Aflatoksyny, czyli kolejny raz o niebezpiecznych grzybach

  O tym, że grzyby są niebezpieczne (tak samo jak wiele innych pasożytniczych organizmów) pisałam już tu wiele razy i raczej do tego nie trzeba nikogo przekonywać. Ostatnio jednak wpadło mi w ręce trochę informacji na temat jednego z rodzajów toksyn produkowanych przez grzyby (mykotoksyn), konkretnie chodzi o aflatoksyny. Być może część z Was spotkała się już z tą nazwą, może przynajmniej słyszeliście o skutkach ich działania, słynna była sprawa tajemniczych zgonów naukowców, którzy zajmowali się badaniem grobu Kazimierza Jagiellończyka, a następnie zmarli – prawdopodobnie właśnie na skutek działania aflatoksyn.

Skąd się biorą? Są efektami przemiany materii grzybów, szczególnie kropidlaka (aspergillus flavus i aspergillus parasiticus – stąd zresztą ich nazwa, odkryto je bowiem przy okazji epidemii ptactwa domowego w latach 60-tych w Wielkiej Brytanii, ustalono wtedy bowiem, że jej źródłem były Aspergillus flavus toxins), chociaż nie tylko. Idealnym środowiskiem rozwoju tych grzybów są miejsca ciepłe i wilgotne, więc największe zagrożenie w naturze stanowią w rejonach tropikalnych, ale nie ma się co oszukiwać, że my, w naszym umiarkowanym klimacie jesteśmy wolni od niebezpieczeństwa z ich strony; prawda jest taka, że oprócz „importowanych” aflatoksyn mamy swoje, rodzime ogniska występowania. Problem dotyczy żywności na całym w zasadzie świecie i szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, dlaczego nie słyszy się o nim więcej; zresztą, dotyczy to mnóstwa różnych zagrożeń, o których raczej nie dowiadujemy się z tak zwanych „oficjalnych” źródeł. Wszyscy o nich wiedzą, ale jakoś nie mówi się, w obawie przed tym, że konsumenci zaczną interesować się, co naprawdę trafia na ich stoły, zaczną domagać się lepszych standardów produkcji, przechowywania żywności, zaczną domagać się, by dostarczano im żywność, a nie produkty, które w wielu przypadkach powinny być uznawane za odpady, na pewno nie za pełnowartościowe pożywienie.

Aflatoksyny dzielą się na te występujące w naturze bezpośrednio, produkowane przez grzyby i na takie będące metabolitami naturalnych aflatoksyn, powstającymi w organizmach zwierząt i ludzi. Te naturalne to:

  • aflatoksyny B1 i B2, produkowane przez odmiany flavus i parasiticus kropidlaka,
  • aflatoksyny G1 i G2, produkowane przez kropidlaka parasiticus,
  • Ich metabolity zaś to:
  • aflatoksyna M1, produkowana z aflatoksyny B1 w organizmach ludzi i zwierząt,
  • aflatoksyna M2, będąca metabolitem aflatoksyny B2 powstającym w mleku krów karmionych zakażonym pożywieniem,
  • aflatoksyna Q1 i aflatoksykol, będące metabolitami aflatoksyny B1 powstającym w wątrobach innych kręgowców, na przykład ptaków.

Gdzie zatem spotkać można te bardzo groźne substancje? Zarówno w żywności surowej, jak i przetworzonej, najczęściej aflatoksyny znajduje się w produktach takich jak:

  • soki,
  • ser,
  • kukurydza,
  • orzeszki ziemne,
  • migdały, pistacje,
  • zboża,
  • figi i inne suszone owoce,
  • przyprawy różnego rodzaju (chilli, pieprz),
  • olej bawełniany (i inne produkty spożywcze z bawełny),
  • mleko, produkty mleczne (np. jogurty).

Największe stężenie aflatoksyn i największe ryzyko, że dany produkt jest nimi skażony występuje w przypadku kukurydzy, orzeszków ziemnych i oleju bawełnianego. Kropidlak może rozwijać się na zbożu, ryżu, kukurydzy zarówno kiedy rośnie ono jeszcze, jak i po zbiorze, jeśli występują ku temu odpowiednie warunki, jeśli zboże jest przechowywane niewłaściwie, w wilgoci przekraczającej normy. Według szacunków Amerykańskiej Organizacji ds. Żywności i Rolnictwa około 25% (!) zbiorów na świecie jest zainfekowanych mykotoksynami, spośród których najgroźniejsze są właśnie aflatoksyny.

Skutki zatrucia aflatoksynami różnią się w zależności od tego, w jaki sposób skażony został organizm, czy mamy do czynienia z krótkotrwałym zatruciem dużą ilością toksyn, czy też z wieloletnim, przewlekłym procesem zatruwania organizmu mniejszymi dawkami. Jednak bez względu na to, o którym z tych mechanizmów mówimy, objawy i skutki są zawsze poważne i w wielu przypadkach śmiertelne:

  • uszkodzenie wątroby,
  • rak wątroby i innych narządów,
  • upośledzenie umysłowe,
  • upośledzenie wzrostu i rozwoju,
  • bóle w jamie brzusznej, wymioty, konwulsje,
  • obrzęk kończyn,
  • obrzęk płuc,
  • krwotoki,
  • osłabienie naczyń krwionośnych, kruchość naczyń, pękanie, żylaki,
  • chroniczne zapalenie wątroby,
  • żółtaczka,
  • zaburzenia trawienia i metabolizmu,
  • osłabienie odporności,
  • śpiączka.

Aflatoksyna B1 została oficjalnie wpisana na listę czynników rakotwórczych przez Międzynarodową Agencję Badania Raka, ogólnie przyjmuje się, że aflatoksyny są jednymi z najgroźniejszych kancero- i mutagenów. W tropikach, w krajach mniej rozwiniętych aflatoksyny są olbrzymim problemem, ponieważ zatruwają na oba sposoby, powodują śmiertelne choroby oraz przyczyniają się do rozwoju innych, na przykład poprzez osłabienie odporności wzmacniają działanie wirusa HIV. Aflatoksynami można również zostać zakażonym poprzez kontakt skórny.

Jak się przed nimi zatem chronić? Najważniejsze jest kupowanie żywności wyłącznie z dobrych, sprawdzonych źródeł. Warto pamiętać, że producenci żywności radzą sobie z problemem grzybów nie tylko za pomocą kontroli surowców, których używają do jej produkcji, ale także poprzez dodawanie do żywności rozmaitych środków, które mają za zadanie konserwować żywność, jak i zabijać potencjalne pasożyty, które mogą się w niej znaleźć. A jak na nasz organizm działają wszystkie chemiczne dodatki, pisać chyba nie ma potrzeby, nie wiadomo, co gorsze, zakażenie toksyną produkowaną przez pleśnie czy wieloletnie wystawienie na działanie całej tablicy Mendelejewa w naszym codziennym pożywieniu… To oczywiście żart, ale warto wziąć pod uwagę, że tylko żywność z dobrych źródeł, ekologiczna i organiczna jest zarówno wolna od zanieczyszczeń biologicznych, takich jak grzyby, jak i od chemicznych – nawozów, konserwantów, barwników. Jako ciekawostkę warto przytoczyć fakt, że do produkcji jednego z najpopularniejszych konserwantów – kwasku cytrynowego wykorzystuje się jedną z odmian kropidlaka (czarnego, aspergillus niger)

Oglądajmy to, co kupujemy, na przykład kukurydzę, jeśli widzimy na żywności podejrzane ślady, plamy, coś, czego nie powinno tam być – lepiej nie ryzykować, to nie musi, ale może być pleśń lub coś równie groźnego.

No i oczywiście, nie trzeba chyba powtarzać również tego, jak ważne jest regularne, profilaktyczne oczyszczanie organizmu, dbanie o dietę eliminującą namnażanie grzybów w organiźmie. Ja i moja rodzina przechodzimy je co roku i nie ukrywam, że między innymi temu przypisuję niemal całkowity brak chorób, nawet tych drobnych wśród nas, lepsze samopoczucie, więcej ochoty do życia i olbrzymią odporność organizmu. Takie oczyszczenie może pomóc także w przypadku zakażenia aflatoksynami (lub innym świństwem!), ponieważ usunie z organizmu wszystkie w zasadzie pasożyty, wzmocni organizm, zabezpieczy go na przyszłość przed powtórzeniem się infekcji. Idzie wiosna (chociaż, w zasadzie, jeśli spojrzeć za okno, to dawno już przyszła!), to doskonały czas i doskonała okazja, by zainteresować się stanem organizmu i rozpocząć nowy sezon wegetacji w przyrodzie razem z naturą.

 

Awokado, pomarańcza, kiwi…

Polecam odżywcze drugie śniadanie w postaci gęstego musu – lub koktajlu, jeśli ktoś woli w takiej postaci, wtedy należy dodać do musu małą ilość wody. Osobiście preferuję gęsty, pyszny, zielony mus.

Składniki:

  • 1 awokado,
  • 1 pomarańcza,
  • 1 kiwi,
  • 1 banan,
  • seler naciowy – jedna łodyga.

Wszystkie składniki dokładnie zmiksować blenderem (lub w thermomiksie). Tak naprawdę podstawą i najważniejszym składnikiem musu jest awokado, ale nie jest ono samo w sobie specjalnie smaczne (przynajmniej dla mnie!), w połączeniu jednak z innymi elementami tworzy wyśmienitą mieszankę smaków.

Awokado jest bogate w witaminy B, E i K, działa przeciwzapalnie, jest źródłem kwasu foliowego, to doskonałe źródło glutationu, ważnego przeciwutleniacza – naukowcy twierdzą, jest ważny w profilaktyce antynowotworowej i spowalnia proces starzenia. Neutralizuje wolne rodniki, a tym samym zmniejsza uszkodzenia komórek, zawiera dużo błonnika. Awokado powinno być spożywane na surowo, wtedy dostarcza najwięcej wartości odżywczych. Pomarańcza to głównie witamina C i pyszny, cytrusowy smak, banan to potas i także witaminy, kiwi jest jeszcze lepszym źródłem witaminy C niż pomarańcze, do tego wzbogaca mus o dodatkowy, kwaskowaty element. A seler, który owocem nie jest, wzbogaca przepis o witaminę E, beta-karoten, flawonoidy oraz sporo minerałów.

Takie śniadanie nie tylko wzbogaca dietę, pysznie także smakuje, a do tego jest wspaniałą alternatywą dla tych, którym najtrudniej się zebrać do przygotowania lub zjedzenia o odpowiedniej porze śniadania, tego najważniejszego – według wielu dietetyków – z posiłków. Mus można zrobić rano i zabrać do pracy, można go zrobić w domu w kilka minut, doskonale smakuje w każdym miejscu.

Smacznego!

Olej rzepakowy

Czasem zdarza się, że powiedzenie „cudze chwalicie, swojego nie znacie” wydaje się być niezwykle trafne – i tak jest w przypadku oleju rzepakowego. I ja, przyznaję, skupiałam się do tej pory głównie na innych olejach, kokosowym, lnianym, arganowym, jakoś zaś pomijałam ten nasz, lokalny, skromny olej rzepakowy – ale dziś zamierzam trochę naprawić to przeoczenie. Oczywiście, najważniejsza rzecz, jaką należy powiedzieć sobie na samym początku jest taka, że wszystko, o czym zamierzam pisać dotyczy nierafinowanego oleju tłoczonego na zimno, ponieważ ten sklepowy, rafinowany olej utracił wszystkie swoje najcenniejsze właściwości i stał się jedynie tłuszczem do smażenia, niekoniecznie zdrowym (lub nawet wręcz przeciwnie).

Śmiało można założyć, że właśnie ta szeroka dostępność oleju rzepakowego w jego sklepowej formie sprawia, iż niewielu osobom kojarzyć się będzie on ze zdrowiem tak, jak inne oleje postrzegane jako elementy właściwej diety, choćby tak, jak oliwa z oliwek (swoją drogą, według niektórych statystyk nawet 75-90% dostępnej w powszechnym obrocie na całym świecie oliwy z oliwek jest fałszowane, zaś zyski z takiej przestępczej działalności są nawet większe od tych z handlu narkotykami, w związku z tym jednym z najbardziej aktywnych uczestników tego procederu jest włoska mafia). Jednak tak, jak nadmieniłam wcześniej, w przypadku tłoczonego na zimno oleju rzepakowego, którego raczej nie znajdziecie na półce w hipermarkecie mówić można o niesprawiedliwym pomijaniu go w rozważaniach o zdrowej diecie:

  • zawiera około 10% jednonienasyconych kwasów tłuszczowych omega-3, o których właściwościach dla zdrowia fizycznego i psychicznego pisaliśmy już tyle, że naprawdę nie ma sensu powtarzać się w tym wpisie,
  • jest bogaty w kwasy omega-6, zawiera ich nawet do 20%, posiada więc idealne proporcje omega-6 do omega-3 (około 2:1), podobnie jak na przykład olej lniany, jest więc jak najbardziej polecanym w zrównoważonej diecie źródłem obu tych składników odżywczych,
  • w składzie oleju rzepakowego najwięcej, bo 60% stanowią pozostałe nienasycone kwasy tłuszczowe, co ma kolosalne znaczenie dla niezwykle pozytywnego wpływu tego oleju na cały układ krążenia,
  • nie zawiera cholesterolu oraz zaledwie minimalne ilości nasyconych kwasów tłuszczowych (dwukrotnie mniej niż oliwa z oliwek), nie tylko zatem nie wpływa negatywnie na ryzyko występowania chorób związanych z otyłością (np. chorób układu krążenia), ale może też przyczyniać się do zmniejszania tego ryzyka,
  • ilość steroli roślinnych w oleju rzepakowym jest dwukrotnie wyższa niż w oleju słonecznikowym i skutecznie przyczynia się do zmniejszania poziomu złego cholesterolu we krwi, na pewno w zdrowszy sposób niż reklamowane w telewizji „cudowne” margaryny wszelkiego rodzaju,
  • według badań amerykańskich kardiologów oliwa z oliwek może w pewnych przypadkach blokować odpowiedni przepływ krwi do niektórych części ciała, olej rzepakowy nie sprawia nigdy takich problemów,
  • znajdziemy w oleju rzepakowym całkiem sporo witamin, tych z grup A, D, E i K, czyli, między innymi, przeciwutleniaczy (witaminy E), co skutecznie wpływa na obniżanie ryzyka występowania raka w rozmaitych odmianach,
  • olej rzepakowy dłużej zachowuje świeżość, a więc także wszystkie swoje dobroczynne właściwości.

Stare powiedzenie mówi, że in vino veritas; jeśli w winie jest prawda, to w oleju – zdrowie. Na każdym kroku odkrywam coś nowego i jeszcze bardziej fascynującego w kolejnych produktach, które można lub nawet powinno się włączać do codziennej diety, ta zasada dotyczy szczególnie olejów różnego rodzaju, bo każdy z nich wnosi coś nowego w dziedzinie ochrony zdrowia. Nowego – z punktu widzenia współczesnego człowieka, na nowo musimy odkrywać coś, o czym nasi przodkowie wiedzieli doskonale mimo nieznajomości tych wszystkich naukowych terminów i teorii.

Ważne, by olej rzepakowy pochodził z dobrego, zaufanego źródła, jeśli ma być tym, o czym piszę, elementem zdrowej diety, cennym uzupełnieniem codziennych posiłków. Okazuje się, że wcale nie trzeba szukać daleko, mi udało się znaleźć takie źródło w bezpośredniej okolicy, dzięki czemu Wy już nie musicie. 

Przyczyny otyłości

Sobotni poranek, domowe obowiązki, w tle gdzieś włączony telewizor, program dokumentalny o ważącym ponad dwieście kilo pięćdziesięcioletnim Brytyjczyku, który ma przejść operację zmiany żołądka, ponieważ jest to dla niego ostatnia deska ratunku. W przerwach programu reklamy, wśród nich jedna poświęcona lizakom na ból gardła u dzieci. Jak to się łączy? W bardzo prosty sposób, wiecie dobrze, że skład produktu podawany jest w kolejności zależnej od procentowego udziału. I jak się nie denerwować, kiedy okazuje się, że ten „produkt leczniczy” (określenie uczynione w reklamie dla podkreślenia skuteczności lizaków) ma w składzie kilka ziół, znanych ze skutecznego działania w przypadku bólu gardła, ale stanowią one końcówkę listy składników – a zaczyna się ona „Cukier, syrop glukozowy, kwas cytrynowy, aromaty”. Pięknie, dla leczenia bólu gardła karmić powinniśmy dzieci cukrem i syropem glukozowym (czyli jeszcze większą ilością cukru). Brawo za pomysł.

A wiąże się to z tematem programu dokumentalnego w banalny sposób – cukier, tłuszcz, dwa podstawowe powody otyłości, a tymczasem właśnie ich jest najwięcej we wszystkim, co najbardziej smakuje dzieciom i czym są karmione przez rodziców, czasem nawet w nagrodę, czasem w przekonaniu, że to takie dobre, robić dziecku przyjemność, podczas gdy właśnie uczymy je paskudnych, złych nawyków, które kiedyś je, być może, zabiją, a na pewno uczynią ich życie nieznośnym, tak jak w przypadku bohatera dokumentu. Jak bowiem inaczej opisać jego życia, skoro:

  • wstawanie z łóżka odbywać musi się w określonej kolejności czynności, trzeba uważać, żeby nie doszło do dyslokacji biodra, przejście do pozycji pionowej zaś staje się wyzwaniem,
  • praca (jest kierowcą autobusu) staje się niemożliwa, bo nie mieści się w fotelu, kierownicę musi trzymać pod brzuchem (potem i tak został zwolniony, bo osoby z bezdechem sennym, kolejnym z możliwych skutków otyłości, nie mogą być kierowcami autobusów),
  • mycie jest męczarnią, długotrwałym, skomplikowanym procesem, w którym musi wykorzystywać rozmaite pomoce, by sięgnąć tam, gdzie osoba szczupła nie ma żadnego problemu, a i tak nie jest w stanie zachować higieny, grzybica stóp jest efektem niemożliwości dotarcia do nich,
  • papier toaletowy jest bezużyteczny, nie ma możliwości podtarcia się, by zatem zachować elementarny poziom czystości musi tak celować z wypróżnieniami, by natychmiast potem móc się kąpać,
  • spodnie, mające w pasie 66 cali (168 centymetrów!) stały się już za wąskie, konieczne jest kupno większych.

Brzmi fantastycznie, prawda? W zasadzie każdy czytający taką listę żachnie się i będzie się dopatrywać w tym wszystkim wyłącznie dowodów na słabą wolę osoby otyłej, ale problem polega na tym, że większość z tych samych osób nie widzi nic złego w przekarmianiu dzieci, pasieniu ich cukrem, białą mąką, produktami tak bogatymi w tłuszcz, że niewiele poza nim mieści się w nich. Ignorancja jest nieszczęściem, ale jeszcze większym to, że nie robi się z nią nic w szerokiej skali, skali całego społeczeństwa. Mieliśmy akcje picia mleka przez wszystkie dzieci, finansowane przez państwo – a nie mamy żadnych ostrzegających przed skutkami otyłości, mamy mnóstwo reklam leków, na przykład na bolące stawy, a żadnych informacji o tym, że mniejsza waga ciała, brak nadwagi i otyłości powoduje, że stawy po prostu nie bolą.

Winne – może nie wszystkiemu, ale na pewno większości problemów – są nawyki wyniesione z dzieciństwa, a potem kultywowane przez siebie samego, przede wszystkim w doborze produktów, którymi karmimy siebie i dzieci, ale także w sposobie ich jedzenia, brak śniadań zaraz po wstaniu z łóżka, potem często głodówka w pracy lub w szkole, a dopiero popołudniu wielki obiad z niezdrowych produktów. A potem wieczór przed telewizorem i podjadanie, a to kanapka, a to chipsy, a to cukierki, a to inne przekąski, jeśli wśród nich od wielkiego święta trafią jakieś owoce, to taka dieta w oczach osoby tak się odżywiającej nabiera charakteru niemal zdrowej… Ręce opadają – ale dokładnie tak wygląda świadomość znacznej części społeczeństwa, nieważne, że jem wszystko, wpycham w siebie kilogramy śmieci, ale wystarczy jabłuszko, żeby zrównoważyć złe konsekwencje takiej diety.

Ech, wiem, że nie ma szans uratować wszystkich, wiem, że nie ma szans pomóc każdemu, szczególnie, że mało kto chce tej pomocy, bo wiadomo, że wiąże się ona z wyrzeczeniami, ograniczeniami, koniecznością posiadania silnej woli i trzymania się swoich własnych obietnic. Ale i tak podnosi mi się nieco ciśnienie, kiedy oglądam taki program, bo widzę przyszłość, nieodległą, taką, w której będą żyć już nasze dzieci, przyszłość pełną otyłych, schorowanych ludzi, którzy winią za swój stan system, ale nie zamierzają z tym nic zrobić, ponieważ od dbania o ich zdrowie jest państwo, przecież płacą podatki!

A ja obejrzałam ten bardzo smutny, w gruncie rzeczy, program i wróciłam do moich porannych obowiązków. Trzeba było zamieszać mój chleb orkiszowy i wstawić go do piekarnika, wymyślić coś na obiad, ale w mojej kuchni dominują nieskomplikowane, smaczne, zdrowe potrawy, których przygotowanie nie wymaga wiele czasu ani zachodu. Zrobiłam sobie kawy, której nie posłodziłam cukrem, dzieciaki także nie dostały niczego z cukrem. I wiem, że dzięki temu wszystkiemu, dzięki temu, że myślę o tym, co jemy, myślę o tym, co szkodzi, co pomaga, za kilkanaście, kilkadziesiąt lat będą miały powód, żeby powiedzieć mi „mamo, dziękuję, że nie należę do tej większości, która cierpi każdego dnia i nie dożyje pięćdziesiątki”. I wierzę mocno, że przekażą tę wiedzę swoim dzieciom. 

Jak się nie dać zimowej depresji.

Jesień, zima, pory roku jakoś w ostatnich latach nie są już ani tak wyraźne, ani tym bardziej punktualne, jednak pewne elementy pozostają niezmienne – w tym szczególnie brak słońca, brak zieleni, nadmiar szarości i wcześnie przychodzące wieczory. Budzimy się w ciemności, wracamy do domu po pracy i ciemność już z nami jest, jakoś mniej w nas ochoty do życia, mniej energii. Dla niektórych ten czas nie stanowi większego problemu, ale są tacy, którzy przechodzą go naprawdę ciężko, tak ciężko, że można mówić o depresji jesienno-zimowej.

Oczywiście, że słowo „depresja” jest czasem nadużywane, są tacy, którzy będą ją u siebie rozpoznawać po jednym dniu gorszego nastroju, ale znam ludzi, którzy naprawdę cierpią na tę chorobę i wiem, że jest czymś znacznie więcej niż chwilowym obniżeniem nastroju, niektórzy zmagają się z nią latami, na różne sposoby, w tym takie, których nie jestem zwolenniczką (farmakologiczne), ale zdaję sobie sprawę, że czasem wydaje się, że nie ma innego wyjścia, szczególnie kiedy robi się naprawdę nieciekawie z punktu widzenia osób dotkniętych tą przypadłością.

Jednak nie zamierzam dziś pisać o depresji klasycznej, tej leczonej psychoterapią, lekami i innymi metodami, tej, w której wymagana jest nierzadko pomoc psychiatry i psychoterapeuty. Dziś trochę właśnie o tych problemach z nastrojem, które pojawiają się najczęściej jesienią, znikają wiosną, ale potrafią namieszać dość mocno, a przecież zima może być tak samo piękna jak każda inna pora roku, można odnaleźć w niej tyle samo radości, kto wie, czy czasem nie więcej, można ją nie tylko przetrwać, ale również cieszyć się nią.

Ja sama jestem zwolenniczką tezy, że wszystko to, co z nami się dzieje ma początek w stanie organizmu; wiem, że może to brzmieć jak spore uproszczenie, ale nie mogę polemizować z faktami, a te są takie, że widzę dookoła siebie mnóstwo dowodów na poparcie tej tezy. Od kiedy wraz z rodziną zmieniliśmy nasze życie, od kiedy zajęliśmy się oczyszczaniem organizmów, od kiedy odżywiamy się tak, by nie dawać pożywki żadnym pasożytom i by wzmacniać odporność (ponieważ jest to proces ciągły, nie można nigdy spocząć na laurach) widzę, że nie tylko w zasadzie nie chorujemy, bo trudno chorobą nazwać trwający jeden dzień katar, ale także patrzymy z większym optymizmem na każdy dzień, żaden problem nie jest nie do pokonania, nie martwimy się nigdy na zapas i skupiamy na pozytywach. I nikt mi nie powie, że to zbieg okoliczności, bo jakoś nie obserwuję podobnych zbiegów okoliczności wśród moich znajomych!

Dlatego też uważam – i nie tylko ja, sądząc z rozmów z wieloma osoba i z tego, co znajduję w sieci – że najlepszym sposobem na radzenie sobie z obniżonym nastrojem i brakiem chęci do życia jest sięgnięcie w głąb siebie, zarówno psychicznie, jak i fizycznie.

Fizycznie – bo jeszcze bardziej trzeba skupić się na tym, by dostarczać organizmowi paliwa do codziennych zmagań. Odporność potrzebuje wsparcia szczególnie w tym okresie (choć nie da się ukryć, że odporność wzmacniana regularnie przez cały rok nie domaga się specjalnie wyjątkowego traktowania zimą!), ponieważ to pora, w której wirusy i bakterie najłatwiej znajdują dogodne warunki do ataku, ale nie tylko odporność fizyczna zasilana jest odpowiednią dietą. Wielokrotnie pisaliśmy o składnikach mineralnych, o produktach, które polepszają nastrój i pomagają w jego utrzymaniu, pisaliśmy o tym, że wiele badań naukowych wskazuje na ścisły związek między dietą i stanem umysłu, dziś także kilka słów o tym, co sprzyja spoglądaniu na świat w jaśniejszych, bardziej wyraźnych kolorach:

  • wszystko to, co zawiera w sobie duże ilości kwasów omega-3 (np. ryby, olej lniany), nie ma chyba składnika wyraźniej wiązanego przez naukę ze stanem emocjonalnym i intelektualnym; badania wykazały, że depresja w zasadzie zawsze wiąże się ze zbyt niskim jego poziomem,
  • orzech brazylijski lub inne, podobnie bogate, źródła selenu, który jest także naukowo udowodnionym sposobem na przeciwdziałanie obniżeniom nastroju oraz walkę z nimi,
  • wątróbka ze względu na wysoką zawartość żelaza i witaminy B6, szpinak z powodu żelaza, pokarmy bogate w witaminę B12,
  • kasze, warzywa liściaste, drób,
  • pokarmy bogate w magnez, bez którego produkcja serotoniny ulega zaburzeniu (nadmiar kawy wypłukuje magnez, pamiętajmy o tym i szczególnie w zimie ograniczmy jej picie do rozsądnych ilości!),
  • pokarmy zawierające duże ilości cynku, wpływającego na odpowiednie przewodzenie impulsów nerwowych – pestki dyni, kakao, fasola, migdały, słonecznik,
  • rośliny strączkowe i inne pokarmy bogate w witaminę B1 dla zdrowych nerwów,
  • gorzka czekolada (bez cukru, oczywiście!), nie ma wątpliwości, że jest w niej coś, co powoduje, że kombinacja smaku, aromatu, sposobu, w jaki rozpływa się w ustach sprzyja polepszaniu się nastroju, poza tym kakao, będące jej podstawą zawiera np. fenyloetyloaminę, która ma także pozytywne działanie w interesującym nas zakresie,
  • ostre przyprawy i nie tylko powodują wydzielanie się endorfin, substancji zwanych hormonami szczęścia, działających nie tylko na nastrój, ale także polepszających działanie układu krążenia,
  • zioła, dziurawiec łagodzi depresję i jej objawy, żeń-szeń reguluje poziom hormonów odpowiedzialnych za nastrój, melisa uspokaja i może pomagać, kiedy pojawia się lęk i niepokój.

To oczywiście tylko kilka propozycji, jest ich znacznie więcej, chciałam tylko ponownie przypomnieć, że możemy wspomagać nasz umysł i emocje w najprostszy, najbardziej bazowy ze sposobów, zapewniając im odpowiedni pokarm, nie trując ich także, bo warto pamiętać, że poza tym, co należy, istnieje także grupa tego, czego powinniśmy unikać, jeśli nie chcemy powodować lub pogłębiać złych nastrojów, znajduje się na niej, na przykład cukier (cóż za niespodzianka!), który skutecznie zatruwa nasz organizm, ale także alkohol, który wbrew pozorom jest raczej czynnikiem pogłębiającym zły nastrój niż odwrotnie, jak zwykło się sądzić, poza tym pamiętać należy, że efektem jego rozkładu w organizmie jest mnóstwo toksyn, o czym przekonał się każdy, kto choć raz przesadził z używaniem, warto także ograniczyć (z wielu różnych powodów, ale i dla tego, który jest tematem wpisu) spożycie tłuszczów. Warto wziąć pod uwagę, że dieta śródziemnomorska, uchodząca za jedną z najzdrowszych głównie przez jej niemal idealne zbalansowanie odpowiedzialna jest za to, co potwierdzały badania naukowe, ludzie będący jej wierni są znacznie mniej podatni na zaburzenia nastroju i podobne im stany.

A teraz parę słów i rad dotyczących sfery mniej materialnej, ale tak samo ważnej dla przetrwania w odpowiednim nastroju pory zimowej. Wiadomo od zawsze, że rada, by myśleć pozytywnie jest jedną z najlepszych, choć czasem wydaje się być zbyt ogólnikowa i banalna, a już szczególnie wtedy, gdy nastrój zdążył się obniżyć i nie jest łatwo myśleć pozytywnie. Dlatego trzeba to „pozytywne myślenie” rozłożyć na odrębne czynniki, na szereg zaleceń, do których warto się stosować, na parę nawyków, których warto się trzymać, a na pewno pomoże to w radzeniu sobie z jesienną i zimową depresją:

  • jednym z powodów pojawiania się problemów w tym okresie jest przejmujące poczucie zmiany, spada temperatura, słońce pojawia się rzadziej, noc przychodzi wcześniej, przemijanie zdaje się być fizycznie odczuwalne – dlatego warto skupić się na tym, co stałe w naszym życiu, na banalnych czynnościach, które wykonujemy zawsze, bez względu na porę roku, poranny prysznic, pierwsza kawa, obiad z rodziną, wieczorna lektura, pomogą nam w zachowaniu poczucia stałości i pewności otaczającego świata,
  • nie wolno zamykać się w domu, odcięcie się od znajomych i rodziny, choć czasem wydaje się być usprawiedliwione zimnem na dworze i ciemnością nie jest dobrym pomysłem, pozostawanie w kontakcie z bliskimi pozwala lepiej znosić ten okres,
  • nie wolno poddać się nastrojowi i przestać dbać o siebie w dziedzinie najbardziej podstawowych potrzeb, choć wydaje się to banalne, jednym z najlepszych sposobów zapobiegania spadkom nastroju jest zapewnienie, że jest się najedzonym, umytym, nawodnionym,
  • warto rozmawiać o tym, co nas trapi, o tym, jak się czujemy, mówi się, że problem dzielony z kimś zmniejsza się o połowę i choć nie zawsze jest to prawdą, to na pewno jest nią to, że czasem nie da się samemu poradzić sobie z kłopotami, a najgorsze, co można zrobić, to ukrywać poważne problemy we wnętrzu i borykać się z rosnącym poczuciem bezsilności i bezradności,
  • otaczajmy się kolorami, lato jest tak piękne między innymi ze względu na różnorodność jego barw, zima jest ciężka, bo ma kolorów niewiele i wszystkie są mieszanką czerni i bieli, starajmy się, by w naszym otoczeniu nie brakowało bodźców wzrokowych o pozytywnym zabarwieniu, dodajmy do naszego mieszkania coś, co może przynajmniej trochę przywoływać pamięć lata,
  • starajmy się zachować dystans, zawsze, to element tej mojej ulubionej równowagi – starać się właściwie oceniać sytuację i nasze możliwości w niej, identyfikować sprawy, na które mamy wpływ i te, na które zupełnie nie i za te drugie nie brać na siebie odpowiedzialności, mierzyć siły na zamiary, nie podejmować się spraw z góry skazanych na niepowodzenie,
  • łapmy każdą chwilę słońca, którą tylko możemy, w tym roku słońca jest całkiem sporo, ale pamiętamy zeszłoroczną zimę, w czasie której słońce pojawiło się niebie tylko kilka razy i ten jego brak był bardzo uciążliwy,
  • ćwiczenia i inna aktywność fizyczna, zadziwiające, jak wiele dobrego może uczynić regularne zmuszanie się do wysiłku, jak wiele pozytywnych emocji wyzwala – a także substancji (endorfiny!), które są za nie odpowiedzialne, sprawia także, że nie mamy poczucia gnuśnienia, marnowania czasu.

Lubię zimę – ale to samo mogę powiedzieć o każdej innej porze roku, lubię każdą za coś innego, lubię ich różnorodność, a może po prostu wszystko sprowadza się do tego, że po prostu lubię życie. Lubię je jeszcze bardziej od czasu kiedy odkryłam, że może być lepsze, zdrowsze, spokojniejsze, od czasu, kiedy odkryłam, że nie trzeba być ani filozofem ani profesorem dietetyki, by umieć wpływać na jakość tego, jak mijają kolejne dni, miesiące, lata. Staram się myśleć pozytywnie codziennie i nie poddawać się złym nastrojom, przychodzą jak każdemu, ale odpędzam je szybko i skutecznie, bo wiem, że nie warto się im poddawać, w gruncie rzeczy nie są w stanie przyćmić tego wszystkiego, co w moim i mojej rodziny życiu dobre. I tego samego wam życzę – pozytywnego myślenia każdego dnia!