Przyczyny otyłości

Sobotni poranek, domowe obowiązki, w tle gdzieś włączony telewizor, program dokumentalny o ważącym ponad dwieście kilo pięćdziesięcioletnim Brytyjczyku, który ma przejść operację zmiany żołądka, ponieważ jest to dla niego ostatnia deska ratunku. W przerwach programu reklamy, wśród nich jedna poświęcona lizakom na ból gardła u dzieci. Jak to się łączy? W bardzo prosty sposób, wiecie dobrze, że skład produktu podawany jest w kolejności zależnej od procentowego udziału. I jak się nie denerwować, kiedy okazuje się, że ten „produkt leczniczy” (określenie uczynione w reklamie dla podkreślenia skuteczności lizaków) ma w składzie kilka ziół, znanych ze skutecznego działania w przypadku bólu gardła, ale stanowią one końcówkę listy składników – a zaczyna się ona „Cukier, syrop glukozowy, kwas cytrynowy, aromaty”. Pięknie, dla leczenia bólu gardła karmić powinniśmy dzieci cukrem i syropem glukozowym (czyli jeszcze większą ilością cukru). Brawo za pomysł.

A wiąże się to z tematem programu dokumentalnego w banalny sposób – cukier, tłuszcz, dwa podstawowe powody otyłości, a tymczasem właśnie ich jest najwięcej we wszystkim, co najbardziej smakuje dzieciom i czym są karmione przez rodziców, czasem nawet w nagrodę, czasem w przekonaniu, że to takie dobre, robić dziecku przyjemność, podczas gdy właśnie uczymy je paskudnych, złych nawyków, które kiedyś je, być może, zabiją, a na pewno uczynią ich życie nieznośnym, tak jak w przypadku bohatera dokumentu. Jak bowiem inaczej opisać jego życia, skoro:

  • wstawanie z łóżka odbywać musi się w określonej kolejności czynności, trzeba uważać, żeby nie doszło do dyslokacji biodra, przejście do pozycji pionowej zaś staje się wyzwaniem,
  • praca (jest kierowcą autobusu) staje się niemożliwa, bo nie mieści się w fotelu, kierownicę musi trzymać pod brzuchem (potem i tak został zwolniony, bo osoby z bezdechem sennym, kolejnym z możliwych skutków otyłości, nie mogą być kierowcami autobusów),
  • mycie jest męczarnią, długotrwałym, skomplikowanym procesem, w którym musi wykorzystywać rozmaite pomoce, by sięgnąć tam, gdzie osoba szczupła nie ma żadnego problemu, a i tak nie jest w stanie zachować higieny, grzybica stóp jest efektem niemożliwości dotarcia do nich,
  • papier toaletowy jest bezużyteczny, nie ma możliwości podtarcia się, by zatem zachować elementarny poziom czystości musi tak celować z wypróżnieniami, by natychmiast potem móc się kąpać,
  • spodnie, mające w pasie 66 cali (168 centymetrów!) stały się już za wąskie, konieczne jest kupno większych.

Brzmi fantastycznie, prawda? W zasadzie każdy czytający taką listę żachnie się i będzie się dopatrywać w tym wszystkim wyłącznie dowodów na słabą wolę osoby otyłej, ale problem polega na tym, że większość z tych samych osób nie widzi nic złego w przekarmianiu dzieci, pasieniu ich cukrem, białą mąką, produktami tak bogatymi w tłuszcz, że niewiele poza nim mieści się w nich. Ignorancja jest nieszczęściem, ale jeszcze większym to, że nie robi się z nią nic w szerokiej skali, skali całego społeczeństwa. Mieliśmy akcje picia mleka przez wszystkie dzieci, finansowane przez państwo – a nie mamy żadnych ostrzegających przed skutkami otyłości, mamy mnóstwo reklam leków, na przykład na bolące stawy, a żadnych informacji o tym, że mniejsza waga ciała, brak nadwagi i otyłości powoduje, że stawy po prostu nie bolą.

Winne – może nie wszystkiemu, ale na pewno większości problemów – są nawyki wyniesione z dzieciństwa, a potem kultywowane przez siebie samego, przede wszystkim w doborze produktów, którymi karmimy siebie i dzieci, ale także w sposobie ich jedzenia, brak śniadań zaraz po wstaniu z łóżka, potem często głodówka w pracy lub w szkole, a dopiero popołudniu wielki obiad z niezdrowych produktów. A potem wieczór przed telewizorem i podjadanie, a to kanapka, a to chipsy, a to cukierki, a to inne przekąski, jeśli wśród nich od wielkiego święta trafią jakieś owoce, to taka dieta w oczach osoby tak się odżywiającej nabiera charakteru niemal zdrowej… Ręce opadają – ale dokładnie tak wygląda świadomość znacznej części społeczeństwa, nieważne, że jem wszystko, wpycham w siebie kilogramy śmieci, ale wystarczy jabłuszko, żeby zrównoważyć złe konsekwencje takiej diety.

Ech, wiem, że nie ma szans uratować wszystkich, wiem, że nie ma szans pomóc każdemu, szczególnie, że mało kto chce tej pomocy, bo wiadomo, że wiąże się ona z wyrzeczeniami, ograniczeniami, koniecznością posiadania silnej woli i trzymania się swoich własnych obietnic. Ale i tak podnosi mi się nieco ciśnienie, kiedy oglądam taki program, bo widzę przyszłość, nieodległą, taką, w której będą żyć już nasze dzieci, przyszłość pełną otyłych, schorowanych ludzi, którzy winią za swój stan system, ale nie zamierzają z tym nic zrobić, ponieważ od dbania o ich zdrowie jest państwo, przecież płacą podatki!

A ja obejrzałam ten bardzo smutny, w gruncie rzeczy, program i wróciłam do moich porannych obowiązków. Trzeba było zamieszać mój chleb orkiszowy i wstawić go do piekarnika, wymyślić coś na obiad, ale w mojej kuchni dominują nieskomplikowane, smaczne, zdrowe potrawy, których przygotowanie nie wymaga wiele czasu ani zachodu. Zrobiłam sobie kawy, której nie posłodziłam cukrem, dzieciaki także nie dostały niczego z cukrem. I wiem, że dzięki temu wszystkiemu, dzięki temu, że myślę o tym, co jemy, myślę o tym, co szkodzi, co pomaga, za kilkanaście, kilkadziesiąt lat będą miały powód, żeby powiedzieć mi „mamo, dziękuję, że nie należę do tej większości, która cierpi każdego dnia i nie dożyje pięćdziesiątki”. I wierzę mocno, że przekażą tę wiedzę swoim dzieciom. 

Inulina – co to takiego?

Słodzi, stanowi doskonałą pożywkę dla dobroczynnych bakterii w naszym organizmie, nie tuczy, wręcz przeciwnie, pomaga zrzucić niepotrzebne kilogramy, wzmacnia nasz szkielet. Brzmi nieźle, nawet bardzo dobrze – i w dodatku dotyczy łatwo dostępnej, niedrogiej substancji dostępnej dla każdego, inuliny. Jest ona naturalnym składnikiem wielu roślin, czymś pomiędzy błonnikiem a cukrem, łączy zalety obu, a wad w zasadzie nie posiada. Dlatego dziś parę słów o niej, szczególnie, że ma zastosowanie w mojej kuchni niemal codziennie.

Naukowo rzecz ujmując jest inulina polisacharydem i należy do grupy błonników pokarmowych zwanej fruktanami. Praktycznie zaś, jest węglowodanem obecnym w 36 tysiącach gatunkach roślin i służącym zarówno do magazynowania energii, jak i do regulowania odporności na zimno. Występuje dość powszechnie, spotkamy ją na przykład w:

  • łopianie,
  • cykorii,
  • mniszku lekarskim,
  • cebuli,
  • czosnku,
  • bananach.

W postaci handlowej inulina jest białym proszkiem w zasadzie pozbawionym smaku (jednak w ustach daje uczucie delikatnej słodkości), rozpuszczającym się doskonale w wodzie. Jej zalety zaś obejmują, między innymi:

  • inulina jest świetnym prebiotykiem, odżywia dobroczynne bakterie w naszych jelitach, co wzmacnia odporność i pozwala lepiej bronić organizm przed pasożytami, szczególnie, że jej obecność powoduje wytworzenie środowiska szkodliwego dla niepożądanych bakterii,
  • obniża poziom ogólnego i złego cholesterolu, podnosi za to poziom dobrego cholesterolu,
  • obniża poziom ryzyka zachorowania na rozmaite odmiany raka układu pokarmowego, szczególnie na raka jelita grubego,
  • wzmaga absorpcję wapnia, magnezu, cynku oraz żelaza, nawet o 20%,
  • zdecydowanie wpływa na polepszenia stanu kości, zmniejsza ryzyko osteoporozy,
  • zmniejsza przyswajanie tłuszczów i cukrów,
  • jest doskonałym substytutem mąki, cukru (ze względu na wytwarzane przez nią uczucie słodkości) oraz tłuszczu (przez jej właściwości zagęszczające i żelujące), jednocześnie dostarcza organizmowi zaledwie ułamek energii substancji, które zastępuje,
  • inulina nie posiada sama w sobie smaku, jednak wzmacnia smak potrawy, do której jest dodawana, działa zatem jak glutaminian sodu, jednak bez jego negatywnego wpływu,
  • inulina nie powoduje wyrzutu insuliny, więc nie daje takich negatywnych efektów, jak mąka i cukier, produkty o wysokim indeksie glikemicznym, jest z tego powodu również wskazana dla chorych na cukrzycę oraz jako metoda jej zapobiegania,
  • inulina wpływa doskonale na pracę jelit, także w zakresie wypróżnień, zmniejsza dolegliwości związane z biegunkami i zapobiega zaparciom,
  • dieta zawierająca inulinę pomaga redukować ryzyko występowania chorób metabolicznych,
  • inulina nie powoduje próchnicy ani innych chorób zębów w przeciwieństwie do cukru,
    inulina zmniejsza apetyt, daje bowiem poczucie pełności w żołądku i jelicie cienkim, jednak nie jest trawiona w żadnym z tych miejsc,
  • w czystej formie inulina w zasadzie nie psuje się, ze względu na swoje właściwości sprawia także, że produkty ją zawierające zachowują dłużej świeżość.

Właściwości inuliny sprawiają, że znajduje ona zastosowanie zarówno w produkcji żywności na skalę przemysłową, jak i w każdej domowej kuchni. Można ją stosować:

  • bezpośrednio – niektórzy zalecają spożywanie kilku łyżeczek inuliny dziennie, jednak warto pamiętać, że nie nadaje się ona do, na przykład, słodzenia kawy, bowiem nie jest tak słodka jak cukier, a użyta w zbyt dużych ilościach może spowodować problemy żołądkowe, zamiast im zapobiegać,
  • jako zagęstnik sosów lub zup zamiast białej mąki i stabilizator emulsji, np. w domowych majonezach
  • jako dodatek do chleba,
  • jako dodatek do ciast i innych wypieków, mieszając z mąką razową, orkiszową,
  • jako dodatek do mleka sojowego i podobnych napojów.

Używam inuliny do niektórych moich wypieków, dodaje czasem do chleba, lubię różnorodność w kuchni, lubię zmieniać składniki moich potraw i nieco z nimi eksperymentować, szczególnie wtedy, kiedy wiem, że efektem moich eksperymentów jest lepsze zdrowie mojej rodziny. Dlatego z czystym sercem polecam inulinę i Wam!

 

„Antyrak”, czyli lektura obowiązkowa

Nie ulega wątpliwości, że rak to rzecz straszna, wie o tym każdy, kto się z nim zetknął w ten czy inny sposób, a nie ma chyba wśród nas w tych czasach nikogo, kto nie miał żadnej bezpośredniej styczności z osobą cierpiącą z jego powodu. Niektórzy doświadczyli utraty bliskiej osoby, inni spotkali się z rakiem w nieco większej odległości, ale wszyscy rozumieją, jak poważna to sprawa – i jak, wydawałoby się, beznadziejna. Klasyczna medycyna w przypadku raka stosuje chemioterapię, radioterapię – lub rozkłada bezradnie ręce. Medycyna naturalna proponuje znacznie szersze spektrum możliwych rozwiązań, jednak wiele z nich traktowanych jest przez ogół raczej podejrzliwie ze względu na ich dość kontrowersyjny charakter lub wręcz bazowanie na podstawach bardziej mistycznych niż rzeczywistych. Czy jest możliwa droga kompromisu? Oczywiście, że tak! I David Servan-Schreiber, autor książki „Antyrak” udowadnia dość skutecznie tę tezę, w dodatku czyniąc to w taki sposób, że od książki nie sposób się oderwać dopóki nie dojdziemy do ostatniej strony.

David Servan-Schreiber był (niestety, zmarł w 2011) francuskim psychiatrą i neurobiologiem, który w 1991 roku przypadkiem trochę dowiedział się, że ma guza mózgu. Będąc naukowcem potrafił podejść do tego inaczej niż większość nas, zwykłych ludzi; potrafił zachować się w tej sytuacji nie jak zrozpaczony pacjent, a jak naukowiec, który – oczywiście, że przytłoczony ciężarem diagnozy, oczywiście, że z tego powodu odczuwający emocje w większości negatywne – postanowił potraktować swój przypadek jak szansę na odkrycie nowych rejonów, na rozszerzenie posiadanej wiedzy, na zupełnie inne spojrzenie na temat raka i zdrowia w ogóle.

Podstawowa teza książki Servana-Schreibera jest następująca: rak jest w każdym z nas, nie ma ludzi wolnych od ryzyka. Rak pozostaje uśpiony lub nie, można przejść całe życie bez śladu jego aktywności, można zostać zaatakowanym przez niego bez względu na wiek, płeć, kolor skóry. Istnieją jednak czynniki, które mogą przyczyniać się do zwiększenia ryzyka uaktywnienia się mechanizmów rakowych i istnieją takie, które to ryzyko skutecznie zmniejszają. Te pierwsze to zachodni styl życia i wszystko, co się z nim wiąże (dieta, brak ruchu) oraz zanieczyszczone środowisko naturalne, te drugie to styl życia bliższy naturze – a przede wszystkim przemyślana, zorganizowana dieta.

Tak, wiemy, że takie informacje można znaleźć w sieci i nie tylko, ale tym, co wyróżnia „Antyraka” spośród innych podobnych mu pozycji jest jego konstrukcja, w której każdy rozdział kończy się bardzo długą listą książek, artykułów i innych publikacji, z których korzystał autor podczas pisania. Nie da się ukryć, że robi niesamowite wrażenie lektura choćby właśnie tej listy, widać bowiem z niej, ile serca i zaangażowania włożył autor w to, by jego książka była czymś więcej niż zbiorem przypuszczeń i pobożnych życzeń. Udało mu się w sposób naprawdę wspaniały, stworzył bowiem ten naukowiec z krwi i kości publikację naukową dostępną dla każdego, w której przystępna forma nie spowodowała zubożenia treści.

„Antyrak” ma także cechę, której brakuje wielu pozycjom – autentyczność. Autentyczność przeżyć autora, autentyczność naukowego podejścia do tematu, autentyczność otwartego umysłu. Autentyczność będącą kolejną, wielką zaletą książki, bowiem wielokrotnie spotykamy się z pozycjami z założenia ważnymi, ale tracącymi przy bliższym poznaniu z powodu braku więzi autora z treścią. W przypadku „Antyraka” więź ta jest wyczuwalna na każdej niemal stronie, zarówno w opisach osobistych odczuć, jak i w fascynacji naukowca wynikami badań, możliwościami oferowanymi przez hipotezy oraz procesem ich udowadniania lub obalania. Kiedy pisze o obserwowanych przez siebie lub innych trendach i tendencjach wyczuwa się prawdziwą ciekawość, będącą cechą najlepszych naukowców, którzy nigdy nie spoczywają na laurach.

Być może to zawodowe podejście, być może to specyfika wykonywanej profesji psychiatry, ale widać także, że David Servan-Schreiber należy do tych, którzy pacjentów traktują jak istoty ludzkie. To rozróżnienie wynika z mojego przekonania, że lekarze dzielą się na tych, którzy traktują pacjentów jak pacjentów i na tych, którzy traktują ich jak ludzi; ci pierwsi przychodzą do pracy takiej, jak każda inna, na etacie, odbębniają swoje godziny na taśmie, widzą choroby, rozpoznania i procedury oraz listę leków, ci drudzy przychodzą do miejsca, w którym realizują swoje powołanie pomagania ludziom, słuchają ludzi, rozmawiają z nimi, starają się dociec przyczyny problemu i szukają rozwiązań, które nie będą służyły chwilowemu łataniu dziur w zdrowiu, lecz rozwiążą kłopot definitywnie (albo przynajmniej będą się starać). Właśnie ci drudzy będą bardziej otwarci na inne możliwości, nie wypiszą antybiotyku dopóki nie uznają tego za konieczne, pomogą w zmianie stylu życia, wspomną o diecie, zasugerują rozwiązania inne niż leki. I do tej grupy należał Servan-Schreiber, interesowało go bardziej „dlaczego” niż „co”, uważał, że profilaktyka jest znacznie lepszym rozwiązaniem niż dopuszczanie do wystąpienia problemu – i wtedy dopiero walka z nim.

Jest „Antyrak” także książką, która przemówi do sceptyków – do tych wszystkich, którzy wierzą w zasadzie bezgranicznie w konwencjonalną medycynę i jej sposoby, do tych, którzy z pogardliwym uśmiechem kwitują choćby wzmiankę o medycynie naturalnej, o diecie jako sposobie walki o zdrowie, do tych, którzy będą do ostatniej krwi bronić chemioterapii i radioterapii jako jedynych sposobów zwalczania raka. Dzięki swojemu profesjonalnemu podejściu i otwartości na świat nieco mniej konwencjonalny stworzył autor pozycję, której nie można ani zanegować jako poradnika znachora ani z góry odrzucić jako pochwałę medycyny nowoczesnej. Nie, udało mu się połączyć w równowadze idealnej jedną i drugą ścieżkę, dlatego tak potężną moc posiada książka, w której odnajdziemy odpowiedź na niejedno dręczące nas w związku z rakiem i strachem przed nim pytanie.

Nie będę pisać w szczegółach, o czym jest książka, pozostawiam odkrycie tej wiedzy czytelnikom, jednak chciałabym zauważyć, że czytelnicy naszego bloga odnajdą w niej wiele znanych im już tematów, znajdą w niej podobne pytania jak te, które stawiamy na blogu; można powiedzieć, że poczują się w niej jak w domu. Autor powtarza pewne zalecenia do znudzenia niemal, ale niebezpodstawnie, uważa bowiem, że największymi błędami, jakie popełnia współczesny człowiek jest takie odżywianie się, w którym olbrzymi udział mają trzy podstawowe czynniki karmiące raka i dające niemal stuprocentową pewność jego przebudzenia: rafinowany cukier, wysokoprzetworzona biała mąka i brak równowagi między kwasami omega-3 i omega-9. Oczywiście, to tylko pewna część jego wywodu, ale czuję drobną satysfakcję, kiedy myślę, że udało mi się dojść do podobnych wniosków jeszcze zanim zapoznałam się z „Antyrakiem”.

Oczywiście, polecam „Antyraka” każdemu, bowiem wierzę w teorię autora, że rak jest w każdym z nas i w to, że w dużej mierze od nas samych zależy, czy pozwolimy mu przejąć kontrolę nad naszym życiem, czy pozwolimy mu w ogóle w naszym życiu zaistnieć. Polecam „Antyraka”, bo autor uświadamia nas w wielu sprawach, ale także obala mity, takie jak ten, że wystarczy samo pozytywne nastawienie, by pokonać raka. Polecam, bo autor pozwala nam na inne spojrzenie na „raka bez choroby” – tak bowiem widzi temat Servan-Schreiber – na efekt przewlekłego, permanentnego stanu zapalnego organizmu, który jest zawsze przyczyną raka. Polecam, bo rzadko która pozycja każe nam myśleć tak dużo, a jednocześnie daje nam mnóstwo rad, wskazówek i wskazuje tyle rozwiązań.

Niedługo napiszę kilka słów o innej książce Davida Servana-Schreibera, „Można się żegnać wiele razy”, książce pożegnalnej, pisanej wtedy, gdy kończył się ten odebrany rakowi czas, żył bowiem autor dwadzieścia lat od diagnozy – a dawano mu w najlepszym wypadku zaledwie ułamek tego czasu. Książce, w której autor przyznaje się, że jemu także zdarzało się nie do końca stosować do jego własnych zaleceń, nie do końca przestrzegać polecanych przez niego zasad, wie bowiem, jak ciężko jest żyć tak bardzo konsekwentnie, jak ciężko jest nigdy nie zbaczać z wyznaczonej ścieżki. Dzięki jednak otwartemu umysłowi i temu, że postanowił uczynić z reszty życia coś naprawdę cennego, coś, co mógłby przekazać innym, udało mu się przeżyć dwie bardzo wartościowe dekady i pomóc niezliczonym rzeszom ludzi na całym świecie.

Stewia – zdrowy zamiennik cukru

W naszej podróży po świecie zawitaliśmy wczoraj do Ameryki Południowej i dziś pozostaniemy tam jeszcze na chwilkę, tym razem by opowiedzieć w kilku słowach o stewii, roślinie wielokrotnie słodszej od cukru, a jednocześnie nie mającej żadnej z wad, którymi charakteryzuje się produkt z buraków. Używana od stuleci przez Indian, została „odkryta” ponownie pod koniec XIX wieku, ale na powszechne stosowanie musiała czekać do lat 70-tych ubiegłego stulecia, kiedy w Japonii zaczęto używać jej zamiast sztucznych słodzików.

Słodząca substancja zawarta w stewii jest słodsza od cukru mniej więcej trzystukrotnie, zaś w postaci suszonej trzydziestokrotnie, łatwo zatem wyobrazić sobie, jak wydajnym jest produktem, skoro jedna łyżeczka stewii odpowiada szklance cukru!

Jednak nie tylko sama słodycz czyni ją wyjątkową, pomijając fakt, że w przeciwieństwie do cukru nie stanowi pożywki dla bakterii i grzybów w naszym organizmie, sama w sobie wykazuje właściwości bakterio- i grzybobójcze, może zatem stanowić słodki element oczyszczającej diety; jej kaloryczność jest zerowa, więc może stać się także sposobem na odchudzanie.

Oczywiście, jak już przekonaliśmy się wielokrotnie, zwykle coś, co ma dobroczynny wpływ na ludzki organizm nie jest ograniczone do jednego aktywnego składnika, bowiem natura uwielbia równowagę, dlatego w stewii znajdziemy również wapń, potas, magnez, żelazo, chrom, mangan, selen, krzem, kobalt, cynk oraz witaminy B, C, dlatego jej działanie to także wzmacnianie odporności organizmu.

Stewia, o czym wiedzieli już paragwajscy Indianie, ma także doskonały wpływ na układ krążenia, ponieważ jak rzadko która roślina potrafi obniżać ciśnienie krwi. Nie ma żadnych skutków ubocznych, może być stosowana przez kobiety w ciąży, chorych na cukrzycę (szczególnie, że ostatnie badania wykazały jej wpływ na obniżanie poziomu glukozy we krwi) i fenyloketonurię, nie powoduje także próchnicy, sprawdza się także jako łagodny antydepresant. Dzięki właściwościom przeciwbakteryjnym wspomaga proces leczenia oparzeń i ran, jej ogólnie pozytywny wpływ na skórę został również wielokrotnie wykazany. W wielu przypadkach była pomocna nawet przy rzucaniu palenia!

Stewia doskonale rozpuszcza się w wodzie i zachowuje wszystkie swoje właściwości do 200 stopni Celsjusza, dlatego można dodawać ją do wszelkiego rodzaju wypieków; jej smak, w przeciwieństwie do ksylitolu, jest wyraźnie inny od zwykłego cukru, dlatego wymaga pewnego przyzwyczajenia, jednak warto spróbować się przekonać do tej słodkiej rośliny. Można ją spotkać w wielu postaciach, najczęściej jednak spotykane i najwygodniejsze w użyciu to:

  • stewia w proszku,
  • stewia w płynie,
  • stewia w tabletkach.

Osoby z zacięciem ogrodnika mogą wyhodować w domu swoje własne krzaczki stewii.

Trochę zmarudziliśmy w Ameryce Południowej, następną relację napiszemy już z innego rejonu świata, wiemy bowiem na pewno, że nie ma miejsca na świecie, w którym nie znaleźlibyśmy dowodu  na to, że natura ma odpowiedź na każde pytanie i rozwiązanie każdego problemu. Do zobaczenia stamtąd!

 

 

 

Ksylitol

Przeciętny Polak spożywa rocznie kilkadziesiąt kilogramów cukru, a niewiele jest lepszych sposobów, by samemu sobie wykopać grób. Cukier jest zarazą XXI wieku, obecny niemal wszędzie, wszędzie w nadmiarze, choć w jego przypadku trudno mówić o „zdrowych” dawkach, prowadzi do licznych schorzeń, z których część w powszechnej świadomości nie jest nawet kojarzona z cukrem. A przecież nie ma lepszej pożywki dla wszystkiego, co złe w naszym organizmie, cukier rozregulowuje ten precyzyjny mechanizm, a potem pogłębia efekty braku równowagi.

Pisaliśmy już wielokrotnie o negatywnych skutkach nad(używania) cukru we wszelkich postaciach i formach, nie będziemy zatem powtarzać, zainteresowanych odsyłamy do innych wpisów na blogu, w tym skupimy się na sprawach pozytywnych, a konkretnie na jednej – na ksylitolu, znanym również pod nazwą cukier brzozowy. Robi on w ostatnich latach prawdziwą furorę wśród ludzi, którzy chcą żyć zdrowiej i nie bez przyczyny, ma bowiem same zalety i praktycznie żadnych wad.

ksylitolCzym jest ksylitol? Według definicji, pięciowęglowym alkoholem wielowodorotlenowym, a mówiąc po ludzku, naturalnym słodzikiem, który występuje w roślinach oraz powstaje np. w organizmie człowieka w wyniku przetwarzania glukozy. Znany jest od ponad stu lat, jednak dopiero w czasie II wojny światowej, w myśl zasady „potrzeba jest matką wynalazków” znajdujący się w trudnej sytuacji Finowie zwrócili się ku pozyskiwaniu ksylitolu z brzozy, ulepszyli proces i okazało się to strzałem w dziesiątkę.

Ksylitol wygląda i smakuje jak cukier (w przeciwieństwie do innych słodzików, na przykład stewii, której specyficzny smak nie każdemu odpowiada), jednak pozbawiony jest dokładnie wszystkich wad swojego popularnego konkurenta:

  • cukier zakwasza organizm, stwarzając środowisko idealnie sprzyjające szkodliwym bakteriom i grzybom, środowisko ogólnie bardzo niekorzystne z punktu widzenia zdrowia, ksylitol natomiast ma charakter zasadowy, sprzyja zatem oczyszczaniu organizmu i zabezpiecza przed powrotem niepożądanych lokatorów,
  • ksylitol nie fermentuje w przewodzie pokarmowym, w przeciwieństwie do cukru; ogranicza także rozwój pleśni i drożdżaków,
  • cukier brzozowy ma indeks glikemiczny wynoszący zaledwie 8 (osiem!), co oznacza, że jego przetwarzanie w organizmie odbywa się praktycznie bez udziału insuliny, jest zatem błogosławieństwem dla chorych na cukrzycę i dla ludzi z predyspozycjami do niej,
  • ksylitol ma niemal dwukrotnie mniej kalorii niż zwykły cukier,
  • zasadowe właściwości ksylitolu powodują, że nie tylko nie sprzyja powstawaniu cukrzycy (a taki działa zwykły cukier, zwiększa kwasowość i tym samym nadmierny rozwój płytki nazębnej), ale nawet pomaga w zwalczaniu skutków zakwaszenia, czyli próchnicy,
  • dzięki swoim właściwościom ksylitol jest doskonałym odświeżaczem oddechu, lepszym niż jakiekolwiek gumy do życia z  cukrem lub sztucznymi słodzikami,
  • antybakteryjne działanie ksylitolu ma wpływ na cały organizm, wykazano na przykład, że żucie gumy z ksylitolem zapobiega rozwojowi ostrego zapalenia ucha środkowego u dzieci,
  • cukier brzozowy zwiększa przyswajanie wapnia i magnezu, zmniejszając w ten sposób, między innymi, ryzyko występowania osteoporozy i przyczyniając się ogólnie do poprawy stanu kośćca,
  • ksylitol posiada właściwości sprzyjające wzmacnianiu układu odpornościowego człowieka,
  • niektóre badania wskazują na przeciwrakowe własności ksylitolu, niewątpliwie poprzez wyeliminowanie z diety szkodliwego cukru i zastąpienie go ksylitolem ogranicza się dramatycznie wszystkie negatywne skutki uboczne używania cukru.

Badania dowodzą, że najlepiej dostarczać organizmowi ksylitol w co najmniej trzech dawkach dziennych, osiągane są wtedy rezultaty znacznie lepsze niż w przypadku dwóch porcji, przy tej samej łącznej ilości. Dla osób nieprzyzwyczajonych do ksylitolu ważne jest spokojne, rozważne wprowadzenie go do codziennej diety, gdyż nadmierna dawka może wykazywać działanie lekko przeczyszczające, jednak ustępuje ono bardzo szybko. Warto zauważyć, że dla ksylitolu nie ustalono górnej granicy dziennego spożycia, co oznacza, że bez względu na to, jak wiele się go zje, nie będzie to niosło ze sobą szkodliwych skutków dla organizmu.

Warto zwrócić uwagę, że na rynku pojawia się coraz więcej podróbek ksylitolu, pochodzących głównie z Chin, w których ksylitol wytwarzany jest z kukurydzy, najczęściej genetycznie modyfikowanej. Nie warto oszczędzać kilku złotych i narażać się na niebezpieczeństwo spożywania podróbek – a jednocześnie pozbawiać się wszystkich zalet prawdziwego cukru brzozowego. W naszej ofercie posiadamy jedynie certyfikowane, wysokiej jakości fińskie produkty, dla których surowcem jest brzoza.

Słodycz może być zdrowa, nawet bardzo zdrowa, trzeba tylko otworzyć oczy nieco szerzej niż dotychczas, rezygnacja z cukru jest trudna, wiadomo, że nie jest łatwo pozbyć się wieloletnich nawyków, ale zamiana cukru zwykłego na cukier brzozowy ma same zalety i pozwala także na przejście od szkodzenia sobie do pomagania bez konieczności rezygnowania ze słodkiego smaku w życiu.