Przyczyny otyłości

Sobotni poranek, domowe obowiązki, w tle gdzieś włączony telewizor, program dokumentalny o ważącym ponad dwieście kilo pięćdziesięcioletnim Brytyjczyku, który ma przejść operację zmiany żołądka, ponieważ jest to dla niego ostatnia deska ratunku. W przerwach programu reklamy, wśród nich jedna poświęcona lizakom na ból gardła u dzieci. Jak to się łączy? W bardzo prosty sposób, wiecie dobrze, że skład produktu podawany jest w kolejności zależnej od procentowego udziału. I jak się nie denerwować, kiedy okazuje się, że ten „produkt leczniczy” (określenie uczynione w reklamie dla podkreślenia skuteczności lizaków) ma w składzie kilka ziół, znanych ze skutecznego działania w przypadku bólu gardła, ale stanowią one końcówkę listy składników – a zaczyna się ona „Cukier, syrop glukozowy, kwas cytrynowy, aromaty”. Pięknie, dla leczenia bólu gardła karmić powinniśmy dzieci cukrem i syropem glukozowym (czyli jeszcze większą ilością cukru). Brawo za pomysł.

A wiąże się to z tematem programu dokumentalnego w banalny sposób – cukier, tłuszcz, dwa podstawowe powody otyłości, a tymczasem właśnie ich jest najwięcej we wszystkim, co najbardziej smakuje dzieciom i czym są karmione przez rodziców, czasem nawet w nagrodę, czasem w przekonaniu, że to takie dobre, robić dziecku przyjemność, podczas gdy właśnie uczymy je paskudnych, złych nawyków, które kiedyś je, być może, zabiją, a na pewno uczynią ich życie nieznośnym, tak jak w przypadku bohatera dokumentu. Jak bowiem inaczej opisać jego życia, skoro:

  • wstawanie z łóżka odbywać musi się w określonej kolejności czynności, trzeba uważać, żeby nie doszło do dyslokacji biodra, przejście do pozycji pionowej zaś staje się wyzwaniem,
  • praca (jest kierowcą autobusu) staje się niemożliwa, bo nie mieści się w fotelu, kierownicę musi trzymać pod brzuchem (potem i tak został zwolniony, bo osoby z bezdechem sennym, kolejnym z możliwych skutków otyłości, nie mogą być kierowcami autobusów),
  • mycie jest męczarnią, długotrwałym, skomplikowanym procesem, w którym musi wykorzystywać rozmaite pomoce, by sięgnąć tam, gdzie osoba szczupła nie ma żadnego problemu, a i tak nie jest w stanie zachować higieny, grzybica stóp jest efektem niemożliwości dotarcia do nich,
  • papier toaletowy jest bezużyteczny, nie ma możliwości podtarcia się, by zatem zachować elementarny poziom czystości musi tak celować z wypróżnieniami, by natychmiast potem móc się kąpać,
  • spodnie, mające w pasie 66 cali (168 centymetrów!) stały się już za wąskie, konieczne jest kupno większych.

Brzmi fantastycznie, prawda? W zasadzie każdy czytający taką listę żachnie się i będzie się dopatrywać w tym wszystkim wyłącznie dowodów na słabą wolę osoby otyłej, ale problem polega na tym, że większość z tych samych osób nie widzi nic złego w przekarmianiu dzieci, pasieniu ich cukrem, białą mąką, produktami tak bogatymi w tłuszcz, że niewiele poza nim mieści się w nich. Ignorancja jest nieszczęściem, ale jeszcze większym to, że nie robi się z nią nic w szerokiej skali, skali całego społeczeństwa. Mieliśmy akcje picia mleka przez wszystkie dzieci, finansowane przez państwo – a nie mamy żadnych ostrzegających przed skutkami otyłości, mamy mnóstwo reklam leków, na przykład na bolące stawy, a żadnych informacji o tym, że mniejsza waga ciała, brak nadwagi i otyłości powoduje, że stawy po prostu nie bolą.

Winne – może nie wszystkiemu, ale na pewno większości problemów – są nawyki wyniesione z dzieciństwa, a potem kultywowane przez siebie samego, przede wszystkim w doborze produktów, którymi karmimy siebie i dzieci, ale także w sposobie ich jedzenia, brak śniadań zaraz po wstaniu z łóżka, potem często głodówka w pracy lub w szkole, a dopiero popołudniu wielki obiad z niezdrowych produktów. A potem wieczór przed telewizorem i podjadanie, a to kanapka, a to chipsy, a to cukierki, a to inne przekąski, jeśli wśród nich od wielkiego święta trafią jakieś owoce, to taka dieta w oczach osoby tak się odżywiającej nabiera charakteru niemal zdrowej… Ręce opadają – ale dokładnie tak wygląda świadomość znacznej części społeczeństwa, nieważne, że jem wszystko, wpycham w siebie kilogramy śmieci, ale wystarczy jabłuszko, żeby zrównoważyć złe konsekwencje takiej diety.

Ech, wiem, że nie ma szans uratować wszystkich, wiem, że nie ma szans pomóc każdemu, szczególnie, że mało kto chce tej pomocy, bo wiadomo, że wiąże się ona z wyrzeczeniami, ograniczeniami, koniecznością posiadania silnej woli i trzymania się swoich własnych obietnic. Ale i tak podnosi mi się nieco ciśnienie, kiedy oglądam taki program, bo widzę przyszłość, nieodległą, taką, w której będą żyć już nasze dzieci, przyszłość pełną otyłych, schorowanych ludzi, którzy winią za swój stan system, ale nie zamierzają z tym nic zrobić, ponieważ od dbania o ich zdrowie jest państwo, przecież płacą podatki!

A ja obejrzałam ten bardzo smutny, w gruncie rzeczy, program i wróciłam do moich porannych obowiązków. Trzeba było zamieszać mój chleb orkiszowy i wstawić go do piekarnika, wymyślić coś na obiad, ale w mojej kuchni dominują nieskomplikowane, smaczne, zdrowe potrawy, których przygotowanie nie wymaga wiele czasu ani zachodu. Zrobiłam sobie kawy, której nie posłodziłam cukrem, dzieciaki także nie dostały niczego z cukrem. I wiem, że dzięki temu wszystkiemu, dzięki temu, że myślę o tym, co jemy, myślę o tym, co szkodzi, co pomaga, za kilkanaście, kilkadziesiąt lat będą miały powód, żeby powiedzieć mi „mamo, dziękuję, że nie należę do tej większości, która cierpi każdego dnia i nie dożyje pięćdziesiątki”. I wierzę mocno, że przekażą tę wiedzę swoim dzieciom. 

Oczyszczanie wątroby

Trudno byłoby powiedzieć, że którykolwiek organ w  naszym ciele jest mniej lub bardziej ważny, w końcu każdy z nich ma do spełnienia niesamowicie istotne funkcje, są jednak takie organy, które natychmiast przychodzą do głowy, kiedy ktoś myśli o tym, co w nas najważniejsze. Jednym z tych własnie „superorganów” jest wątroba, nie ulega to dla mnie żadnej wątpliwości, pisałam już o niej i jej roli w ciele przy okazji opisywania różnych innych tematów, ale trudno się dziwić, bowiem tak, jak w jelitach zaczyna się odporność i są one jej pierwszą linią, tak również wątroba jest jednym z najważniejszych strażników naszego organizmu. Jest jednym z tych organów, bez których przeżyć nie można, o czym pisaliśmy już choćby tu http://blog.naturalnaspizarnia.pl/ostropest-zbawienie-dla-watroby – dlatego nie ma sensu powtarzać, czym dokładnie zajmuje się ten organ, warto tylko pamiętać, że wątroba pełni funkcje:

  • metaboliczną,
  • magazynującą,
  • detoksykacyjną,
  • filtracyjną.

Oczywiście, wątroba nie jest niezniszczalna, zważywszy na to, jak wiele pełni funkcji i jak bardzo zaangażowana jest w działanie całego organizmu nie ma nic dziwnego w tym, że jest jednym z najbardziej narażonych na uszkodzenia i zakłócenia pracy organów. O tym, że nie jest trudno zaszkodzić wątrobie wie każdy, kto przesadził z alkoholem, z tłustym jedzeniem, każdy z nas przynajmniej raz w życiu poczuł, że jego wątroba wysyła mu sygnał alarmowy. Niektórzy jednak doświadczają problemów innego rodzaju, bowiem ich wątroby zostały zainfekowane pasożytami, z których wiele nie daje tak wyraźnych objawów, jednak ich działanie na wątrobę przenosi się na cały organizm i zakłóca jego działanie. Najczęściej spotykane z nich to przywra kocia i motylica wątrobowa, ale również glista ludzka oraz tasiemiec bąblowcowy.

Jak zatem zadbać o wątrobę? Oczywistym jest, że podstawowym i najważniejszym, w dodatku najprostszym sposobem jest stosowanie diety takiej, która nie będzie obciążać tego organu, taka dieta będzie miała w ogóle same zalety dla całego organizmu. Nie będę się tu rozpisywać o niej, ponieważ przy okazji wielu wpisów przedstawiałam już mnóstwo propozycji takich diet, dziś chciałabym się skupić na tym, co przyczynia się do oczyszczenia wątroby, zarówno z pasożytów, jak i z innych niekorzystnych czynników.

Oczyszczać wątrobę można na wiele sposobów – na przykład poprzez dobór odpowiednich produktów, które wyjątkowo sprzyjają temu procesowi:

  • orzech włoski – zawarte w nim składniki pomagają oczyszczać wątrobę z amoniaku, zaś wyciąg ze skorupek stanowi jeden z najczęstszych elementów kuracji oczyszczających,
  • czosnek – jego składniki aktywują wątrobowe enzymy odpowiedzialne za wypłukiwanie toksyn z organizmu, a także chronią wątrobę i wspomagają oczyszczanie jej samej,
  • grejpfrut – zawiera mnóstwo naturalnych składników oczyszczających wątrobę, w tym przede wszystkich witaminę C oraz przeciwutleniacze, podobnie jak czosnek zwiększa produkcję oczyszczających enzymów, pomaga wypłukiwać z organizmu substancje rakotwórcze,
  • inne owoce bogate w witaminę C, która sprzyja łączeniu się toksyn z innymi składnikami, dzięki czemu są one wydalane z organizmu,
  • kapusta, brokuły, kalafior – stymulują produkcję oczyszczających wątrobę enzymów,
  • zielona herbata – zawiera katechinę, naturalny przeciwutleniacz sprzyjający eliminowaniu nadmiaru tłuszczu w wątrobie oraz wspomagający jej naturalne funkcje i chroniący wątrobę przed uszkodzeniem,
  • warzywa takie jak rukola, szpinak, szpinak, cykoria – zawierają liczne oczyszczające składniki, które neutralizują z organizmu ciężkie metale, pestycydy oraz wpływają żółciopędnie,
  • marchew – źródło flawanoidów i beta karotenu, wspomagających i stymulujących naturalne funkcje wątroby,
  • jabłka – ich składniki pomagają oczyszczać układ pokarmowy z toksyn, dzięki czemu wątroba jest znacznie mniej obciążona i może zająć się samooczyszczeniem,
  • awokado – według badań naukowych wystarczy jeść dwa awokado na tydzień przez trzydzieści dni, by w dużym stopniu zregenerować uszkodzoną wątrobę, składniki awokado chronią także wątrobę i zwiększają jej wydajność w zakresie oczyszczania organizmu,
  • kurkuma – poświęciliśmy już jej kiedyś cały wpis, jest jednym z najbardziej obiecujących odkryć ostatnich lat w dziedzinie oczyszczania i ochrony zdrowia, także wątroba korzysta z dobroczynnego wpływu tej przyprawy, bowiem dzięki kurkumie zwiększa się w olbrzymim stopniu produkcja oczyszczających enzymów,
  • kminek, dziurawiec, mniszek, rumianek, szczaw – między innymi te rośliny pomagają wątrobie w oczyszczaniu się.

Oczywiście, dieta to jedna możliwość, warto także wspomagać oczyszczanie wątroby innymi sposobami, które przyspieszają proces i dają czasem efekt tam, gdzie dieta może być już niewystarczająca. Najczęściej polecanymi i używanymi suplementami diety są w tym zakresie:

  • olej z ostropestu, o którym pisaliśmy już na naszym blogu,
  • wyciąg ze skorupy orzecha czarnego i włoskiego, oczyszcza nie tylko wątrobę,
  • olej sezamowy, jeden z najpopularniejszych olejów w kuchni i medycynie Wschodu, oczyszcza, zawiera przeciwutleniacze oraz posiada dziesiątki innych zalet,
  • siemię lniane, nie tylko oczyszcza, także wspomaga proces regeneracji wątroby,
  • witamina B, polepsza metabolizm tłuszczów, odciążając tym samym wątrobę.

Warto rozważyć zastosowanie kompleksowego rozwiązania, na przykład kuracji oczyszczającej dr Huldy Clark. Składniki tej kuracji zawierają:

  • gorzką sól (4 łyżki),
  • sok z czerwonych grejpfrutów (około 2/3 szklanki),
  • ekstrakt z orzecha czarnego (10-20 kropli),
  • oliwę z oliwek (1/2 szklanki).

Kuracja trwa przez weekend i ma charakter raczej ostry, stąd zalecenie, by odbywać ją w dni wolne, kiedy możemy sobie pozwolić na chwilowe osłabienie organizmu. Od 14.00 w piątek nie jemy ani nie pijemy już niczego, następnie:

  • kurację rozpoczyna się od picia wody z solą w porcjach po ok. ¾ szklanki (3 szklanki wody, 4 łyżki soli) – o 18.00, następnie o 20.00
  • potem dołącza się do tego przed samym snem, jednak nie później niż o 22.15, miksturę przygotowaną z 1/2 szklanki oliwy, ¾ szklanki soku z grejpfruta oraz ekstraktu z orzecha,
  • kolejny dzień zaczyna się od wypicia reszty wody z solą – najpierw o 6.00, następnie o 8.00,
  • po tym można pozwolić sobie już na lekkie posiłki. 

Kuracja nie tylko oczyszcza wątrobę, ale przyczynia się również do wydalania kamieni żółciowych oraz nadmiaru cholesterolu z dróg żółciowych.

Ludzka wątroba pełni ponad 500 funkcji a i tak 60% Polaków sądzi, że tylko jedną – metabolizm alkoholu. Zdrowe jelita i zdrowa wątroba są początkiem każdej recepty na zdrowy cały organizm, od nich zależy praktycznie zawsze, jaki jest stan naszego zdrowia. Dlatego warto zapoznać się z listą tego, co wątrobie szkodzi, listą tego, co jej nie obciąża i z możliwościami wspomagania wątroby w jej pracy – a na pewno odwdzięczy się nam lepszym życiem. 

Wapń – gdzie go szukać, jeśli nie w nabiale?

Mleko i wapń wydają się być nierozerwalnie ze sobą związane, jak jin i jang, jak noc i dzień, jednak od dawna wiadomo już, że związek ten należy do rodzaju toksycznych i to w dosłownym znaczeniu, bowiem korzyści związane z wapniem i jego dostarczaniem naszemu organizmowi nie są wystarczające, by równoważyć zagrożenia płynące ze spożywania nabiału w każdej niemal postaci. Pisałam już o niezdrowym wpływie mleka i nabiału wielokrotnie, polecam zamieszczony tu kilka miesięcy temu film na ten temat wszystkim tym, którzy wolą informacje w skondensowanej, konkretnej formie, więc nie będę się specjalnie powtarzać, przypomnę tylko najważniejszą tezę: człowiek nie jest stworzony do spożywania nabiału, szkodzimy naszemu organizmowi karmiąc go mlekiem i jego przetworami.

Dobrze zatem, skoro mleko jest tak złe, skąd brać wapń? Wyobrażam sobie czasem, w jaką panikę wpadłoby mnóstwo osób, gdyby wiedza o szkodliwości nabiału stała się jeszcze bardziej powszechna i nie była zaciemniana przez rozmaite kampanie społeczne przekazujące zakłamany obraz rzeczywistości. Wyobrażam sobie, bowiem doskonale wiem, że wiedza na temat pozyskiwania wapnia z innych produktów niż mleczne jest – delikatnie mówiąc – niewielka, chociaż przecież tak niewiele trzeba, by dowiedzieć się znacznie więcej, może nawet nie w chęci tu problem, tylko w braku świadomości, skoro nie wie się o problemie, to dlaczego miałoby się szukać sposobów jego rozwiązania, dlatego staram się na każdym kroku mówić o szkodliwości nabiału i przekonywać do jego zastąpienia czymś znacznie zdrowszym.

Wapń to metal niezwykle istotny dla naszego życia i zdrowia, nie ulega wątpliwości, że bez niego nasz organizm nie miałby szans funkcjonować prawidłowo, bowiem:

  • wapń wchodzi w skład kości (99% wapnia w organizmie znajduje się właśnie w nich), jest jednym z najważniejszych elementów tworzących zdrowe, mocne kości,
  • bierze udział w przewodzeniu impulsów bioelektrycznych,
  • jest koniecznym elementem zapewnienia prawidłowości procesu skurczu mięśni, w tym mięśnia sercowego,
  • zapewnia właściwe krzepnięcie krwi,
  • przyczynia się do zapewnienia odpowiedniej przepuszczalności błon komórkowych i naczyń włosowatych,
  • bierze udział w procesie wytwarzania enzymów i hormonów.

Wszystkie te cechy sprawiają, że nie może być nawet mowy o niedbaniu o właściwy poziom wapnia w organizmie, jednak, skoro mleko to taki „cudowny” sposób, jak dbać właściwie, tak, by korzyści przewyższały szkody? To proste, poniżej przedstawiamy listę kilkunastu produktów, których zawartość wapnia jest tak wysoka, że mogą stanowić doskonały zamiennik nabiału; warto zauważyć, że część z nich przewyższa mleko pod względem ilości wapnia, a jeśli dodamy do tego inne zalety wymienionych poniżej produktów, otrzymujemy gotową receptę, jak pozbyć się jednego z elementów niesławnej „białej trójki”; pozostałych- cukru i mąki – mam nadzieję, pozbyliście już dawno. Dla przypomnienia, w 100 g mleka krowiego znajduje się około 100-120 mg wapnia, zalecane zaś dzienne spożycie dla dorosłego wynosi około 1000-1500 mg, dla dzieci w zależności od wieku od 200 mg do nawet 1500 w przypadku dzieci w okresie najszybszego wzrastania.

Zawartość w 100 g produktu:

  • melasa z karobu – chleba świętojańskiego –  3150 mg,
  • mak – 1300 mg,
  • surowe ziarno sezamu niełuskanego – 1160 mg,
  • tahini – 426 mg,
  • sardynki w puszce – 350-500 mg,
  • suszone figi – 203 mg,
  • migdały – 250 mg,
  • amarantus – 248 mg,
  • soja – 230 mg,
  • orzechy – do 200 mg,
  • quinoa – 200 mg,
  • szpinak – 200 mg,
  • natka pietruszki – 190 mg,
  • tofu – 150 mg,
  •  jarmuż – 150 mg,
  • morele suszone – 139 mg,
  • czosnek  – 85 mg,
  •  fasola szparagowa  – 65 mg,
  •  brukselka – 60 mg,
  • soczewica – 50 mg,
  • jaja kurze – 50 mg,
  • płatki owsiane – 55 mg.

Mleko to zło – niestety, nie ma w tym grama przesady. Mleko i nabiał to przepis na kłopoty, więc jeśli chcemy zachować zdrowie, jednocześnie dostarczając organizmowi odpowiednie ilości składników odżywczych, nie ma wyjścia, musimy się trochę rozejrzeć, poszukać zamienników mleka (np. z pomocą powyższej listy), zweryfikować nasz jadłospis i nawyki żywieniowe. Gwarantuję Wam, że efekty będą piorunujące, od tych długofalowych, na przykład większej odporności do takich widocznych niemal od razu, na przykład znacznego polepszenia się stanu skóry (zdumiewające, jak zmniejsza się liczba choćby rozmaitych pryszczy i innych paskudztw).Już teraz zdarzają się dermatolodzy, których pierwszym zaleceniem jest odstawienie nabiału. Dlatego po raz kolejny – wapń tak, mleko nie!

Hummus, co to takiego?

„Ciecierzyca” – to nie tylko nazwa doskonałej w smaku, pożywnej i zdrowej rośliny strączkowej, to także nazwa sporządzanej z niej pasty, nazwa w języku arabskim brzmiąca „hummus”. W języku polskim słowo to zwykle kojarzy się z jego wersją pisaną przez jedno „m”, ale zapewniam, że nie mają one ze sobą nic wspólnego – poza wymową. Hummus jest tradycyjnym (notowana historia jego spożywania ma już około piętnastu stuleci) daniem z Półwyspu Arabskiego, którego podstawowymi składnikami były ciecierzyca, sezam, cytryna i czosnek. Dziś hummus ma mnóstwo odmian i daje nieograniczone niemal możliwości żonglowania składnikami i ich kombinacjami.

Ciecierzyca (roślina) znajdowała się w diecie naszych przodków już ponad pięć tysięcy lat temu, co wydaje się być dość oczywistym wyborem, jest bowiem roślina ta jednym z lepszych źródeł białka, cynku, fosforu i kwasu foliowego (choć, oczywiście, zakładam, że badania składu nie były przeprowadzane w późnej epoce kamienia gładzonego). Zawiera niewiele tłuszczów, w dodatku są to w większości tłuszcze wielonienasycone, nie tylko nie wpływa więc na nasz organizm tucząco, udowodniono również, że ciecierzyca może przyczyniać się do obniżenia poziomu cholesterolu.

Połączenie tak zdrowej rośliny z innymi składnikami, z których wiele znanych jest także ze swojego dobrego wpływu na nasz organizm zaowocowało powstaniem potrawy nie tylko pożywnej i zdrowej, ale również smacznej, o czym może przekonać się każdy, kto samodzielnie przygotuje sobie hummus w domu (a jest to banalnie proste) lub kupi gotowy, choćby w naszym sklepie. Ciecierzycę można przyrządzać na znacznie więcej sposobów, jednak ten jest moim ulubionym, dlatego właśnie jemu postanowiłam poświęcić ten krótki wpis.

Mój sposób na hummus to przepis przeznaczony dla Thermomixu. Nie ukrywam, że jest to urządzenie, które ułatwia mi życie na tysiąc różnych sposobów, więc korzystam z niego codziennie, jednak przepis nadaje się także dla osób używających bardziej tradycyjnych narzędzi (blender i młynek):

  • 250 g suchej ciecierzycy,
  • 1,5 l wody,
  • 30 g nasion sezamu,
  • 2 ząbki czosnku,
  • 20 g oleju, sezamowego,
  • 60 g oliwy z oliwek,
  • 50 g soku z cytryny,
  • 1 łyżeczka soli,
  • 1 łyżeczka papryki słodkiej,
  • pieprz cayenne, do smaku.

Zaczyna się zawsze od moczenia ciecierzycy (6 do 8 godzin) w 0,5 litra wody. Odsączam potem ją, prażę nasiona sezamu, mielę je, potem ciecierzycę miksuję z litrem wody. Następnie ciecierzyca jest gotowana, gotową odcedzam (ale wywaru nie wylewam!), dodaję czosnek, zalewam 100 g wywaru, mieszam wszystko. W końcu dodaję zmielony sezam i inne składniki – i to cała tajemnica dobrego hummusu, jem go w zasadzie codziennie, nie znudził mi się ani trochę i raczej nie zapowiada się na to; jest to także przepis dla osób, które nie mają czasu albo ochoty, by rano przygotowywać sobie zdrowe śniadanie – wystarczy wyciągnąć słoiczek z lodówki i posmarować chleb hummusem, gotowe!

Jak pisałam wcześniej, skład hummusu zapewnia jego dobroczynne działanie dla zdrowia, czosnek jest naturalnym antybiotykiem i sposobem na wiele problemów, sezam to źródło wapnia, mnóstwo witamin i składników mineralnych oraz przeciwutleniaczy, o zaletach oliwy z oliwek nie trzeba przekonywać chyba nikogo. Cytryna dodaje sporo witaminy C, pisałam już na blogu także o właściwościach przypraw, w tym papryki i pieprzu. Brzmi nieźle, prawda? Hummus początkowo brzmiał dla mnie jak dość egzotyczny pomysł, jak eksperyment z gatunku tych raczej bardziej odważnych, jednak spróbowałam i teraz nie wyobrażam sobie, żeby w mojej kuchni mogło go zabraknąć, stał się elementem naturalnym jak mój samodzielnie pieczony chleb orkiszowy. Przygotowanie go zaś jest banalnie proste, więc polecam wszystkim, spróbujcie!

„Antyrak”, czyli lektura obowiązkowa

Nie ulega wątpliwości, że rak to rzecz straszna, wie o tym każdy, kto się z nim zetknął w ten czy inny sposób, a nie ma chyba wśród nas w tych czasach nikogo, kto nie miał żadnej bezpośredniej styczności z osobą cierpiącą z jego powodu. Niektórzy doświadczyli utraty bliskiej osoby, inni spotkali się z rakiem w nieco większej odległości, ale wszyscy rozumieją, jak poważna to sprawa – i jak, wydawałoby się, beznadziejna. Klasyczna medycyna w przypadku raka stosuje chemioterapię, radioterapię – lub rozkłada bezradnie ręce. Medycyna naturalna proponuje znacznie szersze spektrum możliwych rozwiązań, jednak wiele z nich traktowanych jest przez ogół raczej podejrzliwie ze względu na ich dość kontrowersyjny charakter lub wręcz bazowanie na podstawach bardziej mistycznych niż rzeczywistych. Czy jest możliwa droga kompromisu? Oczywiście, że tak! I David Servan-Schreiber, autor książki „Antyrak” udowadnia dość skutecznie tę tezę, w dodatku czyniąc to w taki sposób, że od książki nie sposób się oderwać dopóki nie dojdziemy do ostatniej strony.

David Servan-Schreiber był (niestety, zmarł w 2011) francuskim psychiatrą i neurobiologiem, który w 1991 roku przypadkiem trochę dowiedział się, że ma guza mózgu. Będąc naukowcem potrafił podejść do tego inaczej niż większość nas, zwykłych ludzi; potrafił zachować się w tej sytuacji nie jak zrozpaczony pacjent, a jak naukowiec, który – oczywiście, że przytłoczony ciężarem diagnozy, oczywiście, że z tego powodu odczuwający emocje w większości negatywne – postanowił potraktować swój przypadek jak szansę na odkrycie nowych rejonów, na rozszerzenie posiadanej wiedzy, na zupełnie inne spojrzenie na temat raka i zdrowia w ogóle.

Podstawowa teza książki Servana-Schreibera jest następująca: rak jest w każdym z nas, nie ma ludzi wolnych od ryzyka. Rak pozostaje uśpiony lub nie, można przejść całe życie bez śladu jego aktywności, można zostać zaatakowanym przez niego bez względu na wiek, płeć, kolor skóry. Istnieją jednak czynniki, które mogą przyczyniać się do zwiększenia ryzyka uaktywnienia się mechanizmów rakowych i istnieją takie, które to ryzyko skutecznie zmniejszają. Te pierwsze to zachodni styl życia i wszystko, co się z nim wiąże (dieta, brak ruchu) oraz zanieczyszczone środowisko naturalne, te drugie to styl życia bliższy naturze – a przede wszystkim przemyślana, zorganizowana dieta.

Tak, wiemy, że takie informacje można znaleźć w sieci i nie tylko, ale tym, co wyróżnia „Antyraka” spośród innych podobnych mu pozycji jest jego konstrukcja, w której każdy rozdział kończy się bardzo długą listą książek, artykułów i innych publikacji, z których korzystał autor podczas pisania. Nie da się ukryć, że robi niesamowite wrażenie lektura choćby właśnie tej listy, widać bowiem z niej, ile serca i zaangażowania włożył autor w to, by jego książka była czymś więcej niż zbiorem przypuszczeń i pobożnych życzeń. Udało mu się w sposób naprawdę wspaniały, stworzył bowiem ten naukowiec z krwi i kości publikację naukową dostępną dla każdego, w której przystępna forma nie spowodowała zubożenia treści.

„Antyrak” ma także cechę, której brakuje wielu pozycjom – autentyczność. Autentyczność przeżyć autora, autentyczność naukowego podejścia do tematu, autentyczność otwartego umysłu. Autentyczność będącą kolejną, wielką zaletą książki, bowiem wielokrotnie spotykamy się z pozycjami z założenia ważnymi, ale tracącymi przy bliższym poznaniu z powodu braku więzi autora z treścią. W przypadku „Antyraka” więź ta jest wyczuwalna na każdej niemal stronie, zarówno w opisach osobistych odczuć, jak i w fascynacji naukowca wynikami badań, możliwościami oferowanymi przez hipotezy oraz procesem ich udowadniania lub obalania. Kiedy pisze o obserwowanych przez siebie lub innych trendach i tendencjach wyczuwa się prawdziwą ciekawość, będącą cechą najlepszych naukowców, którzy nigdy nie spoczywają na laurach.

Być może to zawodowe podejście, być może to specyfika wykonywanej profesji psychiatry, ale widać także, że David Servan-Schreiber należy do tych, którzy pacjentów traktują jak istoty ludzkie. To rozróżnienie wynika z mojego przekonania, że lekarze dzielą się na tych, którzy traktują pacjentów jak pacjentów i na tych, którzy traktują ich jak ludzi; ci pierwsi przychodzą do pracy takiej, jak każda inna, na etacie, odbębniają swoje godziny na taśmie, widzą choroby, rozpoznania i procedury oraz listę leków, ci drudzy przychodzą do miejsca, w którym realizują swoje powołanie pomagania ludziom, słuchają ludzi, rozmawiają z nimi, starają się dociec przyczyny problemu i szukają rozwiązań, które nie będą służyły chwilowemu łataniu dziur w zdrowiu, lecz rozwiążą kłopot definitywnie (albo przynajmniej będą się starać). Właśnie ci drudzy będą bardziej otwarci na inne możliwości, nie wypiszą antybiotyku dopóki nie uznają tego za konieczne, pomogą w zmianie stylu życia, wspomną o diecie, zasugerują rozwiązania inne niż leki. I do tej grupy należał Servan-Schreiber, interesowało go bardziej „dlaczego” niż „co”, uważał, że profilaktyka jest znacznie lepszym rozwiązaniem niż dopuszczanie do wystąpienia problemu – i wtedy dopiero walka z nim.

Jest „Antyrak” także książką, która przemówi do sceptyków – do tych wszystkich, którzy wierzą w zasadzie bezgranicznie w konwencjonalną medycynę i jej sposoby, do tych, którzy z pogardliwym uśmiechem kwitują choćby wzmiankę o medycynie naturalnej, o diecie jako sposobie walki o zdrowie, do tych, którzy będą do ostatniej krwi bronić chemioterapii i radioterapii jako jedynych sposobów zwalczania raka. Dzięki swojemu profesjonalnemu podejściu i otwartości na świat nieco mniej konwencjonalny stworzył autor pozycję, której nie można ani zanegować jako poradnika znachora ani z góry odrzucić jako pochwałę medycyny nowoczesnej. Nie, udało mu się połączyć w równowadze idealnej jedną i drugą ścieżkę, dlatego tak potężną moc posiada książka, w której odnajdziemy odpowiedź na niejedno dręczące nas w związku z rakiem i strachem przed nim pytanie.

Nie będę pisać w szczegółach, o czym jest książka, pozostawiam odkrycie tej wiedzy czytelnikom, jednak chciałabym zauważyć, że czytelnicy naszego bloga odnajdą w niej wiele znanych im już tematów, znajdą w niej podobne pytania jak te, które stawiamy na blogu; można powiedzieć, że poczują się w niej jak w domu. Autor powtarza pewne zalecenia do znudzenia niemal, ale niebezpodstawnie, uważa bowiem, że największymi błędami, jakie popełnia współczesny człowiek jest takie odżywianie się, w którym olbrzymi udział mają trzy podstawowe czynniki karmiące raka i dające niemal stuprocentową pewność jego przebudzenia: rafinowany cukier, wysokoprzetworzona biała mąka i brak równowagi między kwasami omega-3 i omega-9. Oczywiście, to tylko pewna część jego wywodu, ale czuję drobną satysfakcję, kiedy myślę, że udało mi się dojść do podobnych wniosków jeszcze zanim zapoznałam się z „Antyrakiem”.

Oczywiście, polecam „Antyraka” każdemu, bowiem wierzę w teorię autora, że rak jest w każdym z nas i w to, że w dużej mierze od nas samych zależy, czy pozwolimy mu przejąć kontrolę nad naszym życiem, czy pozwolimy mu w ogóle w naszym życiu zaistnieć. Polecam „Antyraka”, bo autor uświadamia nas w wielu sprawach, ale także obala mity, takie jak ten, że wystarczy samo pozytywne nastawienie, by pokonać raka. Polecam, bo autor pozwala nam na inne spojrzenie na „raka bez choroby” – tak bowiem widzi temat Servan-Schreiber – na efekt przewlekłego, permanentnego stanu zapalnego organizmu, który jest zawsze przyczyną raka. Polecam, bo rzadko która pozycja każe nam myśleć tak dużo, a jednocześnie daje nam mnóstwo rad, wskazówek i wskazuje tyle rozwiązań.

Niedługo napiszę kilka słów o innej książce Davida Servana-Schreibera, „Można się żegnać wiele razy”, książce pożegnalnej, pisanej wtedy, gdy kończył się ten odebrany rakowi czas, żył bowiem autor dwadzieścia lat od diagnozy – a dawano mu w najlepszym wypadku zaledwie ułamek tego czasu. Książce, w której autor przyznaje się, że jemu także zdarzało się nie do końca stosować do jego własnych zaleceń, nie do końca przestrzegać polecanych przez niego zasad, wie bowiem, jak ciężko jest żyć tak bardzo konsekwentnie, jak ciężko jest nigdy nie zbaczać z wyznaczonej ścieżki. Dzięki jednak otwartemu umysłowi i temu, że postanowił uczynić z reszty życia coś naprawdę cennego, coś, co mógłby przekazać innym, udało mu się przeżyć dwie bardzo wartościowe dekady i pomóc niezliczonym rzeszom ludzi na całym świecie.