Na grzyby

Sezon na grzyby trwa w najlepsze, w dodatku pogoda postanowiła, że w tym roku nastąpi idealny zbieg warunków dla rozwoju grzybów, więc nie pozostało mi nic innego, jak skorzystać z tej okazji i w niedzielę pochodziłam trochę po lesie w poszukiwaniu tych darów natury, szczególnie że znajomi namawiali nas ostatnio i zachwalali własne zbiory. Jak się okazało, słusznie! Warto było, w kilka godzin udało się nazbierać całkiem sporo grzybów, w dodatku zażyliśmy ruchu na świeżym powietrzu, ten rodzaj aktywności ma same zalety.

Co do zalet samych grzybów, warto sobie wyjaśnić kilka spraw. Przede wszystkim twierdzenie, że grzyby nie mają żadnych wartości odżywczych – to mit. Owszem, nawet 90% grzybów stanowić może woda, jednak te pozostałe 10% to w zasadzie same dobre dla zdrowia rzeczy, część z nich wspólna jest dla wszystkich (jadalnych, rzecz jasna!) grzybów, inne zaś są elementem unikalności poszczególnych gatunków.

Te 10%, o których mowa, to przede wszystkim białko i niezbędne aminokwasy, nie najmniejsza wcale ilość tłuszczów  – a także witaminy i minerały. W grzybach znajdziemy witaminy A, B1, B2, D, PP, a także niewielkie z zasady ilości witaminy C; grzyby poddane działaniu promieni UV (np. w świetle słonecznym) wytwarzają duże ilości witaminy D. Są także źródłem selenu (zmniejszającego ryzyko raka układu moczowego), żelaza, sodu, wapnia, fosforu, potasu oraz dostarczają podobne do roślin ilości jodu, cynku, manganu. Grzyby są jednocześnie niskokaloryczne, więc raczej nie staną się powodem tycia, jednak warto pamiętać, że ich ciężkostrawność wyłącza je co do zasady z diety małych dzieci i osób mających problemy z trawieniem.

Poniżej wybrane właściwości niektórych gatunków grzybów – zaznaczam, że nie chciałam pisać wyłącznie o tych, które można znaleźć na niedzielnej wycieczce do lasu, ogólnie  grzyby jako pożywienie uważam za coś wartego uwagi w każdej postaci, więc także godnego polecenia bez względu na to, czy rosną na Dolnym Śląsku czy w okolicach Tokio:

  • borowiki, maślaki, podgrzybki, kozaki – wykazują właściwości przeciwzapalne i przeciwbakteryjne, są naturalnymi cytotoksynami (potrafią zabijać komórki nowotworowe), zawierają także duże ilości lecytyny, są także mocnymi przeciwutlaniaczami,
  • kurki – mają najwięcej witaminy C ze wszystkich powszechnie spotykanych grzybów, najwięcej potasu oraz są jednym z lepszych źródeł witaminy D, wykazują także właściwości przeciwpasożytnicze,
  • pieczarki – wzmacniają system odpornościowy, zwiększają bowiem produkcję substancji antywirusowych oraz przyspieszają tworzenie komórek odpowiedzialnych za odporność ze szpiku kostnego, pieczarki są także bardzo cennym źródłem przeciwutleniaczy (chronią na przykład przed rakiem piersi); przeprowadzone w USA badania wykazały, ze osoby otyłe, które zamieniły mięso na pieczarki traciły sporo na wadze, w dodatku proporcje ich ciała zmieniały się na bardziej naturalne;
  • boczniaki – bardzo bogate w przeciwutleniacze, w badaniach naukowych wskazywane są jako jedno z najbardziej obiecujących rozwiązań problemu wirusa HIV, zawierają błonnik, kwas foliowy, mało tłuszczu, wykazują właściwości obniżające poziom cholesterolu oraz przeciwbakteryjne i przeciwwirusowe, a także przeciwzapalne
  • shiitake – grzyby teoretycznie egzotyczne, ale coraz łatwiej dostępne i to nie tylko w orientalnych daniach serwowanych w restauracjach, warto przyjrzeć się temu gatunkowi, ponieważ wykazuje znaczący wpływ na poprawę zdrowia w przypadku wrzodów żołądka, problemów z ciśnieniem krwi, zaburzeń pracy wątroby, alergii i chorób autoimmunilogicznych, wykazują także właściwości,
  • maitake – wykazują właściwości zabijające komórki raka, znacząco obniżają ryzyko wystąpienia raka, wzmacniają układ odpornościowy, szczególnie w zakresie zwalaczania pasożytów.

I najważniejsze, nie dajmy się zwariować, niedawno w mediach znów rozpętano histerię po zatruciu się małej dziewczynki muchomorem sromotnikowym. Pomijając fakt, że rodzice podający czterolatce grzyby nie należą do poważnych, warto zauważyć, że nie potrzeba specjalnej wiedzy, by grzyby zbierać i jeść. Dla tych najbardziej nieprzekonanych wciąż aktualna jest zasada, by nie zbierać niczego, co ma blaszki i pozostać wyłącznie przy tych z rurkami; dla pozostałych istnieje wiele źródeł, z których można czerpać wiedzę na temat grzybów i ich rozpoznawania oraz przyrządzania. A poza tym, jak już pisałam, taki wypad do lasu na grzyby w środku złotej jesieni, w słoneczną niedzielę, to sprawa bardzo przyjemna sama w sobie!

Zamiast nutelli

Do dziś byłam przekonana, że nie istnieje coś takiego, jak zdrowa nutella – i pewnie mam rację, ta kupowana w sklepie nigdy, pod żadnym pozorem nie może być za taką uważana. Jednak okazało się dziś, że i dla tego wynalazku istnieje zdrowa, przepyszna, a w dodatku łatwa w przygotowaniu alternatywa, którą poleciła mi jedna z moich stałych klientek. Postanowiłam natychmiast wypróbować przesłany mi przepis i… Początkowy sceptycyzm ustąpił miejsca zdziwieniu, a potem zadowoleniu, kiedy okazało się, że z kilku zdrowych składników w krótkim czasie udało mi się stworzyć coś, czym już zachwycone są moje dzieci, a podejrzewam, że i mąż się skusi, w końcu ta sklepowa nutella jest przysmakiem małych i dużych.

A teraz przepis, banalny w swojej prostocie:

  • olej kokosowy – 150 g,
  • migdały blanszowane lub inne orzechy – ok. 150 g,
  • kakao (oczywiście, prawdziwe!) – 3 łyżki stołowe,
  • miód, jako naturalny składnik słodzący – 3 łyżki stołowe.

Migdały mielimy najdrobniej, jak to tylko możliwe (w młynku lub za pomocą innego urządzenia kuchennego). A potem chwila niespecjalnie ciężkiej pracy fizycznej, do której z powodzeniem można zaprosić maluchy, dzieci uwielbiają pomagać w kuchni, kiedy mogą traktować to jak zabawę lub gdy dotyczy rzeczy tak przyjemnej; pracy fizycznej polegającej na mieszaniu wszystkich składników na jednolitą masę. I oto cała tajemnica zdrowego zamiennika nutelli!

A dla porównania skład tej sklepowej: cukier, olej roślinny, orzechy laskowe(13%), odtłuszczone kakao (7,4%), odtłuszczone mleko w proszku (5%), laktoza, serwatka w proszku, emulgator: lecytyna sojowa, aromat. Brzmi paskudnie, prawda? Cukier na pierwszym miejscu, bo zgodnie z dyrektywą Unii Europejskiej jest składnikiem, którego w tym produkcie najwięcej (więcej niż połowa), do tego warto porównać proporcje składników, nasze orzechy stanowią ok. 40% masy, kakao też mamy więcej, w dodatku prawdziwe, nie „odtłuszczone w proszku”. Mleko, laktoza – o „zaletach” nabiału pisaliśmy wielokrotnie; emulgator, aromat. Nie, dziękuję, wolę moją własną wersję kremu!

Hummus, co to takiego?

„Ciecierzyca” – to nie tylko nazwa doskonałej w smaku, pożywnej i zdrowej rośliny strączkowej, to także nazwa sporządzanej z niej pasty, nazwa w języku arabskim brzmiąca „hummus”. W języku polskim słowo to zwykle kojarzy się z jego wersją pisaną przez jedno „m”, ale zapewniam, że nie mają one ze sobą nic wspólnego – poza wymową. Hummus jest tradycyjnym (notowana historia jego spożywania ma już około piętnastu stuleci) daniem z Półwyspu Arabskiego, którego podstawowymi składnikami były ciecierzyca, sezam, cytryna i czosnek. Dziś hummus ma mnóstwo odmian i daje nieograniczone niemal możliwości żonglowania składnikami i ich kombinacjami.

Ciecierzyca (roślina) znajdowała się w diecie naszych przodków już ponad pięć tysięcy lat temu, co wydaje się być dość oczywistym wyborem, jest bowiem roślina ta jednym z lepszych źródeł białka, cynku, fosforu i kwasu foliowego (choć, oczywiście, zakładam, że badania składu nie były przeprowadzane w późnej epoce kamienia gładzonego). Zawiera niewiele tłuszczów, w dodatku są to w większości tłuszcze wielonienasycone, nie tylko nie wpływa więc na nasz organizm tucząco, udowodniono również, że ciecierzyca może przyczyniać się do obniżenia poziomu cholesterolu.

Połączenie tak zdrowej rośliny z innymi składnikami, z których wiele znanych jest także ze swojego dobrego wpływu na nasz organizm zaowocowało powstaniem potrawy nie tylko pożywnej i zdrowej, ale również smacznej, o czym może przekonać się każdy, kto samodzielnie przygotuje sobie hummus w domu (a jest to banalnie proste) lub kupi gotowy, choćby w naszym sklepie. Ciecierzycę można przyrządzać na znacznie więcej sposobów, jednak ten jest moim ulubionym, dlatego właśnie jemu postanowiłam poświęcić ten krótki wpis.

Mój sposób na hummus to przepis przeznaczony dla Thermomixu. Nie ukrywam, że jest to urządzenie, które ułatwia mi życie na tysiąc różnych sposobów, więc korzystam z niego codziennie, jednak przepis nadaje się także dla osób używających bardziej tradycyjnych narzędzi (blender i młynek):

  • 250 g suchej ciecierzycy,
  • 1,5 l wody,
  • 30 g nasion sezamu,
  • 2 ząbki czosnku,
  • 20 g oleju, sezamowego,
  • 60 g oliwy z oliwek,
  • 50 g soku z cytryny,
  • 1 łyżeczka soli,
  • 1 łyżeczka papryki słodkiej,
  • pieprz cayenne, do smaku.

Zaczyna się zawsze od moczenia ciecierzycy (6 do 8 godzin) w 0,5 litra wody. Odsączam potem ją, prażę nasiona sezamu, mielę je, potem ciecierzycę miksuję z litrem wody. Następnie ciecierzyca jest gotowana, gotową odcedzam (ale wywaru nie wylewam!), dodaję czosnek, zalewam 100 g wywaru, mieszam wszystko. W końcu dodaję zmielony sezam i inne składniki – i to cała tajemnica dobrego hummusu, jem go w zasadzie codziennie, nie znudził mi się ani trochę i raczej nie zapowiada się na to; jest to także przepis dla osób, które nie mają czasu albo ochoty, by rano przygotowywać sobie zdrowe śniadanie – wystarczy wyciągnąć słoiczek z lodówki i posmarować chleb hummusem, gotowe!

Jak pisałam wcześniej, skład hummusu zapewnia jego dobroczynne działanie dla zdrowia, czosnek jest naturalnym antybiotykiem i sposobem na wiele problemów, sezam to źródło wapnia, mnóstwo witamin i składników mineralnych oraz przeciwutleniaczy, o zaletach oliwy z oliwek nie trzeba przekonywać chyba nikogo. Cytryna dodaje sporo witaminy C, pisałam już na blogu także o właściwościach przypraw, w tym papryki i pieprzu. Brzmi nieźle, prawda? Hummus początkowo brzmiał dla mnie jak dość egzotyczny pomysł, jak eksperyment z gatunku tych raczej bardziej odważnych, jednak spróbowałam i teraz nie wyobrażam sobie, żeby w mojej kuchni mogło go zabraknąć, stał się elementem naturalnym jak mój samodzielnie pieczony chleb orkiszowy. Przygotowanie go zaś jest banalnie proste, więc polecam wszystkim, spróbujcie!

Żelazo – niedobór i nadmiar

Istnieje wiele składników odżywczych, bez których życie jest niemożliwe, jednak niewiele z nich jest tak widocznych gołym okiem jak żelazo, które nadaje krwi jej kolor (ciekawostka: krew krabów i im podobnych jest niebieska, gdyż odpowiednikiem ludzkiego żelaza jest w niej miedź). Hemoglobina zawiera żelazo, które wiąże się z tlenem i w służy do jego transportu do wszystkich części ciała, choć to, oczywiście, niejedyne zastosowanie żelaza w naszym organizmie. O tym, jak ważne jest żelazo świadczy fakt, że do życia potrzebują go w zasadzie wszystkie organizmy na Ziemi – bakterie, rośliny, zwierzęta. Ludzki organizm uznaje żelazo za tak ważny element, że nie istnieje mechanizm pozbywania się jego nadmiaru, co może powodować poważne problemy w przypadku braku odpowiedniej regulacji dostarczania żelaza.

Jak napisaliśmy, najważniejszą funkcją żelaza w naszym ciele jest dostarczanie tlenu do komórek, bez niego nie są w stanie przeżyć ani prawidłowo się kształtować. Prawidłowa regulacja poziomu żelaza w organizmie ma jednak także inną funkcję – chroni nas przed infekcjami i pozwala je zwalczać. Żeby żyć, także bakterie potrzebują żelaza, organizm, który prawidłowo steruje poziomem żelaza nie dostarcza im wystarczających jego ilości, przez co muszą zużywać znacznie więcej energii na jego pozyskiwanie, w efekcie rozmnażają się znacznie wolniej, a mechanizmy obronne naszego ciała są w stanie znacznie skuteczniej walczyć z infekcją. Podwyższony poziom żelaza w organizmie jest niebezpieczny, ponieważ znacznie zwiększa ryzyko bakteryjnej infekcji. Opisywany tu mechanizm jest skuteczny w przypadku krótkotrwałych infekcji, jednak kiedy mowa o przewlekłych stanach zapalnych sytuacja się komplikuje, ponieważ w odpowiedzi na taki stan wątroba wytwarza większe ilości hormonu o nazwie hepcydyna, który zmniejsza absorbcję żelaza i w efekcie może prowadzić do anemii na tle zapalnym.

W ciele dorosłego człowieka znajduje się około czterech-pięciu gramów żelaza, z czego połowa w hemoglobinie, reszta zaś jest magazynowana głównie w szpiku kostnym, wątrobie i śledzionie. Kiedy zaczynają się problemy z regulacją poziomu żelaza prowadzącego do jego niedoborów w pierwszej kolejności opróżniane są te właśnie magazyny, dlatego pierwszy etap niedoboru przebiega w zasadzie bezobjawowo. Wchłanianie żelaza to proces o zmiennej intensywności, bowiem od pięciu do trzydziestu pięciu procent żelaza z pożywienia jest wchłaniane przez organizm. Wartości te zależne są przede wszystkim od źródła żelaza, najlepiej wchłaniane jest żelazo pochodzące z pokarmów zwierzęcych, jednak inne czynniki również mają olbrzymie znaczenie: poziom żelaza zmagazynowanego w ciele, ilość produkowanych przez szpik nowych czerwonych krwinek, poziom hemoglobiny w organizmie oraz poziom tlenu we krwi.

Nieodpowiedni poziom żelaza może być wynikiem nadmiaru lub niedoboru tego pierwiastka, biorąc pod uwagę, że ten drugi stan jest spotykany znacznie częściej chciałabym skupić się przede wszystkim na nim, szczególnie, że ostatnio spotkałam się z nim wśród moich znajomych, dlatego temat jest dla mnie zdecydowanie na czasie, ponadto sądzę, że może zainteresować nawet tych, którym temat wydaje się abstrakcyjny, ale ich samopoczucie nie pozwala im myśleć, że wszystko jest w porządku; czasem niedobór żelaza jest prostym wyjaśnieniem problemu, a jego uzupełnienie prostym rozwiązaniem.

Najczęstszymi przyczynami niedoboru żelaza są:

  • niewłaściwa dieta, o co w dzisiejszych czasach nie tylko nietrudno, ale nawet śmiało można założyć, że w zdecydowanej większości to właśnie główny winowajca, uboga w żelazo lub bogata w składniki zmniejszające absorbcję żelaza, na przykład wapń, kwas fitowy, taniny,
  • zwiększone zapotrzebowanie na żelazo, którego nie można zaspokoić aktualną dietą,
  • zwiększona utrata żelaza, zwykle spowodowana utratą krwi,
  • przewlekły stan zapalny, o którym pisaliśmy wcześniej i związana z tym nadprodukcja hepcydyny,
  • niezdolność do absorpcji żelaza z powodu uszkodzenia jelit w wyniku np. chorób (choroba Crohna, celiakia).

Jak rozpoznać niedobór żelaza? W pierwszej fazie, w której wykorzystywane są rezerwy, objawy praktycznie nie występują lub są znikome, w dodatku mają niespecyficzny charakter. Kiedy jednak zaburzenie to przechodzi do fazy „aktywnej” łatwo zauważyć, że coś jest nie tak, ponieważ zaczynają się objawy takie, jak:

  • stałe uczucie zmęczenia,
  • otępienie,
  • bladość,
  • wypadanie włosów,
  • drażliwość,
  • skurcze mięśni,
  • osłabienie,
  • łamliwe paznokcie,
  • spaczony apetyt (na rzeczy, które zwykle nie są zaliczane do pokarmów),
  • pieczenie i ból języka,
  • zajady w kącikach ust,
  • szorstka skóra,
  • osłabienie odporności,
  • zespół niespokojnych nóg,
  • anemia (niedokrwistość).

W większości przypadków wystarczy zwykła zmiana diety, jednak warto wcześniej zapoznać się z tabelą zawartości żelaza w rozmaitych produktach, do tego należy brać pod uwagę wspominaną wcześniej różnicę we wchłanianiu się żelaza w zależności od rodzaju produktu. Pamiętacie z dzieciństwa, jak mówiono Wam, że szpinak równa się żelazo? Mit funkcjonował i dalej ma się świetnie, tymczasem jest mnóstwo produktów, które mają w sobie żelaza znacznie więcej, w dodatku wartość wchłaniania ze szpinaku wynosi raptem 1%, tymczasem z mięsa nawet ponad 20, z ryb zaś około 10 (lista umieszczona poniżej to zawartość podana w mg na 100g produktu). Do tego pamiętać należy, że herbata (taniny!) ogranicza wchłanianie żelaza nawet o 70%, kawa o 40%, o takich oczywistościach, jak odstawienie szkodliwych produktów nie musimy chyba nawet wspominać.

  • kminek – 67
  • śledziona wołowa – 45
  • kurkuma – 41
  • cząber – 38
  • anyż – 37
  • wątroba wieprzowa – 23
  • papryka – 21
  • płuca wieprzowe – 19
  • soja – 16
  • sezam – 15
  • wątroba kurza – 13
  • pestki dyni – 13
  • otręby pszenne – 11
  • fasola – 10
  • serca kurze – 9
  • płuca wołowe – 8
  • soczewica – 8
  • amarantus – 8
  • pestki słonecznika – 7
  • orzechy nerkowca – 7
  • siemię lniane – 6
  • pietruszka – 6
  • ciecierzyca – 6
  • razowa mąka żytnia – 5
  • groch – 5
  • kasza jaglana – 5
  • szpinak – 4
  • orkisz – 4
  • jajko gotowane – 2.

Do naszej listy wybraliśmy produkty nie tylko bogate w żelazo, ale do tego ogólnie zdrowe i smaczne (wiem, wiem, kwestia gustu). Jak widać, leczenie z niedoboru żelaza może odbywać się w sposób nieinwazyjny, do tego przyjemny – nie polecamy bowiem samodzielnej suplementacji preparatami z żelazem, można je tylko pod ścisłą kontrolą lekarza i łatwo przesadzić. To, co polecamy, to badanie poziomu żelaza przy okazji wizyty w laboratorium, test daje jasną i szybką odpowiedź, czy wszystko jest w porządku i czy to właśnie poziom żelaza jest przyczyną naszego złego samopoczucia. Oczywiście, polecamy również lekturę naszego bloga i innych, podobnych stron, by móc odżywiać się lepiej niż do tej pory i by lista zmartwień w życiu skróciła się przynajmniej o te wynikające ze złej diety.

„Antyrak”, czyli lektura obowiązkowa

Nie ulega wątpliwości, że rak to rzecz straszna, wie o tym każdy, kto się z nim zetknął w ten czy inny sposób, a nie ma chyba wśród nas w tych czasach nikogo, kto nie miał żadnej bezpośredniej styczności z osobą cierpiącą z jego powodu. Niektórzy doświadczyli utraty bliskiej osoby, inni spotkali się z rakiem w nieco większej odległości, ale wszyscy rozumieją, jak poważna to sprawa – i jak, wydawałoby się, beznadziejna. Klasyczna medycyna w przypadku raka stosuje chemioterapię, radioterapię – lub rozkłada bezradnie ręce. Medycyna naturalna proponuje znacznie szersze spektrum możliwych rozwiązań, jednak wiele z nich traktowanych jest przez ogół raczej podejrzliwie ze względu na ich dość kontrowersyjny charakter lub wręcz bazowanie na podstawach bardziej mistycznych niż rzeczywistych. Czy jest możliwa droga kompromisu? Oczywiście, że tak! I David Servan-Schreiber, autor książki „Antyrak” udowadnia dość skutecznie tę tezę, w dodatku czyniąc to w taki sposób, że od książki nie sposób się oderwać dopóki nie dojdziemy do ostatniej strony.

David Servan-Schreiber był (niestety, zmarł w 2011) francuskim psychiatrą i neurobiologiem, który w 1991 roku przypadkiem trochę dowiedział się, że ma guza mózgu. Będąc naukowcem potrafił podejść do tego inaczej niż większość nas, zwykłych ludzi; potrafił zachować się w tej sytuacji nie jak zrozpaczony pacjent, a jak naukowiec, który – oczywiście, że przytłoczony ciężarem diagnozy, oczywiście, że z tego powodu odczuwający emocje w większości negatywne – postanowił potraktować swój przypadek jak szansę na odkrycie nowych rejonów, na rozszerzenie posiadanej wiedzy, na zupełnie inne spojrzenie na temat raka i zdrowia w ogóle.

Podstawowa teza książki Servana-Schreibera jest następująca: rak jest w każdym z nas, nie ma ludzi wolnych od ryzyka. Rak pozostaje uśpiony lub nie, można przejść całe życie bez śladu jego aktywności, można zostać zaatakowanym przez niego bez względu na wiek, płeć, kolor skóry. Istnieją jednak czynniki, które mogą przyczyniać się do zwiększenia ryzyka uaktywnienia się mechanizmów rakowych i istnieją takie, które to ryzyko skutecznie zmniejszają. Te pierwsze to zachodni styl życia i wszystko, co się z nim wiąże (dieta, brak ruchu) oraz zanieczyszczone środowisko naturalne, te drugie to styl życia bliższy naturze – a przede wszystkim przemyślana, zorganizowana dieta.

Tak, wiemy, że takie informacje można znaleźć w sieci i nie tylko, ale tym, co wyróżnia „Antyraka” spośród innych podobnych mu pozycji jest jego konstrukcja, w której każdy rozdział kończy się bardzo długą listą książek, artykułów i innych publikacji, z których korzystał autor podczas pisania. Nie da się ukryć, że robi niesamowite wrażenie lektura choćby właśnie tej listy, widać bowiem z niej, ile serca i zaangażowania włożył autor w to, by jego książka była czymś więcej niż zbiorem przypuszczeń i pobożnych życzeń. Udało mu się w sposób naprawdę wspaniały, stworzył bowiem ten naukowiec z krwi i kości publikację naukową dostępną dla każdego, w której przystępna forma nie spowodowała zubożenia treści.

„Antyrak” ma także cechę, której brakuje wielu pozycjom – autentyczność. Autentyczność przeżyć autora, autentyczność naukowego podejścia do tematu, autentyczność otwartego umysłu. Autentyczność będącą kolejną, wielką zaletą książki, bowiem wielokrotnie spotykamy się z pozycjami z założenia ważnymi, ale tracącymi przy bliższym poznaniu z powodu braku więzi autora z treścią. W przypadku „Antyraka” więź ta jest wyczuwalna na każdej niemal stronie, zarówno w opisach osobistych odczuć, jak i w fascynacji naukowca wynikami badań, możliwościami oferowanymi przez hipotezy oraz procesem ich udowadniania lub obalania. Kiedy pisze o obserwowanych przez siebie lub innych trendach i tendencjach wyczuwa się prawdziwą ciekawość, będącą cechą najlepszych naukowców, którzy nigdy nie spoczywają na laurach.

Być może to zawodowe podejście, być może to specyfika wykonywanej profesji psychiatry, ale widać także, że David Servan-Schreiber należy do tych, którzy pacjentów traktują jak istoty ludzkie. To rozróżnienie wynika z mojego przekonania, że lekarze dzielą się na tych, którzy traktują pacjentów jak pacjentów i na tych, którzy traktują ich jak ludzi; ci pierwsi przychodzą do pracy takiej, jak każda inna, na etacie, odbębniają swoje godziny na taśmie, widzą choroby, rozpoznania i procedury oraz listę leków, ci drudzy przychodzą do miejsca, w którym realizują swoje powołanie pomagania ludziom, słuchają ludzi, rozmawiają z nimi, starają się dociec przyczyny problemu i szukają rozwiązań, które nie będą służyły chwilowemu łataniu dziur w zdrowiu, lecz rozwiążą kłopot definitywnie (albo przynajmniej będą się starać). Właśnie ci drudzy będą bardziej otwarci na inne możliwości, nie wypiszą antybiotyku dopóki nie uznają tego za konieczne, pomogą w zmianie stylu życia, wspomną o diecie, zasugerują rozwiązania inne niż leki. I do tej grupy należał Servan-Schreiber, interesowało go bardziej „dlaczego” niż „co”, uważał, że profilaktyka jest znacznie lepszym rozwiązaniem niż dopuszczanie do wystąpienia problemu – i wtedy dopiero walka z nim.

Jest „Antyrak” także książką, która przemówi do sceptyków – do tych wszystkich, którzy wierzą w zasadzie bezgranicznie w konwencjonalną medycynę i jej sposoby, do tych, którzy z pogardliwym uśmiechem kwitują choćby wzmiankę o medycynie naturalnej, o diecie jako sposobie walki o zdrowie, do tych, którzy będą do ostatniej krwi bronić chemioterapii i radioterapii jako jedynych sposobów zwalczania raka. Dzięki swojemu profesjonalnemu podejściu i otwartości na świat nieco mniej konwencjonalny stworzył autor pozycję, której nie można ani zanegować jako poradnika znachora ani z góry odrzucić jako pochwałę medycyny nowoczesnej. Nie, udało mu się połączyć w równowadze idealnej jedną i drugą ścieżkę, dlatego tak potężną moc posiada książka, w której odnajdziemy odpowiedź na niejedno dręczące nas w związku z rakiem i strachem przed nim pytanie.

Nie będę pisać w szczegółach, o czym jest książka, pozostawiam odkrycie tej wiedzy czytelnikom, jednak chciałabym zauważyć, że czytelnicy naszego bloga odnajdą w niej wiele znanych im już tematów, znajdą w niej podobne pytania jak te, które stawiamy na blogu; można powiedzieć, że poczują się w niej jak w domu. Autor powtarza pewne zalecenia do znudzenia niemal, ale niebezpodstawnie, uważa bowiem, że największymi błędami, jakie popełnia współczesny człowiek jest takie odżywianie się, w którym olbrzymi udział mają trzy podstawowe czynniki karmiące raka i dające niemal stuprocentową pewność jego przebudzenia: rafinowany cukier, wysokoprzetworzona biała mąka i brak równowagi między kwasami omega-3 i omega-9. Oczywiście, to tylko pewna część jego wywodu, ale czuję drobną satysfakcję, kiedy myślę, że udało mi się dojść do podobnych wniosków jeszcze zanim zapoznałam się z „Antyrakiem”.

Oczywiście, polecam „Antyraka” każdemu, bowiem wierzę w teorię autora, że rak jest w każdym z nas i w to, że w dużej mierze od nas samych zależy, czy pozwolimy mu przejąć kontrolę nad naszym życiem, czy pozwolimy mu w ogóle w naszym życiu zaistnieć. Polecam „Antyraka”, bo autor uświadamia nas w wielu sprawach, ale także obala mity, takie jak ten, że wystarczy samo pozytywne nastawienie, by pokonać raka. Polecam, bo autor pozwala nam na inne spojrzenie na „raka bez choroby” – tak bowiem widzi temat Servan-Schreiber – na efekt przewlekłego, permanentnego stanu zapalnego organizmu, który jest zawsze przyczyną raka. Polecam, bo rzadko która pozycja każe nam myśleć tak dużo, a jednocześnie daje nam mnóstwo rad, wskazówek i wskazuje tyle rozwiązań.

Niedługo napiszę kilka słów o innej książce Davida Servana-Schreibera, „Można się żegnać wiele razy”, książce pożegnalnej, pisanej wtedy, gdy kończył się ten odebrany rakowi czas, żył bowiem autor dwadzieścia lat od diagnozy – a dawano mu w najlepszym wypadku zaledwie ułamek tego czasu. Książce, w której autor przyznaje się, że jemu także zdarzało się nie do końca stosować do jego własnych zaleceń, nie do końca przestrzegać polecanych przez niego zasad, wie bowiem, jak ciężko jest żyć tak bardzo konsekwentnie, jak ciężko jest nigdy nie zbaczać z wyznaczonej ścieżki. Dzięki jednak otwartemu umysłowi i temu, że postanowił uczynić z reszty życia coś naprawdę cennego, coś, co mógłby przekazać innym, udało mu się przeżyć dwie bardzo wartościowe dekady i pomóc niezliczonym rzeszom ludzi na całym świecie.