Babka dwukolorowa

Dziś w moim małym cyklu „jak zrobić, żeby było szybko, zdrowo, kolorowo” babka dwukolorowa. Moje wszystkie chłopaki ją uwielbiają, jest bardzo smaczna, a w dodatku, jak większość przepisów, które zamieszczam lub planuję zamieścić, bardzo łatwa do wykonania. Przepis ten przydaje się za każdym razem, kiedy brakuje czasu na bardziej skomplikowane i wymyślne przepisy, w domu zaś tylko najbardziej podstawowe składniki – a słodkiego się chce!

DSC00184
Składniki:

Rozpoczynamy od rozgrzania piekarnika do temperatury 180 stopni. Czekając na osiągniecie przez niego właściwej temperatury jajka wbijamy do dużej miski, dosypujemy ksylitol i ubijamy mikserem przez około 5 minut, masa powinna stać się lekko puszysta. Następnie dosypujemy mąkę orkiszową i ziemniaczaną oraz proszek do pieczenia, olej i cukier waniliowy.
Całość mieszamy doprowadzając do powstania jednolitej masy (ok. 3-5 minut). 2/3 masy wylewamy do natłuszczonej foremki (może być to foremka na babkę bądź taka do chleba). Do reszty ciasta dodajemy kakao i mieszamy. Wlewamy drugą część ciasta do foremki. Mieszamy widelcem warstwy, żeby powstał odpowiedni wzór.
Wkładamy do piekarnika i pieczemy ok. 50 – 60 minut. Wierzchu posypujemy cukrem pudrem, najlepiej takim z ksylitolu. Babkę można również polać polewą według własnego uznania.

DSC00187 DSC00192

Wapń – gdzie go szukać, jeśli nie w nabiale?

Mleko i wapń wydają się być nierozerwalnie ze sobą związane, jak jin i jang, jak noc i dzień, jednak od dawna wiadomo już, że związek ten należy do rodzaju toksycznych i to w dosłownym znaczeniu, bowiem korzyści związane z wapniem i jego dostarczaniem naszemu organizmowi nie są wystarczające, by równoważyć zagrożenia płynące ze spożywania nabiału w każdej niemal postaci. Pisałam już o niezdrowym wpływie mleka i nabiału wielokrotnie, polecam zamieszczony tu kilka miesięcy temu film na ten temat wszystkim tym, którzy wolą informacje w skondensowanej, konkretnej formie, więc nie będę się specjalnie powtarzać, przypomnę tylko najważniejszą tezę: człowiek nie jest stworzony do spożywania nabiału, szkodzimy naszemu organizmowi karmiąc go mlekiem i jego przetworami.

Dobrze zatem, skoro mleko jest tak złe, skąd brać wapń? Wyobrażam sobie czasem, w jaką panikę wpadłoby mnóstwo osób, gdyby wiedza o szkodliwości nabiału stała się jeszcze bardziej powszechna i nie była zaciemniana przez rozmaite kampanie społeczne przekazujące zakłamany obraz rzeczywistości. Wyobrażam sobie, bowiem doskonale wiem, że wiedza na temat pozyskiwania wapnia z innych produktów niż mleczne jest – delikatnie mówiąc – niewielka, chociaż przecież tak niewiele trzeba, by dowiedzieć się znacznie więcej, może nawet nie w chęci tu problem, tylko w braku świadomości, skoro nie wie się o problemie, to dlaczego miałoby się szukać sposobów jego rozwiązania, dlatego staram się na każdym kroku mówić o szkodliwości nabiału i przekonywać do jego zastąpienia czymś znacznie zdrowszym.

Wapń to metal niezwykle istotny dla naszego życia i zdrowia, nie ulega wątpliwości, że bez niego nasz organizm nie miałby szans funkcjonować prawidłowo, bowiem:

  • wapń wchodzi w skład kości (99% wapnia w organizmie znajduje się właśnie w nich), jest jednym z najważniejszych elementów tworzących zdrowe, mocne kości,
  • bierze udział w przewodzeniu impulsów bioelektrycznych,
  • jest koniecznym elementem zapewnienia prawidłowości procesu skurczu mięśni, w tym mięśnia sercowego,
  • zapewnia właściwe krzepnięcie krwi,
  • przyczynia się do zapewnienia odpowiedniej przepuszczalności błon komórkowych i naczyń włosowatych,
  • bierze udział w procesie wytwarzania enzymów i hormonów.

Wszystkie te cechy sprawiają, że nie może być nawet mowy o niedbaniu o właściwy poziom wapnia w organizmie, jednak, skoro mleko to taki „cudowny” sposób, jak dbać właściwie, tak, by korzyści przewyższały szkody? To proste, poniżej przedstawiamy listę kilkunastu produktów, których zawartość wapnia jest tak wysoka, że mogą stanowić doskonały zamiennik nabiału; warto zauważyć, że część z nich przewyższa mleko pod względem ilości wapnia, a jeśli dodamy do tego inne zalety wymienionych poniżej produktów, otrzymujemy gotową receptę, jak pozbyć się jednego z elementów niesławnej „białej trójki”; pozostałych- cukru i mąki – mam nadzieję, pozbyliście już dawno. Dla przypomnienia, w 100 g mleka krowiego znajduje się około 100-120 mg wapnia, zalecane zaś dzienne spożycie dla dorosłego wynosi około 1000-1500 mg, dla dzieci w zależności od wieku od 200 mg do nawet 1500 w przypadku dzieci w okresie najszybszego wzrastania.

Zawartość w 100 g produktu:

  • melasa z karobu – chleba świętojańskiego –  3150 mg,
  • mak – 1300 mg,
  • surowe ziarno sezamu niełuskanego – 1160 mg,
  • tahini – 426 mg,
  • sardynki w puszce – 350-500 mg,
  • suszone figi – 203 mg,
  • migdały – 250 mg,
  • amarantus – 248 mg,
  • soja – 230 mg,
  • orzechy – do 200 mg,
  • quinoa – 200 mg,
  • szpinak – 200 mg,
  • natka pietruszki – 190 mg,
  • tofu – 150 mg,
  •  jarmuż – 150 mg,
  • morele suszone – 139 mg,
  • czosnek  – 85 mg,
  •  fasola szparagowa  – 65 mg,
  •  brukselka – 60 mg,
  • soczewica – 50 mg,
  • jaja kurze – 50 mg,
  • płatki owsiane – 55 mg.

Mleko to zło – niestety, nie ma w tym grama przesady. Mleko i nabiał to przepis na kłopoty, więc jeśli chcemy zachować zdrowie, jednocześnie dostarczając organizmowi odpowiednie ilości składników odżywczych, nie ma wyjścia, musimy się trochę rozejrzeć, poszukać zamienników mleka (np. z pomocą powyższej listy), zweryfikować nasz jadłospis i nawyki żywieniowe. Gwarantuję Wam, że efekty będą piorunujące, od tych długofalowych, na przykład większej odporności do takich widocznych niemal od razu, na przykład znacznego polepszenia się stanu skóry (zdumiewające, jak zmniejsza się liczba choćby rozmaitych pryszczy i innych paskudztw).Już teraz zdarzają się dermatolodzy, których pierwszym zaleceniem jest odstawienie nabiału. Dlatego po raz kolejny – wapń tak, mleko nie!

Soczewica – kokos curry

O tym, że rośliny strączkowe są kwintesencją zdrowia, nikogo przekonywać nie trzeba, od zawsze wiadomo, że należą do najlepszych dla człowieka źródeł energii, od zawsze, a przynajmniej od tysięcy lat, jak pisaliśmy choćby przy okazji wpisu o hummusie. Dziś zajmiemy się rośliną równie długo jak ciecierzyca obecną w jadłospisie człowieka (niektóre dowody wskazują na jej spożywanie przez pierwotnych ludzi już trzynaście tysięcy lat temu!), może nawet dłużej, a zdecydowanie równie bogatą w składniki odżywcze i będącą niemal niezastąpioną pozycją w jadłospisie.

Soczewica występuje w wielu odmianach, w całej palecie barw, przede wszystkim w zieleni, której odcieni jest przynajmniej kilkanaście, do tego spotykamy odmiany brązowe, żółte, pomarańczowe, a nawet czarne, różnorodność dotyczy także rozmiaru nasion, nie jest zatem soczewica na pewno rośliną monotonną. Uprawiana współcześnie jest na całym świecie, ale niemal połowa produkcji pochodzi z Kanady, zaś ten kraj wraz Indiami, Turcją i USA są wytwórcami łącznie 80% światowej produkcji soczewicy.

Soczewica to przede wszystkim białko, jedna trzecia ich kalorii pochodzi właśnie z białka, w tej kategorii soczewica znajduje się na samym szczycie listy wartości odżywczych, w jej białku zaś znajduje się bogaty zestaw niezbędnych aminokwasów. Oczywiście, nie samym białkiem soczewica słynie, może także się pochwalić zawartością:

  • błonnika, którego jest w niej niemal 11%,
  • tłuszczu w rozsądnej, niewielkiej ilości (1%),
  • węglowodanów (57%),
  • witaminy A,
  • witamin B1, B2, B6, PP,
  • witaminy C,
  • magnezu,
  • fosforu,
  • żelaza (w 100 mg soczewicy znajduje się ponad połowa dziennego zapotrzebowania na żelazo),
  • sodu,
  • wapnia,
  • potasu.

Skrobia zawarta w soczewicy należy w sporej części do rodzaju powolnie trawionej (SDS – slowly digested starch), jest zatem polecana osobom cierpiącym na cukrzucę. Inne przejawy jej dobroczynnego wpływu na zdrowie to:

  •    obniżanie poziomu cholesterolu,
  •    dramatyczne zmniejszanie ryzyka chorób serca i układu krążenia,
  •    polepszanie pracy układu trawienia,
  •    stabilizowanie poziomu cukru we krwi,
  •    zwiększanie poziomu energii w powolny, zrównoważony sposób,
  •    wspomaganie procesu tracenia zbędnych kilogramów,
  •   zwiększanie ogólnego poziomu odporności organizmu.

Soczewicę podawać można na wiele różnych sposobów, moim ulubionym ostatnio jest zupa z soczewicy, gęste, pożywne i przepyszne danie, do tego niesamowicie proste do przyrządzenia. Przepis to zaledwie kilka kroków:

Składniki:

  • 200 g marchewki, pokrojonej w talarki,
  • 150 g cukinii, pokrojonej w kostkę,
  • 10 g oliwy z oliwek ( ok.3 łyżki),
  • 2 łyżki curry,
  • 300 g soczewicy czerwonej,
  • 1/2 łyżeczki kurkumy,
  • ok. 1 litra wody
  • 300 g mleczka kokosowego,
  • 2 łyżeczki soli,
  • 1/2 łyżeczki kminku.

Wykonanie:

Do garnka włożyć pokrojoną marchewkę i cukinię, dodać oliwę z oliwek i curry, poddusić to ok 3-5 minut w garnku. Dodać wodę, soczewicę i kurkumę. Gotować ok 30 min, następnie dodać pozostałe składniki, sól, mleczko kokosowe, kminek i gotować kolejne 20 min. Konsystencja zupy będzie dość gęsta i taka właśnie ma być. Można jeszcze dodać kolendrę mieloną, która zgłębi smak. A wygląda to tak!


Soczewica wraca na nasze stoły. „Polska kuchnia” kojarzy się tradycyjnie ze schabowym z kapustą i ziemniakami, ale to na szczęście powoli zmienia się nie tylko w tych domach, w których świadomość konieczności zdrowego odżywiania się jest większa. Jeszcze wiele jest do zrobienia w tej dziedzinie, czasem wydaje się to być zadaniem ponad czyjekolwiek siły, przekonywać, zmieniać, uczyć, ale soczewica jest jednym ze sposobów, żeby ta praca stała się lżejsza. Łatwa w przygotowaniu, smaczna, mogąca być podstawą rozmaitych dań – nie da się jej nie polubić!

 

Zdrowiej!

Po lekturze „Antyraka” absolutnie oczywistym wydawało mi się, że następna w kolejce będzie inna książka Davida Servana-Schreibera „Zdrowiej! Pokonaj lęk, stres i depresję”. I, przyznaję, było warto, albowiem książka jest co najmniej tak samo dobra, jak „Antyrak”, jeśli nie lepsza. Warto bowiem pamiętać, że autor w swojej pracy zawodowej zajmował się właśnie tematem zdrowia psychicznego, zaś sprawa raka stała się jego hobby z powodu przeżyć i osobistego zaangażowania.

Wbrew podtytułowi, książka nie stanowi prostej recepty na rozwiązanie problemów z wymienionymi w nim zaburzeniami, nie podaje nam szybkich, łatwych metod  – za to skupia się, podobnie trochę jak „Antyrak” na wskazywaniu nam innych sposobów patrzenia na nie oraz postępowania z nimi. Autor był profesorem psychiatrii, zajmował się leczeniem ludzi z użyciem różnych środków, ale z obu jego książek, które do tej pory czytałam widać, że nie był specjalnym fanem środków farmakologicznych w leczeniu schorzeń nerwowych i psychicznych, owszem, stosował je zgodnie ze sztuką, ale ewidentnie odczuwał zawsze niedosyt i ciekawość związaną ze stosowaniem innych metod.

Książka skupia się zdecydowanie bardziej na opisie tego, czego autor dowiedział się o funkcjonowaniu mózgu (mózgów – o tym za chwilę) niż na podawaniu rozwiązań naprawy tego funkcjonowania. Dowiemy się z niej, czym jest mózg emocjonalny, zdecydowanie odmienny od tego, który zajmuje się myśleniem, dowiemy się, dlaczego uczucia są w sercu, a niekoniecznie w głowie. Zapoznamy się z podejściem do tematu depresji prezentowanym przez ludzi Wschodu, dla których nie umysł choruje, a ciało – i depresja jest manifestacją zaburzenia fizycznej strony organizmu.

Poznamy czterech jeźdźców apokalipsy w rozpadającym się związku, przekonamy się, że posiadanie psa lub innego zwierzęcia nie jest wyłącznie radą dawaną samotnym dla zabicia czasu; autor uświadomi nas, że nagłe ruchy gałek ocznych to nie tylko kwestia oceny jakości snu, na jawie wykorzystanie wiedzy o tym, jakie mają znaczenie może leczyć najpoważniejsze problemy psychiczne.

Oczywiście, w książce nie mogło zabraknąć rozdziału poświęconego temu, co tygryski lubią najbardziej – diecie, chociaż nie da się ukryć, że autor przejawia fascynację (choć oczywiście opartą na badaniach naukowych i doświadczeniach) jednym z jej elementów, nie zapomina na szczęście o innych i mówi wprost – bez odpowiedniej diety zachowanie zdrowia psychicznego stoi pod dużym znakiem zapytania, wskazuje na jasną korelację między tym, co jemy, a tym, co mamy w głowach i jak potrafimy radzić sobie z wyzwaniami dnia codziennego.

Jest także książka jasnym dowodem, że nie ma cudownych środków farmakologicznych, które rozwiązują problemy ze zdrowiem psychicznym, „pigułka szczęścia” nie istnieje. Leki mogą pomóc, ale nie na stałe i nie bez (często) wywoływania większych jeszcze problemów niż te, które miały rozwiązywać. Bez zrozumienia siebie, bez przynajmniej próby zrozumienia, co jest pierwotną przyczyną nie znajdziemy rozwiązania, ta filozofia odpowiada temu, w co sama wierzę, także w dziedzinie zdrowia fizycznego, leczenie objawów nigdy nie pomaga, co najwyżej odwleka konieczność ostatecznego rozprawienia się z tym, co nam dolega naprawdę.

„Zdrowiej!” to książka, która otwiera oczy, zdrowie psychiczne jest wciąż bardzo niedocenianym elementem zdrowego życia, wciąż pokutuje w nas przekonanie, że stanowi coś mniej istotnego; nic bardziej błędnego! Statystyki mówią jasno, coraz więcej osób cierpi na zaburzenia nerwowe i psychiczne, coraz więcej z nich trafia do specjalistów, coraz więcej jest przypadków, w których problemy w psychice odpowiadają za występowanie problemów w fizycznej stronie życia, te sytuacje są szczególnie groźne, bo często dochodzi do leczenia za pomocą środków farmakologicznych o setkach skutków ubocznych nieistniejących schorzeń, a wystarczyłaby rozmowa, wystarczyłoby spojrzenie w głąb siebie, samodzielne lub z pomocą profesjonalisty.

Życie w zgodzie z samym sobą jest nawet ważniejsze od życia w zgodzie z otoczeniem, bo bez tej pierwszy ta druga jest raczej niemożliwa. Dlatego polecam „Zdrowiej!” każdemu, nawet tym, którzy sądzą, że niestraszne im żadne problemy z psychiką, że z ich nerwami wszystko jest w porządku, warto wiedzieć, jak ten stan utrzymywać i czego się wystrzegać, by pewnego dnia nie okazało się, że dyskusja o zdrowiu psychicznym przestała być wyłącznie teoretyczna.

 

Sobotnie zachcianki

Po sobotnim śniadaniu naszła  nas ochota na coś słodkiego, a że nie mamy na co dzień  w domu słodyczy, jak zwykle byłam zdana na siebie i swoją pomysłowość. Zajrzałam do szuflady kuchennej  i okazało się, że i tym razem uda mi się coś wykombinować dla dla dzieci. Zobaczyłam płatki owsiane i kakao, pomysł nasunął się sam.

  • syrop z agawy – 4 do 5 łyżek,
  • kakao – 3 łyżki,
  • masło – 3 łyżki,
  • woda – 3 łyżki,
  • wiórki kokosowe,
  • płatki owsiane, najlepiej drobne – 100 g.

Masło rozpuściłam w garnku do dając kolejno kakao i syrop z agawy, następnie płatki owsiane i wodę. Wymieszałam wszystko na jednolitą masę, dość gęstą aby udało się z niej uformować kuleczki. Część z nich obtoczyłam w wiórkach kokosowych, dzięki czemu wyszło coś na podobieństwo rafaello, tyle że kakaowe:). Coś podobnego robiliśmy w dzieciństwie i nazywało się to „granaty”, może nie wyglądało tak estetycznie jak te kuleczki ale było równie pyszne. Polecam wszystkim, których nagle dopadnie ochota na coś słodkie.