Przyczyny otyłości

Sobotni poranek, domowe obowiązki, w tle gdzieś włączony telewizor, program dokumentalny o ważącym ponad dwieście kilo pięćdziesięcioletnim Brytyjczyku, który ma przejść operację zmiany żołądka, ponieważ jest to dla niego ostatnia deska ratunku. W przerwach programu reklamy, wśród nich jedna poświęcona lizakom na ból gardła u dzieci. Jak to się łączy? W bardzo prosty sposób, wiecie dobrze, że skład produktu podawany jest w kolejności zależnej od procentowego udziału. I jak się nie denerwować, kiedy okazuje się, że ten „produkt leczniczy” (określenie uczynione w reklamie dla podkreślenia skuteczności lizaków) ma w składzie kilka ziół, znanych ze skutecznego działania w przypadku bólu gardła, ale stanowią one końcówkę listy składników – a zaczyna się ona „Cukier, syrop glukozowy, kwas cytrynowy, aromaty”. Pięknie, dla leczenia bólu gardła karmić powinniśmy dzieci cukrem i syropem glukozowym (czyli jeszcze większą ilością cukru). Brawo za pomysł.

A wiąże się to z tematem programu dokumentalnego w banalny sposób – cukier, tłuszcz, dwa podstawowe powody otyłości, a tymczasem właśnie ich jest najwięcej we wszystkim, co najbardziej smakuje dzieciom i czym są karmione przez rodziców, czasem nawet w nagrodę, czasem w przekonaniu, że to takie dobre, robić dziecku przyjemność, podczas gdy właśnie uczymy je paskudnych, złych nawyków, które kiedyś je, być może, zabiją, a na pewno uczynią ich życie nieznośnym, tak jak w przypadku bohatera dokumentu. Jak bowiem inaczej opisać jego życia, skoro:

  • wstawanie z łóżka odbywać musi się w określonej kolejności czynności, trzeba uważać, żeby nie doszło do dyslokacji biodra, przejście do pozycji pionowej zaś staje się wyzwaniem,
  • praca (jest kierowcą autobusu) staje się niemożliwa, bo nie mieści się w fotelu, kierownicę musi trzymać pod brzuchem (potem i tak został zwolniony, bo osoby z bezdechem sennym, kolejnym z możliwych skutków otyłości, nie mogą być kierowcami autobusów),
  • mycie jest męczarnią, długotrwałym, skomplikowanym procesem, w którym musi wykorzystywać rozmaite pomoce, by sięgnąć tam, gdzie osoba szczupła nie ma żadnego problemu, a i tak nie jest w stanie zachować higieny, grzybica stóp jest efektem niemożliwości dotarcia do nich,
  • papier toaletowy jest bezużyteczny, nie ma możliwości podtarcia się, by zatem zachować elementarny poziom czystości musi tak celować z wypróżnieniami, by natychmiast potem móc się kąpać,
  • spodnie, mające w pasie 66 cali (168 centymetrów!) stały się już za wąskie, konieczne jest kupno większych.

Brzmi fantastycznie, prawda? W zasadzie każdy czytający taką listę żachnie się i będzie się dopatrywać w tym wszystkim wyłącznie dowodów na słabą wolę osoby otyłej, ale problem polega na tym, że większość z tych samych osób nie widzi nic złego w przekarmianiu dzieci, pasieniu ich cukrem, białą mąką, produktami tak bogatymi w tłuszcz, że niewiele poza nim mieści się w nich. Ignorancja jest nieszczęściem, ale jeszcze większym to, że nie robi się z nią nic w szerokiej skali, skali całego społeczeństwa. Mieliśmy akcje picia mleka przez wszystkie dzieci, finansowane przez państwo – a nie mamy żadnych ostrzegających przed skutkami otyłości, mamy mnóstwo reklam leków, na przykład na bolące stawy, a żadnych informacji o tym, że mniejsza waga ciała, brak nadwagi i otyłości powoduje, że stawy po prostu nie bolą.

Winne – może nie wszystkiemu, ale na pewno większości problemów – są nawyki wyniesione z dzieciństwa, a potem kultywowane przez siebie samego, przede wszystkim w doborze produktów, którymi karmimy siebie i dzieci, ale także w sposobie ich jedzenia, brak śniadań zaraz po wstaniu z łóżka, potem często głodówka w pracy lub w szkole, a dopiero popołudniu wielki obiad z niezdrowych produktów. A potem wieczór przed telewizorem i podjadanie, a to kanapka, a to chipsy, a to cukierki, a to inne przekąski, jeśli wśród nich od wielkiego święta trafią jakieś owoce, to taka dieta w oczach osoby tak się odżywiającej nabiera charakteru niemal zdrowej… Ręce opadają – ale dokładnie tak wygląda świadomość znacznej części społeczeństwa, nieważne, że jem wszystko, wpycham w siebie kilogramy śmieci, ale wystarczy jabłuszko, żeby zrównoważyć złe konsekwencje takiej diety.

Ech, wiem, że nie ma szans uratować wszystkich, wiem, że nie ma szans pomóc każdemu, szczególnie, że mało kto chce tej pomocy, bo wiadomo, że wiąże się ona z wyrzeczeniami, ograniczeniami, koniecznością posiadania silnej woli i trzymania się swoich własnych obietnic. Ale i tak podnosi mi się nieco ciśnienie, kiedy oglądam taki program, bo widzę przyszłość, nieodległą, taką, w której będą żyć już nasze dzieci, przyszłość pełną otyłych, schorowanych ludzi, którzy winią za swój stan system, ale nie zamierzają z tym nic zrobić, ponieważ od dbania o ich zdrowie jest państwo, przecież płacą podatki!

A ja obejrzałam ten bardzo smutny, w gruncie rzeczy, program i wróciłam do moich porannych obowiązków. Trzeba było zamieszać mój chleb orkiszowy i wstawić go do piekarnika, wymyślić coś na obiad, ale w mojej kuchni dominują nieskomplikowane, smaczne, zdrowe potrawy, których przygotowanie nie wymaga wiele czasu ani zachodu. Zrobiłam sobie kawy, której nie posłodziłam cukrem, dzieciaki także nie dostały niczego z cukrem. I wiem, że dzięki temu wszystkiemu, dzięki temu, że myślę o tym, co jemy, myślę o tym, co szkodzi, co pomaga, za kilkanaście, kilkadziesiąt lat będą miały powód, żeby powiedzieć mi „mamo, dziękuję, że nie należę do tej większości, która cierpi każdego dnia i nie dożyje pięćdziesiątki”. I wierzę mocno, że przekażą tę wiedzę swoim dzieciom. 

Jak się nie dać zimowej depresji.

Jesień, zima, pory roku jakoś w ostatnich latach nie są już ani tak wyraźne, ani tym bardziej punktualne, jednak pewne elementy pozostają niezmienne – w tym szczególnie brak słońca, brak zieleni, nadmiar szarości i wcześnie przychodzące wieczory. Budzimy się w ciemności, wracamy do domu po pracy i ciemność już z nami jest, jakoś mniej w nas ochoty do życia, mniej energii. Dla niektórych ten czas nie stanowi większego problemu, ale są tacy, którzy przechodzą go naprawdę ciężko, tak ciężko, że można mówić o depresji jesienno-zimowej.

Oczywiście, że słowo „depresja” jest czasem nadużywane, są tacy, którzy będą ją u siebie rozpoznawać po jednym dniu gorszego nastroju, ale znam ludzi, którzy naprawdę cierpią na tę chorobę i wiem, że jest czymś znacznie więcej niż chwilowym obniżeniem nastroju, niektórzy zmagają się z nią latami, na różne sposoby, w tym takie, których nie jestem zwolenniczką (farmakologiczne), ale zdaję sobie sprawę, że czasem wydaje się, że nie ma innego wyjścia, szczególnie kiedy robi się naprawdę nieciekawie z punktu widzenia osób dotkniętych tą przypadłością.

Jednak nie zamierzam dziś pisać o depresji klasycznej, tej leczonej psychoterapią, lekami i innymi metodami, tej, w której wymagana jest nierzadko pomoc psychiatry i psychoterapeuty. Dziś trochę właśnie o tych problemach z nastrojem, które pojawiają się najczęściej jesienią, znikają wiosną, ale potrafią namieszać dość mocno, a przecież zima może być tak samo piękna jak każda inna pora roku, można odnaleźć w niej tyle samo radości, kto wie, czy czasem nie więcej, można ją nie tylko przetrwać, ale również cieszyć się nią.

Ja sama jestem zwolenniczką tezy, że wszystko to, co z nami się dzieje ma początek w stanie organizmu; wiem, że może to brzmieć jak spore uproszczenie, ale nie mogę polemizować z faktami, a te są takie, że widzę dookoła siebie mnóstwo dowodów na poparcie tej tezy. Od kiedy wraz z rodziną zmieniliśmy nasze życie, od kiedy zajęliśmy się oczyszczaniem organizmów, od kiedy odżywiamy się tak, by nie dawać pożywki żadnym pasożytom i by wzmacniać odporność (ponieważ jest to proces ciągły, nie można nigdy spocząć na laurach) widzę, że nie tylko w zasadzie nie chorujemy, bo trudno chorobą nazwać trwający jeden dzień katar, ale także patrzymy z większym optymizmem na każdy dzień, żaden problem nie jest nie do pokonania, nie martwimy się nigdy na zapas i skupiamy na pozytywach. I nikt mi nie powie, że to zbieg okoliczności, bo jakoś nie obserwuję podobnych zbiegów okoliczności wśród moich znajomych!

Dlatego też uważam – i nie tylko ja, sądząc z rozmów z wieloma osoba i z tego, co znajduję w sieci – że najlepszym sposobem na radzenie sobie z obniżonym nastrojem i brakiem chęci do życia jest sięgnięcie w głąb siebie, zarówno psychicznie, jak i fizycznie.

Fizycznie – bo jeszcze bardziej trzeba skupić się na tym, by dostarczać organizmowi paliwa do codziennych zmagań. Odporność potrzebuje wsparcia szczególnie w tym okresie (choć nie da się ukryć, że odporność wzmacniana regularnie przez cały rok nie domaga się specjalnie wyjątkowego traktowania zimą!), ponieważ to pora, w której wirusy i bakterie najłatwiej znajdują dogodne warunki do ataku, ale nie tylko odporność fizyczna zasilana jest odpowiednią dietą. Wielokrotnie pisaliśmy o składnikach mineralnych, o produktach, które polepszają nastrój i pomagają w jego utrzymaniu, pisaliśmy o tym, że wiele badań naukowych wskazuje na ścisły związek między dietą i stanem umysłu, dziś także kilka słów o tym, co sprzyja spoglądaniu na świat w jaśniejszych, bardziej wyraźnych kolorach:

  • wszystko to, co zawiera w sobie duże ilości kwasów omega-3 (np. ryby, olej lniany), nie ma chyba składnika wyraźniej wiązanego przez naukę ze stanem emocjonalnym i intelektualnym; badania wykazały, że depresja w zasadzie zawsze wiąże się ze zbyt niskim jego poziomem,
  • orzech brazylijski lub inne, podobnie bogate, źródła selenu, który jest także naukowo udowodnionym sposobem na przeciwdziałanie obniżeniom nastroju oraz walkę z nimi,
  • wątróbka ze względu na wysoką zawartość żelaza i witaminy B6, szpinak z powodu żelaza, pokarmy bogate w witaminę B12,
  • kasze, warzywa liściaste, drób,
  • pokarmy bogate w magnez, bez którego produkcja serotoniny ulega zaburzeniu (nadmiar kawy wypłukuje magnez, pamiętajmy o tym i szczególnie w zimie ograniczmy jej picie do rozsądnych ilości!),
  • pokarmy zawierające duże ilości cynku, wpływającego na odpowiednie przewodzenie impulsów nerwowych – pestki dyni, kakao, fasola, migdały, słonecznik,
  • rośliny strączkowe i inne pokarmy bogate w witaminę B1 dla zdrowych nerwów,
  • gorzka czekolada (bez cukru, oczywiście!), nie ma wątpliwości, że jest w niej coś, co powoduje, że kombinacja smaku, aromatu, sposobu, w jaki rozpływa się w ustach sprzyja polepszaniu się nastroju, poza tym kakao, będące jej podstawą zawiera np. fenyloetyloaminę, która ma także pozytywne działanie w interesującym nas zakresie,
  • ostre przyprawy i nie tylko powodują wydzielanie się endorfin, substancji zwanych hormonami szczęścia, działających nie tylko na nastrój, ale także polepszających działanie układu krążenia,
  • zioła, dziurawiec łagodzi depresję i jej objawy, żeń-szeń reguluje poziom hormonów odpowiedzialnych za nastrój, melisa uspokaja i może pomagać, kiedy pojawia się lęk i niepokój.

To oczywiście tylko kilka propozycji, jest ich znacznie więcej, chciałam tylko ponownie przypomnieć, że możemy wspomagać nasz umysł i emocje w najprostszy, najbardziej bazowy ze sposobów, zapewniając im odpowiedni pokarm, nie trując ich także, bo warto pamiętać, że poza tym, co należy, istnieje także grupa tego, czego powinniśmy unikać, jeśli nie chcemy powodować lub pogłębiać złych nastrojów, znajduje się na niej, na przykład cukier (cóż za niespodzianka!), który skutecznie zatruwa nasz organizm, ale także alkohol, który wbrew pozorom jest raczej czynnikiem pogłębiającym zły nastrój niż odwrotnie, jak zwykło się sądzić, poza tym pamiętać należy, że efektem jego rozkładu w organizmie jest mnóstwo toksyn, o czym przekonał się każdy, kto choć raz przesadził z używaniem, warto także ograniczyć (z wielu różnych powodów, ale i dla tego, który jest tematem wpisu) spożycie tłuszczów. Warto wziąć pod uwagę, że dieta śródziemnomorska, uchodząca za jedną z najzdrowszych głównie przez jej niemal idealne zbalansowanie odpowiedzialna jest za to, co potwierdzały badania naukowe, ludzie będący jej wierni są znacznie mniej podatni na zaburzenia nastroju i podobne im stany.

A teraz parę słów i rad dotyczących sfery mniej materialnej, ale tak samo ważnej dla przetrwania w odpowiednim nastroju pory zimowej. Wiadomo od zawsze, że rada, by myśleć pozytywnie jest jedną z najlepszych, choć czasem wydaje się być zbyt ogólnikowa i banalna, a już szczególnie wtedy, gdy nastrój zdążył się obniżyć i nie jest łatwo myśleć pozytywnie. Dlatego trzeba to „pozytywne myślenie” rozłożyć na odrębne czynniki, na szereg zaleceń, do których warto się stosować, na parę nawyków, których warto się trzymać, a na pewno pomoże to w radzeniu sobie z jesienną i zimową depresją:

  • jednym z powodów pojawiania się problemów w tym okresie jest przejmujące poczucie zmiany, spada temperatura, słońce pojawia się rzadziej, noc przychodzi wcześniej, przemijanie zdaje się być fizycznie odczuwalne – dlatego warto skupić się na tym, co stałe w naszym życiu, na banalnych czynnościach, które wykonujemy zawsze, bez względu na porę roku, poranny prysznic, pierwsza kawa, obiad z rodziną, wieczorna lektura, pomogą nam w zachowaniu poczucia stałości i pewności otaczającego świata,
  • nie wolno zamykać się w domu, odcięcie się od znajomych i rodziny, choć czasem wydaje się być usprawiedliwione zimnem na dworze i ciemnością nie jest dobrym pomysłem, pozostawanie w kontakcie z bliskimi pozwala lepiej znosić ten okres,
  • nie wolno poddać się nastrojowi i przestać dbać o siebie w dziedzinie najbardziej podstawowych potrzeb, choć wydaje się to banalne, jednym z najlepszych sposobów zapobiegania spadkom nastroju jest zapewnienie, że jest się najedzonym, umytym, nawodnionym,
  • warto rozmawiać o tym, co nas trapi, o tym, jak się czujemy, mówi się, że problem dzielony z kimś zmniejsza się o połowę i choć nie zawsze jest to prawdą, to na pewno jest nią to, że czasem nie da się samemu poradzić sobie z kłopotami, a najgorsze, co można zrobić, to ukrywać poważne problemy we wnętrzu i borykać się z rosnącym poczuciem bezsilności i bezradności,
  • otaczajmy się kolorami, lato jest tak piękne między innymi ze względu na różnorodność jego barw, zima jest ciężka, bo ma kolorów niewiele i wszystkie są mieszanką czerni i bieli, starajmy się, by w naszym otoczeniu nie brakowało bodźców wzrokowych o pozytywnym zabarwieniu, dodajmy do naszego mieszkania coś, co może przynajmniej trochę przywoływać pamięć lata,
  • starajmy się zachować dystans, zawsze, to element tej mojej ulubionej równowagi – starać się właściwie oceniać sytuację i nasze możliwości w niej, identyfikować sprawy, na które mamy wpływ i te, na które zupełnie nie i za te drugie nie brać na siebie odpowiedzialności, mierzyć siły na zamiary, nie podejmować się spraw z góry skazanych na niepowodzenie,
  • łapmy każdą chwilę słońca, którą tylko możemy, w tym roku słońca jest całkiem sporo, ale pamiętamy zeszłoroczną zimę, w czasie której słońce pojawiło się niebie tylko kilka razy i ten jego brak był bardzo uciążliwy,
  • ćwiczenia i inna aktywność fizyczna, zadziwiające, jak wiele dobrego może uczynić regularne zmuszanie się do wysiłku, jak wiele pozytywnych emocji wyzwala – a także substancji (endorfiny!), które są za nie odpowiedzialne, sprawia także, że nie mamy poczucia gnuśnienia, marnowania czasu.

Lubię zimę – ale to samo mogę powiedzieć o każdej innej porze roku, lubię każdą za coś innego, lubię ich różnorodność, a może po prostu wszystko sprowadza się do tego, że po prostu lubię życie. Lubię je jeszcze bardziej od czasu kiedy odkryłam, że może być lepsze, zdrowsze, spokojniejsze, od czasu, kiedy odkryłam, że nie trzeba być ani filozofem ani profesorem dietetyki, by umieć wpływać na jakość tego, jak mijają kolejne dni, miesiące, lata. Staram się myśleć pozytywnie codziennie i nie poddawać się złym nastrojom, przychodzą jak każdemu, ale odpędzam je szybko i skutecznie, bo wiem, że nie warto się im poddawać, w gruncie rzeczy nie są w stanie przyćmić tego wszystkiego, co w moim i mojej rodziny życiu dobre. I tego samego wam życzę – pozytywnego myślenia każdego dnia!

 

Pokonać autyzm

Autyzm. Uznawana przez lekarzy za niewyleczalną choroba, której przyczyn upatruje się w wielu miejscach, lecz klasyczna medycyna nie potrafi wskazać tej jednej, właściwej i nadużywa słowa „prawdopodobnie”. Przyczyny genetyczne, urazy okołoporodowe, uszkodzenia centralnego układu nerwowego, dziecięce porażenie mózgowe…

Ale jest także inna przyczyna, którą wymienia się w dalszej kolejności, nieśmiało, po cichu, a jednak historie opowiedziane w zamieszczonym poniżej filmie mówią wyraźnie, że to właśnie szczepienia i toksyny w nich zawarte, do tego nadużywanie antybiotyków w okresie niemowlęcym. Przepisywane są na lekkie infekcje i na te przedłużające się, lekarze uspokajają rodziców tym, że dziecku robi się na chwilę lepiej, czyli są skuteczni. Tymczasem nie są, tylko maskują objawy, a kolejne ich wystąpienia próbują eliminować kolejnymi dawkami antybiotyków i nakręcają błędne koło osłabiania organizmu i narażania go na następne infekcje, które są znów „leczone” antybiotykami i znów osłabiają i narażają organizm, organizm szczególnie wrażliwy i delikatny, bo należący do małego dziecka. O tym wszystkim  mówią w tym filmie rodzice chorych na autyzm dzieci.

Znajdziecie tu historie o nieszczęściu i cierpieniu, o zdrowych dzieciakach, wesołych, radosnych, które niemal z dnia na dzień znalazły się w obcym, zamkniętym świecie autyzmu, przekonacie się, że każde dziecko jest narażone, jeśli znajdzie się pod opieką niewłaściwego lekarza. Ale również dowiecie się, że autyzm nie jest niewyleczalny, wręcz przeciwnie, można skutecznie z nim walczyć – ale konieczne do tego jest samozaparcie, zapał, wiara w sukces i przede wszystkim świadomość, że można, świadomość, skąd biorą się te wszystkie „niewyleczalne” choroby i świadomość tego, że organizm poradzi sobie ze wszystkim, tylko trzeba zapewnić mu odpowiednie warunki.

Film krótki, ale intensywnie działa na wyobraźnię, potwierdzając jednocześnie wszystko to, co ja już wiem i co wie mnóstwo ludzi, jednak ta wiedza wymaga jeszcze szerszego propagowania, wymaga tego, by dzielić się nią i przekonywać, że nie warto się nigdy poddawać, ani że nie wolno ślepo wierzyć medycynie. Dla mnie osobiście ten materiał jest kolejnym dowodem słuszności obranej jakiś czas temu drogi, sama jako matka przekonałam się, ile można zrobić dla dziecka, kiedy się otworzy oczy na inny świat, niekoniecznie ten w białych kitlach, przepisujący kolejne recepty.

Polecam, naprawdę warto poświęcić te kilkadziesiąt minut na obejrzenie tego dokumentu.

http://youtu.be/CyahNBNpZYg

Zielona kawa

Kawa. Nieodłączna towarzyszka poranków, czy to w pracy, czy w wolnym dniu w domu, może pobudzać i może pomagać w relaksie, jest nie tylko napojem energetycznym, ale także elementem tworzącym i podtrzymującym więzi społeczne, bo przecież ile razy jesteśmy zapraszani lub zapraszamy „na kawę”? Trudno byłoby sobie wyobrazić nasze życie bez niej i nie zamierzam udawać, że w mojej zdrowej diecie kawy nie ma, jest i będzie, choć w mniejszych ilościach, zastąpiona w części przez różne  ziołowe herbaty. Nie dlatego nawet, że żywię jakieś obawy co do jej wpływu na zdrowie, kawa ma swoje zalety i wady (w zdecydowanej większości zalety), ale głównie ze względu na to, że moja dieta stała się znacznie bardziej urozmaicona niż kiedyś i obejmuje to także część dotyczącą gorących napojów.

Ale nie o kawie dziś, przynajmniej nie o takiej, o jakiej myślimy wszyscy, gdy słyszymy słowo „kawa”. Dziś o kawie zielonej, która od jakiegoś czasu zaczyna zdobywać coraz większą popularność, a ja postanowiłam trochę poszperać i dowiedzieć się, czy słusznie, czy istotnie jej zalety są tak istotne, że powinna stać się kolejnym elementem zdrowego stylu życia. Zielona kawa różni się od czarnej kawy mniej więcej tak, jak różnią się zielone oliwki od czarnych, oliwki zbierane są po prostu na różnych etapach dojrzewania, w przypadku kawy „zielona” oznacza, że ziarna nie były poddane procesowi palenia, nie mamy do czynienia z innym gatunkiem kawy.

Warto najpierw przypomnieć sobie, jakie zalety posiada kawa w ogóle, bo ważne, żeby pamiętać, że nie jest tak, że zmiana z czarnej na jej zieloną wersję oznacza standardową zamianę złego na dobre, bynajmniej, bowiem:

  • kawa ogranicza ryzyko raka wątroby,
  • ogranicza ryzyko udaru,
  • zmniejsza niebezpieczeństwo wystąpienia glejaka,
  • obniża ryzyko wystąpienia raka wątrobowokomórkowego,
  • kofeina w niej zawarta zapobiega chorobie Alzheimera i pomaga funkcjonować mózgowi osoby chorej,
  • kawa wpływa na organizm podobnie jak tradycyjne chińskie metody stymulowania energii qi,
  • kawa ogranicza ryzyko cukrzycy (oczywiście pita bez cukru!),
  • zmniejsza ryzyko wystąpienia raka trzustki,
  • ogranicza objawy typowe dla długotrwałej pracy przed komputerem (bóle karku, ramion, nadgarstków).

Oczywiście, warto pamiętać o umiarze w piciu kawy, kofeina jest moczopędna i w dużych dawkach przyczynia się do zakwaszenia organizmu oraz do odwodnienia, jak i do wypłukiwania z niego cennych składników odżywczych, jednak jak ze wszystkim, rozwaga pozwala zachować równowagę i cieszyć się zaletami czarnej kawy. Jednak dość już o niej, czas przejść do kawy zielonej, głównej bohaterki tego wpisu.

Zielona kawa pojawiła się w użyciu dawno temu, nie jest bynajmniej jakimś nowoczesnym odkryciem, uważa się, że w rejonie morza Czerwonego i na Półwyspie Arabskim już niemal tysiąc lat temu była pita właśnie w taki sposób, bez palenia ziaren, dziś jest promowana głównie jako jeden z wielu sposobów na odchudzanie i najczęściej z tego powodu właśnie kupowana, jednak to tylko jedna z jej zalet i wcale nie najważniejsza z punktu widzenia zdrowia organizmu:

  • znajduje się bardzo wysoko na liście produktów zawierających największe ilości przeciwutleniaczy (ORAC), ma ich znacznie więcej niż czarna kawa, jest, można powiedzieć, przeciwutleniaczem w formie skoncentrowanej; warto zwrócić uwagę, że na skalę ORAC należy patrzeć nieco inaczej niż na zwykłą listę, bowiem wskazuje ona na zdolność pochłaniania reaktywnych form tlenu przez przeciwutleniacze, ale odnosi się do takich samych ilości danego produktu, a przecież trudno porównać (na przykład) sto gramów kawy, zielonej lub czarnej do, powiedzmy, stu gramów cynamonu czy goździków; najlepszym sposobem jest porównywanie realnej zawartości przeciwutleniaczy, wtedy okazuje się, że zielona kawa ma ich wielokrotnie więcej niż choćby borówki, tak często wskazywane jako doskonałe źródło antyoksydantów (w ramach ciekawostek, gorzka czekolada ma piętnastokrotnie więcej przeciwutleniaczy niż jej mleczna odmiana, a to względu na ograniczenie zawartości kakao);
  • jej właściwości wynikające z zawartości przeciwutleniaczy to przede wszystkim olbrzymi wpływ na ograniczanie ryzyka występowania raka we wszelkich odmianach, ale także opóźnianie starzenia się organizmu oraz degeneracji komórek, która z kolei prowadzić może do mnóstwa chorób, także tych najgroźniejszych;
  • ekstrakt z zielonej kawy obniża ciśnienie krwi, w badaniach naukowych na grupie ochotników z nadciśnieniem wykazano olbrzymi wpływ spożywaniu tego ekstraktu na obniżenie ciśnienia i zmniejszenie ryzyka występowania rozmaitych chorób układu krążenia wynikających z nieprawidłowego ciśnienia krwi;
  • istotnie, zielona kawa i ekstrakt z niej w istotny sposób wpływają na obniżenie masy ciała, potwierdzone zostało to w testach i badaniach, przyjmowanie ekstraktu z zielonej kawy, nawet bez dokonywania zmian w diecie przyczyniało się do utraty zbędnych kilogramów, przywracania właściwych proporcji ciała, obniżania procentowej zawartości tłuszczu w organizmie oraz nawet do obniżania częstotliwości bicia serca, wszystko to w dodatku bez skutków ubocznych wyniki badań są tak jednoznaczne, że lekarze i naukowcy postulują używanie zielonej kawy jako niedrogiego sposobu na zapobieganie i leczenie otyłości, będącej jednym z największych problemów XXI wieku;

Zieloną kawę możemy pić, możemy ją także przyjmować w formie suplementów diety, wybór należy do nas, obie formy mają swoje zalety, jedna jest prostsza i bardziej skuteczna, druga daje dodatkową przyjemność z picia kawy. Chociaż zwykle jestem przeciwniczką ulegania rozmaitym, chwilowym modom uważam, że w tym przypadku można i należy nawet zrobić wyjątek i dać sobie szansę spróbowania tego nowego/starego wynalazku, zielonej kawy. Nie zaszkodzi, może tylko pomóc, w dodatku przyczynić się może do urozmaicenia naszych nawyków oraz wzbogacenia ich w ten najbardziej kojarzący się ze zdrowiem kolor – zielony.