.
  • zmniejszenie spożycia wysokoprzetworzonej żywności, zamiast niej więcej świeżych, pełnoziarnistych, niepakowanych produktów, takich jak warzywa, owoce, zboża, orzechy czy nasiona. Odstawienie przetworzonego pokarmu ma też inne zalety: wraz ze zmniejszeniem ilości cukru mniej spożywamy soli, tłuszczu i ogólnie kalorii, w które obfituje ten rodzaj gotowego do spożycia jedzenia. 

Zakażenie organizmu wirusem grypy

Zima to sezon grypowy, niby oczywiste, ale dlaczego tak się dzieje? Dlaczego wirus znajduje lepsze środowisko do życia podczas chłodnych dni? Otóż, po pierwsze, zimą powietrze jest bardziej suche, co sprzyja przenoszeniu się wirusa drogą kropelkową. Po drugie, odporność organizmu obniżona jest przez ten sam chłód, który pozwala wirusowi pokonywać większe odległości, zwężone przez dłuższy czas naczynia krwionośne w nosie oznaczają, że mniej jest ciepłej krwi dostarczającej białe krwinki zwalczające infekcję, zaś śluzówka nosa, będąca pierwszą linią obrony jest wysuszona, więc osłabiona, przez niską temperaturę, co znacząco wpływa na możliwość chronienia nas przed wirusem. Po trzecie, spędzamy więcej czasu w zamkniętych pomieszczeniach, więc prawdopodobieństwo spotkania nosiciela wirusa jest znacznie większe. Wirus grypy jest najbardziej uniwersalnym ze wszystkich znanych wirusów, ponieważ jest powinowaty do wielu tkanek. Widać to po tym, że w infekcji grypowej chory odczuwa dolegliwości wielonarządowe – uogólniona gorączka, uczucie totalnego rozbicia, łamanie we wszystkich kościach, ogólne bóle mięśni. A właśnie to powinowactwo komórkowe umożliwia wnikanie wirusa w głąb naszego organizmu.

Przy sprawnie funkcjonującym systemie odpornościowym zakażenie organizmu wirusem grypy jest po prostu niemożliwe. Już pierwsza linia obrony, czyli śluz wydzielany przez błonę śluzową dróg oddechowych, skutecznie wyłapie i unicestwi nieliczne na początku wirusy, nie dopuszczając do rozwoju infekcji grypowej.

Wirus dostaje się do dróg oddechowych i przywiera do powierzchni komórek, po czym zaczyna przekazywać swoje geny do jądra komórki. Replikuje i przejmuje funkcje komórki, a jego kopie przenikają do błony komórkowej, którą w końcu niszczą i w ten sposób otwierają wirusowi drogę do pozostałych komórek ciała. Etap, w którym wirus namnaża się w drogach oddechowych powoduje ich zapalenie i opuchnięcie, są więc najczęściej pierwszym objawem infekcji (wtedy właśnie mówimy sobie „chyba coś mnie bierze”). Proces replikacji wirusa trwa zwykle kilka dni, zanim nasz system odpornościowy zacznie walczyć z zakażeniem.

Najczęstsze objawy grypy znane są wszystkim, kaszel, katar, wodnisty lub ten zatykający, gorączka, bóle całego ciała, zmęczenie – i te objawy, chociaż niespecjalnie przyjemne nie są zasadniczo groźne dla organizmu, jednak osłabienie układu odpornościowego może narazić nas na powikłania, zapalenie płuc lub oskrzeli, zapalenie ucha, zatok, w szczególnych zaś przypadkach doprowadzić może do niewydolności układu krążenia i innych, potencjalnie śmiertelnych schorzeń.

Samo zakażenie wirusem nie wystarczy, by doszło do rozwoju choroby, całkiem zdrowy organizm poradzi sobie z agresorem na bardzo wczesnym etapie, organizm zaś słaby nie jest w stanie należycie zwalczać go, więc zakażenie przebiega niemal bezobjawowo. Czasem system odpornościowy oblicza szanse na poprawne przeprowadzenie – przy pomocy wirusa – operacji wymiany komórek niepełnosprawnych na zdrowe i w przypadku stwierdzenia, że nie ma odpowiednich zasobów rezygnuje z niej.  Czasem system odpornościowy nie jest w stanie zniszczyć wszystkich wirusów, może jedynie utrzymywać ich ilość pod swoistą kontrolą, co sprawia, że choroba nie ma ostrych objawów, przyjmuje za to postać przewlekłą, z częstymi nawrotami. Często pomagają leki – ale ponieważ nie istnieją de facto leki przeciw wirusom stosuje się takie, które działają na objawy i generalnie wspomagające system odpornościowy.

Uszkodzenie komórek przez wirusy oznacza, że konieczna jest ich regeneracja – ale najpierw trzeba pozbyć się tych uszkodzonych, co odbywa się przez przerobienie ich na ropę, która jest wydalana z organizmu. Proces zamiany w ropę zajmują się komórki zwane fagocytami, a że zadanie to wymaga sporej energii, dostarczana jest ona w postaci wzrostu temperatury. Uszkodzone komórki zastępowane są nowymi, zdrowymi, ale to także wymaga sporej energii, więc przychodzi temperatura wspomagająca anabolizm, czyli proces przetwarzania prostych substancji na związki złożone.

Warto zauważyć, że jeśli mamy gorączkę, to poprawnym sposobem postępowania jest leżenie w łóżku, a nie zbijanie jej chemią i udawanie, że jesteśmy w stanie funkcjonować zupełnie normalnie. Trzeba położyć się do łóżka, przykryć i wypocić, to wiedziały już nasze prababcie, a skoro tyle pokoleń stosowało właśnie taką metodę – i to skutecznie, nie powinniśmy jej ignorować, zwłaszcza, że wychodzenie na dwór w takim stanie może spowodować poważne powikłania.

Wirus grypy może paradoksalnie pełnić rolę inicjatora kapitalnego remontu naszego organizmu, kiedy system odpornościowy wykorzysta go w procesie oczyszczania ciała z komórek funkcjonujących niewłaściwie i odbudowy prawidłowej tkanki, co w konsekwencji doprowadzić może do stanu, w którym organizm nie będzie już potrzebował pomocy z zewnątrz (wirusa), by porządkować samego siebie. Najważniejsze zatem jest usunięcie przyczyny tworzenia się tych niewłaściwych komórek. I tu wracamy do sprawy najbardziej podstawowej – jelit, bowiem po odpowiednim zadbaniu o ich stan, po uszczelnieniu nabłonka przewodu pokarmowego, po zmianie sposobu życia i przyjęciu zasad zdrowego odżywiania istnieje spore prawdopodobieństwo, że odtąd o grypie będziemy jedynie słyszeć, sami jej nie doświadczymy.

Walkę zatem z grypą pozostawmy naszemu organizmowi i nie przeszkadzajmy mu w tym, nie starajmy się cały czas zbijać gorączki, nie jedzmy, kiedy czujemy, że apetytu brak, nie starajmy się likwidować objawów za wszelką cenę, oczywiście, wszystko w granicach rozsądku, kiedy temperatura wzrośnie do niebezpiecznych wartości, trzeba ją zmniejszyć, kiedy boli tak, że nie można wytrzymać, można przyjąć jakiś środek przeciwbólowy. Należy dbać o nawodnienie organizmu, żeby stężenie toksyn w płynach ustrojowych nie wzrosło nadmiernie.

I kiedy grypa mija, warto zwrócić uwagę, jak nasz organizm informuje nas o tym, że choroba była pomocna w procesie oczyszczenia, warto zwrócić uwagę na to, jak wiele mamy siły i ochoty do życia, więcej niż przed chorobą. Warto zauważyć, jak zmienia się nasz nastrój, kiedy organizm oczyści się tak skutecznie i warto na co dzień dbać o to, by nie zanieczyszczać go ponownie, tak, by żaden wirus nie był więcej potrzebny.

 

Kokos i jego właściwości

Palma kokosowa to drzewo, które spotkać można prawie na wszystkich tropikalnych morskich brzegach – może mierzyć nawet trzydzieści metrów, a pierzaste liście osiągają od czterech aż do sześciu metrów długości. Jej owoc często waży nawet do 2,5 kilogramów, jego ogromnym atutem jest przy tym zawartość składników, które mają drogocenny wpływ na ludzkie zdrowie – nasyconych kwasów tłuszczowych i cukrów, żelaza, potasu i witaminy C. Palma kokosowa jako roślina uprawna jest niezwykle ekonomiczna i w ciągu roku może dać nawet do siedemdziesięciu pięciu owoców.

Z orzecha kokosowego uzyskuje się olej kokosowy, niemal w całości (90%) składający się z nasyconych kwasów tłuszczowych, z których zaś połowę stanowi kwas laurynowy, przekształcający się w organizmie w monolauryn – związek chemiczny, który w dużych ilościach znajduje się tylko w dwóch produktach: oprócz kokosa zawarty jest w mleku matki, gdzie jest bardzo ważnym elementem budowania odporności rozwijającego się organizmu dziecka. Ma on silnie bakteriobójcze i wirusobójcze właściwości, niszczy drobnoustroje takie jak wirus HIV, cytomegalowirus, wirus opryszczki, przeziębienia, a także bakteria Helicobacter pylori. Inaczej niż antybiotyki, które zabijają całą florę bakteryjną organizmu – w tym także tą dobroczynną – monolauryn atakuje tylko szkodliwe wirusy i bakterie. Z kolei na powierzchni skóry antybakteryjne i antywirusowe właściwości kwasu laurynowego sprawiają, że znakomicie nadaje się do zwalczania infekcji, wysypek i im podobnych problemów dermatologicznych .

Tym, co wyróżnia olej kokosowy spośród innych olejów jest także trwałość: jest odporny na wysoką temperaturę, dzięki czemu może być przechowywany w każdych w zasadzie warunkach. Olej kokosowy znajduje  wiele zastosowań w kosmetyce, ale w i w kuchni zajmuje centralne miejsce – da się nim zastąpić wiele używanych dotychczas tłuszczów. Olej kokosowy nie zawiera szkodliwych tłuszczów trans, utlenionego cholesterolu, który przyczynia się do problemów z przyswajaniem insuliny, do powstawania cukrzycy, raka, i chorób autoimmunologicznych. Jest za to bogaty w witaminy i minerały: magnez, potas, wapno i żelazo. Stanowi zamiennik nie tylko tłuszczu używanego do smażenia, może być nawet używany do smarowania pieczywa!

Kolejną pozytywną cechą oleju kokosowego jest jego pomocne działania przy zrzucaniu wagi – paradoksalnie, w tym przypadku tłuszcz wspomaga ten proces, ale jest to tłuszcz specyficzny, wyjątkowy, charakterystyczny wyłącznie dla oleju kokosowego, składający się z kwasów tłuszczowych o prostej budowie, łatwiejszych do przyswojenia przez organizm i nie pozostawiających zbyt wiele produktów ubocznych odkładających się w komórkach naszego ciała.

 

Co jedzą nasze dzieci?

Słodycze, parówki, fast food, błyskawiczne kisiele i galaretki, płatki śniadaniowe, chipsy, soki w kartonikach – czy można wymyślić lepszy zestaw, patrząc z punktu widzenia dziecka? Chyba nie, a który rodzic nie lubi uśmiechu własnej pociechy, który rodzic nie chce jej szczęścia? Spełniamy zatem ich zachcianki, przecież to „od czasu do czasu”, przecież „nie zaszkodzi”, przecież najważniejsze, żeby było szczęśliwe. Cóż, nie można chyba być bardziej krótkowzrocznym – bowiem w dalszej perspektywie okazuje się, że krzywdzimy tego małego człowieczka, fundujemy mu przyszłość pełną problemów i przez nieumiejętności odmowy (wygodę?) rujnujemy zdrowie. 

Co łączy wszystkie te produkty? Przede wszystkim wszystkie zawierają mnóstwo dodatków chemicznych, znajdziemy je w słodyczach i w parówkach, w żywności typu „instant” i w sokach robionych z zagęszczanych koncentratów. W większości z nich znajdziemy albo cukier w ilościach znacznie przekraczających normy zdrowego rozsądku (jeśli w ogóle można o takich mówić w przypadku cukru) lub sól w podobnie subtelnych proporcjach.  

Oczywiście, każda z pozycji na liście ma swoje cechy specyficzne, na przykład parówki: 95% dostępnych na rynku do de facto śmieci, odpady pozostałe z produkcji „prawdziwego” mięsa, tłuszcz, zmielone korpusy, skóry wieprzowe  i substancje sklejające to paskudztwo w całość, polepszacze, konserwanty, zagęszczające i nadające dobry wygląd parówkom, substancje równie zdrowe lub naturalne jak pozostałe składniki parówek. 

Fast food… Temat rzeka, w zasadzie wszyscy wiedzą, że szkodzi, wszyscy wiedzą, że jest niezdrowy, ale nie przeszkadza to im widocznie, o czym świadczą w zasadzie zawsze obecne w McDonald’s lub KFC kolejki. Owszem, większą część stałych bywalców stanowią nastolatki, którzy bardzo szybko i łatwo zaadoptowali styl życia swoich rówieśników z krajów Zachodu, ale mnóstwo jest rodzin z dziećmi, które na niedzielny spacer, obiad wybierają się w takie właśnie miejsca, a dzieci uczone są, że wizyta w barze fast food jest swego rodzaju nagrodą! O wadach fast food, o zagrożeniu ze strony „junk food” (śmieciowego jedzenia) napisano sporo książek, powstały o nim filmy (polecamy „Super Size Me”, warto obejrzeć, by przekonać się, jak kończy się dieta oparta na hamburgerach, frytkach i reszcie). I co? Nic. Smutne, prawda? 

Telewizyjne reklamy atakują nasze dzieci bajkowymi opowieściami o tym, jak powstają płatki, jak czekoladowy deszcz zalewa pola lub sympatyczny królik walczy z całych sił, by wydrzeć je z rąk złego wilka, a potem obdarować nimi dzieci. Trudno nie wierzyć w nie, jeśli ma się kilka lat i je się coś tak pysznie słodkiego – ale właśnie, słodkiego! Pod pretekstem dostarczania dziecku porannej energii, zastępowania nudnego i zwyczajnego śniadania czymś o wspaniałym smaku nasze dzieci karmione są cukrem w dużych ilościach, barwnikami. Wydaje Wam się, że te wszystkie witaminy, minerały i inne opisywane w reklamach zalety płatków są tym, czym się wydaje? Bynajmniej, tych naturalnych dawno nie ma, ponieważ w procesie przetwarzania zboża zniknęły i zostały zastąpione syntetycznymi odpowiednikami, więc gdzie to zdrowie? 

Oddzielny temat to tłuszcze do smarowania – te słodkie i te mniej, kremy czekoladowe, orzechowe i miksy margaryny i mleka. O ile w stosunku do tych pierwszych już sama ich formuła – słodkie i tłuste – sprawia, że mamy sporo wątpliwości co do ich wpływu na zdrowie (i słusznie, składają się głównie z tłuszczów, w tym utwardzanych tłuszczów roślinnych, do tego barwniki, konserwanty, substancje smakowe), to od dawna toczy się dyskusja o wyższości margaryny nad masłem i odwrotnie, tymczasem okazuje się, że jest ona w zasadzie bezprzedmiotowa. Margaryna miała być zdrowsza, ponieważ zawierać miała tłuszcze nienasycone – i tak byłoby, gdyby nie fakt, że w procesie produkcji i utwardzania tłuszczy roślinnych przekształcają się one w tłuszcze nasycone, a co gorsze, w tłuszcze trans, które są wyjątkowo szkodliwe dla człowieka.

Pozostając przy nabiale zajmijmy się jogurtami owocowymi. Zachwalane są jako źródło zdrowia, dobroczynnych bakterii – i to prawda, ale zapomina się o informowaniu w reklamach, że w tych samych jogurtach nasze dzieci dostają kilka łyżeczek cukru, a to nie tylko równoważy zalety jogurtów, ale wręcz sprawia, że stają się one szkodliwe, ponieważ o wpływie cukru pisaliśmy już wcześniej, a w dodatku dzięki niemu namnażają się grzyby i inne szkodliwe organizmy. 

Zmierzając do końca przejdźmy do produktów w oczywisty sposób szkodliwych, jednak wciąż obecnych w diecie dzieci, ba! Sklepiki szkolne pełne są dokładnie takich rzeczy, nie wiemy często nawet, że nasze dziecko zupełnie bez żadnej kontroli, ograniczone jedynie posiadanymi środkami finansowymi objada się chipsami, pije słodkie, gazowane napoje lub soczki z kartonów, ponieważ nie zdaje sobie sprawy z ich szkodliwości – więc warto uświadamiać na każdym kroku, najlepiej dawać przykład dzieciom poprzez niefolgowanie sobie nigdy, nie tylko w ich obecności. Chipsy składają się głównie z tłuszczu, spośród wszystkich łatwo dostępnych przekąsek są najbardziej kaloryczne i najgroźniejsze – 100g chipsów zawiera ponad dwukrotnie więcej kalorii niż 100 g boczku! W dodatku nie spotkamy na rynku przecież chipsów o smaku ziemniaków, wszystkie praktycznie zawierają sztuczne dodatki smakowe, nie mówiąc nawet o olbrzymich ilościach soli!

Słodkie napoje, zarówno gazowane, jak i soki uzyskiwane z koncentratów – oczywistym jest, że do ich produkcji używa się zatrważających ilości cukru lub sztucznych słodzików (których wpływ na organizm wciąż podlega gorącej dyskusji, zasadniczo dietetycy nie polecają korzystania z nich), ale poza tym równie szkodliwe barwniki, koncentraty smaku, drażniący przełyk dwutlenek węgla. Jaki jest zresztą sens picia soku z koncentratu, który powstaje poprzez odparowanie wody – a potem dodanie jej ponownie? Przy okazji do „soku” dodaje się wzmacniacze smaku, utraconego w procesie odparowywania, słodzi się go, dorzuca równie przetworzone kawałki owoców i „naturalny” sok gotowy.  

To wszystko, co napisaliśmy powyżej – dość oczywiste i naturalne, ale czy stosujemy te zasady na co dzień? Oczywiście, że stosujemy! Nasze dzieci nigdy nie były pojone colą ani oranżadą, nie jadły chipsów, słodycze zawsze były ograniczone do minimum i do wyjątkowych okazji. Nie karmiliśmy ich nigdy margaryną ani czekoladowymi kremami, piły jogurty wyłącznie naturalne, staraliśmy się, by w ich diecie znajdowało się jak najmniej produktów, co do których mieliśmy wątpliwości, czy nie będą im szkodzić. Od czasu zaś, gdy wzrosła nasza świadomość i zaczęliśmy żyć inaczej, jedzą jeszcze bardziej zdrowo – a my razem z nimi. Piją karob z mlekiem ryżowym zamiast tradycyjnego kakao, zamiast cukru używamy ksylitolu, maka orkiszowa zastąpiła pszenną – i w tym roku szkolnym i przedszkolnym żaden z nich nie był jeszcze chory na tyle, by musieć zostać w domu, żaden z nich nie traci ani chwili z radości życia, a my jesteśmy szczęśliwymi, spokojnymi rodzicami.