Przyczyny otyłości

Sobotni poranek, domowe obowiązki, w tle gdzieś włączony telewizor, program dokumentalny o ważącym ponad dwieście kilo pięćdziesięcioletnim Brytyjczyku, który ma przejść operację zmiany żołądka, ponieważ jest to dla niego ostatnia deska ratunku. W przerwach programu reklamy, wśród nich jedna poświęcona lizakom na ból gardła u dzieci. Jak to się łączy? W bardzo prosty sposób, wiecie dobrze, że skład produktu podawany jest w kolejności zależnej od procentowego udziału. I jak się nie denerwować, kiedy okazuje się, że ten „produkt leczniczy” (określenie uczynione w reklamie dla podkreślenia skuteczności lizaków) ma w składzie kilka ziół, znanych ze skutecznego działania w przypadku bólu gardła, ale stanowią one końcówkę listy składników – a zaczyna się ona „Cukier, syrop glukozowy, kwas cytrynowy, aromaty”. Pięknie, dla leczenia bólu gardła karmić powinniśmy dzieci cukrem i syropem glukozowym (czyli jeszcze większą ilością cukru). Brawo za pomysł.

A wiąże się to z tematem programu dokumentalnego w banalny sposób – cukier, tłuszcz, dwa podstawowe powody otyłości, a tymczasem właśnie ich jest najwięcej we wszystkim, co najbardziej smakuje dzieciom i czym są karmione przez rodziców, czasem nawet w nagrodę, czasem w przekonaniu, że to takie dobre, robić dziecku przyjemność, podczas gdy właśnie uczymy je paskudnych, złych nawyków, które kiedyś je, być może, zabiją, a na pewno uczynią ich życie nieznośnym, tak jak w przypadku bohatera dokumentu. Jak bowiem inaczej opisać jego życia, skoro:

  • wstawanie z łóżka odbywać musi się w określonej kolejności czynności, trzeba uważać, żeby nie doszło do dyslokacji biodra, przejście do pozycji pionowej zaś staje się wyzwaniem,
  • praca (jest kierowcą autobusu) staje się niemożliwa, bo nie mieści się w fotelu, kierownicę musi trzymać pod brzuchem (potem i tak został zwolniony, bo osoby z bezdechem sennym, kolejnym z możliwych skutków otyłości, nie mogą być kierowcami autobusów),
  • mycie jest męczarnią, długotrwałym, skomplikowanym procesem, w którym musi wykorzystywać rozmaite pomoce, by sięgnąć tam, gdzie osoba szczupła nie ma żadnego problemu, a i tak nie jest w stanie zachować higieny, grzybica stóp jest efektem niemożliwości dotarcia do nich,
  • papier toaletowy jest bezużyteczny, nie ma możliwości podtarcia się, by zatem zachować elementarny poziom czystości musi tak celować z wypróżnieniami, by natychmiast potem móc się kąpać,
  • spodnie, mające w pasie 66 cali (168 centymetrów!) stały się już za wąskie, konieczne jest kupno większych.

Brzmi fantastycznie, prawda? W zasadzie każdy czytający taką listę żachnie się i będzie się dopatrywać w tym wszystkim wyłącznie dowodów na słabą wolę osoby otyłej, ale problem polega na tym, że większość z tych samych osób nie widzi nic złego w przekarmianiu dzieci, pasieniu ich cukrem, białą mąką, produktami tak bogatymi w tłuszcz, że niewiele poza nim mieści się w nich. Ignorancja jest nieszczęściem, ale jeszcze większym to, że nie robi się z nią nic w szerokiej skali, skali całego społeczeństwa. Mieliśmy akcje picia mleka przez wszystkie dzieci, finansowane przez państwo – a nie mamy żadnych ostrzegających przed skutkami otyłości, mamy mnóstwo reklam leków, na przykład na bolące stawy, a żadnych informacji o tym, że mniejsza waga ciała, brak nadwagi i otyłości powoduje, że stawy po prostu nie bolą.

Winne – może nie wszystkiemu, ale na pewno większości problemów – są nawyki wyniesione z dzieciństwa, a potem kultywowane przez siebie samego, przede wszystkim w doborze produktów, którymi karmimy siebie i dzieci, ale także w sposobie ich jedzenia, brak śniadań zaraz po wstaniu z łóżka, potem często głodówka w pracy lub w szkole, a dopiero popołudniu wielki obiad z niezdrowych produktów. A potem wieczór przed telewizorem i podjadanie, a to kanapka, a to chipsy, a to cukierki, a to inne przekąski, jeśli wśród nich od wielkiego święta trafią jakieś owoce, to taka dieta w oczach osoby tak się odżywiającej nabiera charakteru niemal zdrowej… Ręce opadają – ale dokładnie tak wygląda świadomość znacznej części społeczeństwa, nieważne, że jem wszystko, wpycham w siebie kilogramy śmieci, ale wystarczy jabłuszko, żeby zrównoważyć złe konsekwencje takiej diety.

Ech, wiem, że nie ma szans uratować wszystkich, wiem, że nie ma szans pomóc każdemu, szczególnie, że mało kto chce tej pomocy, bo wiadomo, że wiąże się ona z wyrzeczeniami, ograniczeniami, koniecznością posiadania silnej woli i trzymania się swoich własnych obietnic. Ale i tak podnosi mi się nieco ciśnienie, kiedy oglądam taki program, bo widzę przyszłość, nieodległą, taką, w której będą żyć już nasze dzieci, przyszłość pełną otyłych, schorowanych ludzi, którzy winią za swój stan system, ale nie zamierzają z tym nic zrobić, ponieważ od dbania o ich zdrowie jest państwo, przecież płacą podatki!

A ja obejrzałam ten bardzo smutny, w gruncie rzeczy, program i wróciłam do moich porannych obowiązków. Trzeba było zamieszać mój chleb orkiszowy i wstawić go do piekarnika, wymyślić coś na obiad, ale w mojej kuchni dominują nieskomplikowane, smaczne, zdrowe potrawy, których przygotowanie nie wymaga wiele czasu ani zachodu. Zrobiłam sobie kawy, której nie posłodziłam cukrem, dzieciaki także nie dostały niczego z cukrem. I wiem, że dzięki temu wszystkiemu, dzięki temu, że myślę o tym, co jemy, myślę o tym, co szkodzi, co pomaga, za kilkanaście, kilkadziesiąt lat będą miały powód, żeby powiedzieć mi „mamo, dziękuję, że nie należę do tej większości, która cierpi każdego dnia i nie dożyje pięćdziesiątki”. I wierzę mocno, że przekażą tę wiedzę swoim dzieciom. 

Dieta, którą wybrać, czym jest dieta?

Codziennie słyszymy, że ktoś „przechodzi na dietę”. W stwierdzeniu tym znajduje się jeden, podstawowy błąd, ponieważ każdy z nas w każdej chwili jest „na diecie”, nie jest bowiem „dieta” czymś wyjątkowym dla naszego żywienia, każdy sposób jedzenia jest dietą, złą, dobrą, szczególną, zwyczajną, ale dietą. Dlatego nie należy używać określenia „przejść na dietę”, tylko zawsze doprecyzować, na jaką, jest ostatnio bowiem tych „cudownych” od metra i jeszcze trochę, każda z nich obiecuje wspaniałe rezultaty, każda z nich jest z założenia „prosta” i „szybka”. Używamy cudzysłowu celowo, bowiem doświadczenia naszych znajomych z podobnymi „wspaniałymi” sposobami pokazuje jasno, że żadna z tych metod nie jest ani prosta, ani szybka, ani – co najważniejsze – skuteczna.

Żyjemy w czasach, kiedy wszyscy chcą dobrze wyglądać, od najmłodszych do najstarszych – i nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ, niestety, wygląd stał się jednym z najważniejszych kryteriów oceny człowieka. Smutne, ale prawdziwe, jeszcze nigdy nie byliśmy tak powierzchownym społeczeństwem, jak dziś, ale nie wydaje się, by mogło się to zmienić, karmieni jesteśmy przez media wszelkiej maści obrazkami, na których szczęśliwi są piękni, smutni już niekoniecznie. Wygląd został zrównany z sukcesem, w telewizji coraz więcej programów promujących piękno i spychających rozum na bardzo odległe pole, dlatego, jak napisaliśmy, trudno się dziwić temu pędowi do dobrego wyglądu.

Problem polega nie tylko na tym, że w tej nagonce na to, co odbiega od doraźnie wyznaczanych standardów piękna niektórzy stosują metody co najmniej nieracjonalne, problemem jest także to, że stosowanie „diety” służyć ma uzyskaniu dobrego wyglądu, zaś aspekt zdrowotny prawidłowego odżywiania się jest bardzo mocno marginalizowany – i nie wiem, czy to nie najgorsze w tym wszystkim. „Dieta” = odchudzanie, prawda? Tak można by sądzić, jeśli się posłucha 99% osób stosujących „dietę”, nikt prawie nie myśli o zdrowotnych konsekwencjach jej stosowania. Owszem, odchudzanie się ma w wielu przypadkach olbrzymi sens, szczególnie tam, gdzie mamy do czynienia z realną nadwagą lub otyłością, nie z wyimaginowanym nadmiarem kilogramów, wiadomo, że otyłość jest dziś problemem na skalę globalną, jednak stosowanie „cudownych” sposobów radzenia sobie z nią zwykle niesie ze sobą znacznie więcej skutków negatywnych niż pozytywnych.

Jednym z najczęstszych błędów, popełnianych podczas stosowania „diet cud” jest zaburzanie równowagi składników pokarmu dostarczanego organizmowi; wielokrotnie podkreślaliśmy, że równowaga jest kluczem do zdrowia, jej naruszanie, celowe czy nie prowadzić może jedynie do problemów. Dokładnie tak dzieje się w przypadku tzw. „diet”, nie można pozbawić organizmu, powiedzmy, węglowodanów i oczekiwać, że przyniesie to pozytywne skutki. Owszem, istnieje prawdopodobieństwo, że osiągnie się oczekiwany skutek (utratę wagi), ale kosztem istotnego pogorszenia stanu zdrowia, większość znanych nam przypadków stosowania takiej diety przyniosła ze sobą osłabienie odporności, chroniczne zmęczenie, brak ochoty do życia, pogorszenie nastroju i jego chwiejność, zaburzenia trawienia, nawet anemię. W dodatku wszystkie skończyły się rozczarowującym powrotem do poprzedniej wagi lub nawet wzrostem w stosunku do niej, kiedy organizm próbował odzyskiwać siły po takim złym traktowaniu. Takie powroty są także przyczyną wielu problemów psychicznych, gdyż osoba o obniżonej samoocenie, ze skłonnościami do depresji uzna to niechybnie za kolejną życiową porażkę, potwierdzającą wszystkie jej złe myśli na swój temat.

Kolejnym błędem, który dotyczy wszystkich takich diet jest fakt, że zmiana sposobu odżywiania się jest z założenia tymczasowa. Praktycznie nikt nie rozpoczyna „diety” bez perspektywy, że kiedy schudnie założone x kilogramów będzie mógł wrócić do poprzedniego sposobu jedzenia. Jaki jest zatem sens wprowadzania czegoś, co z założenia nie przyniesie żadnych długofalowych skutków, nie wniesie w życie żadnej nowej jakości, nie będzie miało żadnego znaczenia poza krótkotrwałym i bardzo złudnym poczuciem zadowolenia z siebie, że „dało się radę”? Jeżeli dotychczasowe odżywianie się spowodowało problem, to dlaczego istnieje takie pragnienie powrotu do niego, najlepiej jak najszybciej, najlepiej w jak najpełniejszym stopniu, dlaczego tak koniecznie chcieć, żeby znów można było robić sobie i swojemu organizmowi tę samą krzywdę, w dodatku z pełną świadomością tego? Ta tymczasowość diet powoduje, że osoby stosujące je mogą i pozwalają sobie na niezagłębianie się w jej istotę, nie analizują przyczyny powstawania problemu, nie zastanawiają się nad tym, jakie naprawdę skutki przyniesie taka zmiana. I właśnie ten brak refleksji nad szczegółami i ogółem zagadnienia sprawia, że tak beztrosko traktują zarówno swój stan przed dietą i po niej oraz samą dietę.

Jeszcze inny typ błędnego rozumowania to zastępowanie produktów pełnowartościowych ich wersjami „light” i dotyczy to nie tylko jedzenia. Nie zamierzamy propagować palenia papierosów, ale wiele badań naukowych wykazało jednocześnie, że papierosy „light” są bardziej szkodliwe dla zdrowia niż ich zwyczajne odmiany, co sprawia, że wszyscy, którzy żyją ułudą mniejszego szkodzenia sobie są w dużym błędzie. Podobne zastrzeżenia mają naukowcy do produktów spożywczych „light”, bowiem następuje w nich najczęściej nie tylko zubożenie wartości odżywczej produktu, ale w wielu przypadkach zastępowanie naturalnego (nawet jeśli postrzeganego jako niekoniecznie zdrowy) składnika innym, będącym często po prostu chemicznym dodatkiem typu polepszacz smaku, wypełniacz – np. słodzik w napojach gazowanych zamiast cukru obniża wartość kaloryczną, ale poza tym zabiegiem marketingowym nie daje żadnych korzyści, bowiem od dawna istnieją spore i uzasadnione, jak się wydaje, wątpliwości co do braku szkodliwego wpływu takich substancji na zdrowie. Warto także zauważyć, że stosowanie produktów „light” jest często impulsem do jedzenia znacznie więcej niż dotychczas, ponieważ łatwiej usprawiedliwić przed sobą takie postępowanie.

Niektórym wydaje się także, że metodą na zrzucanie wagi jest głodówka. Nic bardziej błędnego! Głodówka może być krótkotrwałym sposobem na oczyszczenie organizmu, wstępem do zmiany trybu życia i nawyków żywieniowych, ale na pewno nie może być metodą na dojście do odpowiedniej wagi. Nasz organizm wie lepiej, czego potrzebuje, nawet jeśli nasz mózg twierdzi, że jest inaczej. Kiedy zaczynamy głodować organizm przechodzi w stan uśpienia i zachowania energii, metabolizm spada drastycznie, rezerwy energii są oszczędzane bardziej niż kiedykolwiek. Zachodzące w organizmie procesy ulegają rozregulowaniu i nie jest łatwo później powrócić do równowagi, kiedy głodówka się kończy. W dodatku organizm pozbawiony przez jakiś czas pożywienia desperacko stara się zabezpieczyć przed ponownym wystąpieniem takiego stanu, dlatego istnieje olbrzymie prawdopodobieństwo, że po głodówce wystąpi okres olbrzymiego zwiększenia apetytu i w efekcie przybrania na wadze. Warto także zauważyć, że jednym z efektów głodówki jest bardzo nieprzyjemny zapach ciała, kiedy usuwanie toksyn z organizmu powoduje ich wydzielanie przez skórę.

Zanim zatem zaczniemy myśleć o „dietach cud” warto uświadomić sobie, czym jest tycie i co je powoduje. Banalne pytanie? Pewnie, ale dlaczego zatem tak mało osób się nad nim zastanawia lub celowo ignoruje je na co dzień, a potem sięga po „cudowne” sposoby na zmniejszenie wagi? Tycie to nadmierne zwiększanie się masy ciała z powodu złego odżywiania się (złej diety) w połączeniu z brakiem aktywności fizycznej lub jej niedostatecznym powodem. Brzmi jak opis codzienności 99,9% społeczeństwa, prawda? Dokładnie tak jest, niestety, olbrzymia większość z nas pracuje na siedząco, nie zastanawia się nad tym, co i jak je, wolny czas spędzamy na siedząco lub leżąco, aktywność fizyczną ograniczamy do niezbędnych czynności, takich jak sprzątanie, zakupy (najlepiej samochodem!), a potem tłumaczymy zmęczeniem i brakiem czasu to, że nie umiemy spędzać wolnych chwil z rodziną w aktywny sposób, czemu zaprzeczają choćby weekendowe tłumy w pasażach i centrach handlowych, w taki właśnie sposób spędzają bowiem np. niedziele Polacy.

Można wymieniać jeszcze wiele nieprawidłowości w odżywianiu się przeciętnego Polaka, można narzekać na babcie i mamy nakazujące dziecku zjeść wszystko z talerza, zamartwiające się, że „niejadek”, bo nie opycha się po brzegi. Można narzekać na uczenie dzieci od maleńkości jedzenia najgorszej jakości pożywienia, wyrabianie w nich nawyków podjadania, napychanie ich słodyczami i uczenie ich odruchu, że słodycz = nagroda. Można narzekać na kompletny niemal brak zainteresowania pediatrów edukowaniem swoich pacjentek-matek w dziedzinie prawidłowego odżywiania dzieci. Można narzekać na kulturę masową i massmedia, które robią ludziom wodę z mózgów, przekonujących ich nachalnie na każdym kroku, że trucizna jest dla nich dobra, ba! Że jest nie tylko doskonałym pożywieniem, ale także wyznacznikiem statusu, oznaką bycia „cool”, niezbędnym elementem tworzenia społecznych więzi, więc każdy, kto rezygnuje z trucizny stanie się wyrzutkiem. Można narzekać na politykę państwa, które nie prowadzi działań profilaktycznych ani edukacyjnych w dziedzinie otyłości, ale wciąż tłumaczy się z braku pieniędzy na służbę zdrowia, które wydaje na leczenie chorób wynikających ze złego odżywiania się.

Można narzekać na jeszcze więcej spraw – tylko po co? Od narzekania jeszcze się nikomu nie polepszyło, mimo że czasem mam wrażenie, że sporo naszych rodaków dokładnie na to liczy i narzeka coraz więcej. Nie, nie będziemy narzekać, wolimy skupić się na działaniu i iść do przodu, bo to najlepszy kierunek. Dlatego stosujemy się w życiu kilkoma zasadami:

Świadomość – bez niej nic się nie zmieni i wszystko pozostaje po staremu. Świadomość tego, czym jest prawidłowe odżywianie dla naszego życia, na ile kształtuje każdą jego sferę. Świadomość może być efektem jakiegoś konkretnego zdarzenia, pojawić się w określonych okolicznościach, np. w wyniku choroby kogoś bliskiego, ale może także przyjść sama z siebie, najważniejsze, by w końcu zrozumieć, co jemy, dlaczego, jak i co to dla nas oznacza.

Edukacja – zarówno samouczenie się, jak i edukowanie innych. Tak, czasem ludzie marudzą, że za dużo mówimy o tym całym zdrowym odżywianiu, ale za każdym razem, kiedy spróbują żyć po naszemu nagle okazuje się, że przyznają rację, że jednak zmienia się wszystko. Chcemy dzielić się z innymi tym, czego nauczyliśmy się sami, chcemy pomagać im żyć lepiej, oczywiście, nie narzucamy się nikomu.

Odpowiedzialność – zarówno za samych siebie, jak i za najbliższych, szczególnie za dzieci, bo to ich przyszłość kształtujemy najbardziej. Dziecko w pierwszych latach życia jest wzorem, według którego będzie odbywać się jego późniejsze życie, jeśli doprowadza się do stanu, w którym pięciolatek jest otyły, to na niemal 100% będzie otyły w dorosłości. Im wcześniej pomożemy im wyrobić dobre nawyki, tym bardziej mamy pewność, że będzie prowadził zdrowe życie i przekazywał wiedzę swoim dzieciom.

Zdrowy rozsądek – bez niego niewiele można zdziałać, a w każdym razie łatwiej wtedy coś popsuć niż naprawić. Jest konieczny, by nie popaść w przesadę, by zachować równowagę, tę najważniejszą w dbaniu o zdrowie cechę, jest konieczny, by umieć rozróżnić między tym, co niezbędne, co potrzebne, co niekonieczne, co szkodliwe. Zachowywanie umiaru jest bardzo ważne we wszystkim, w wyznaczaniu sobie sposobu życia tym bardziej.

Wytrwałość – czasem człowiek ma dość, kiedy nie wszystko działa tak, jak powinno, kiedy efekty przychodzą zbyt wolne lub w ogóle wydaje się, że ich nie ma, wtedy niesamowicie ważne jest, by się nie poddawać, by dążyć przed siebie, nie odwracać się i nie cofać, a efekty w końcu przyjdą i życie stanie się lepsze i łatwiejsze, zaś pewne rzeczy, które wymagały takiego wysiłku okażą się być naturalne i codzienne.

I najważniejsze w tym wszystkim, żeby zawsze pamiętać, że w gruncie rzeczy chodzi o sprawy najważniejsze – życie, zdrowie, zadowolenie, szczęście nasze i najbliższych. To niby banał, powtarzany tak często, że zdrowie jest najważniejsze, kiedy ono dopisuje, reszta jakoś się zawsze ułoży. Nie, to nie banał, to szczera prawda, dlatego tym bardziej dziwi, że tak często ignorowana przez tak wielu, podczas gdy dbanie o zdrowie może – i jest! – znacznie łatwiejsze niż się może czasem wydawać.

 

Cukier nasz wróg

Cukier spożywczy, ten, z którym mamy do czynienia najczęściej, to sacharoza (musi jej być w cukrze minimum 99,7%), czyli organiczny związek chemiczny z grupy węglowodanów, produkowana z buraków cukrowych lub trzciny cukrowej. W sklepach spotykamy cukier biały, brązowy, nierafinowany  – ale prawda jest taka, że nie różnią się specjalnie od siebie. Biały cukier uzyskuje się w procesie ekstrakcji soku z buraków cukrowych przy użyciu gorącej wody, uzyskany surowiec poddaje się dalszemu oczyszczaniu mlekiem wapiennym i dwutlenkiem węgla. Następnie sok jest zagęszczany poprzez odparowywanie wody, aż rozpocznie się proces krystalizacji, potem następuje odwirowanie w celu oddzielenia kryształów od pozostałej części soku, kryształy są w końcu myte i suszone. W ten sposób uzyskuje się gotowy do pakowania cukier, zaś pozostałości po wirowaniu to melasa, brązowy syrop o zawartości sacharozy około 50%. Brązowy cukier to po prostu biały cukier barwiony melasą, czyli składnikiem wcześniej usuniętym podczas produkcji, zaś cukier nierafinowany to produkt, jak sama nazwa wskazuje, procesu, w którym pominięto etap oczyszczania dwutlenkiem węgla, w efekcie czego poza sacharozą można znaleźć w tym „zdrowszym” cukrze np. żelazo, wapń, magnez, ale ich ilości są śladowe i nie mają żadnego wpływu na dietę, poza może lepszym samopoczuciem osoby, której wydaje się, że wybrała „zdrowszy” rodzaj cukru. Tak samo mitem jest, że cukier trzcinowy różni się od cukru z buraków i tym samym jest mniej szkodliwy, owszem, proces oczyszczania przebiega odrobinę inaczej, ale produkt finalny to ta sama sacharoza o niemal stuprocentowym stężeniu, wystarczy zresztą popatrzeć na Amerykanów, którzy jedzą w zasadzie wyłącznie cukier trzcinowy, jakoś nie robią wrażenia specjalnie zdrowszych od Europejczyków, prawda? 

Nierzadko i wcale nie w żartach cukier nazywa się białą śmiercią i ta analogia do narkotyków, bo przecież pierwotnie to one zostały nią obwołane, nie jest wcale tak odległa. Po pierwsze, coraz głośniej zaczyna mówić się o tym, że cukier uzależnia bardziej niż heroina i kokaina; w przeprowadzonym w 2007 eksperymencie szczury wybierały między kokainą a słodzoną wodą, 94% (!) wybrało wodę, nawet te, które wcześniej zostały uzależnione od narkotyku preferowały cukier. W innym, podobnym eksperymencie szczury wolały wykonywać wielokrotnie dłuższą, wymagająca więcej wysiłku pracę po to, by móc wybrać cukier (nawet jeśli jego stężenie w wodzie było minimalne!) zamiast kokainy, która dostępna była dla nich znacznie łatwiej. Kolejny eksperyment na gryzoniach, tym razem na myszach dowiódł, że myszy były gotowe znosić wyjątkowo bolesne elektrowstrząsy, jeśli nagrodą miał być cukier. Pozbawienie szczurów przyzwyczajonych do sporych dawek cukru dostępu do niego sprawiało, że były rozdrażnione, roztrzęsione, nie potrafiły wykonywać najprostszych zadań, miały dokładnie te same objawy, co narkoman w fazie odstawienia.  

Cukier nie stanowił problemu, dopóki nie stał się powszechnie dostępny. Niegdyś rzadko spotykany i tak cenny, że często używano go jako środka płatniczego, dziś jest wszechobecny, na początku XX wieku spożycie cukru w Europie wynosiło około 5 kilogramów na głowę, dziś średnia w Unii Europejskiej to niemal 40 kilogramów. Jest we wszystkich niemal produktach spożywczych, nie tylko w tych najbardziej oczywistych, znajdziemy go wszędzie – a przecież nie ma drugiej tak szkodliwej, a jednocześnie tak łatwo dostępnej substancji! Wszyscy słyszeli o cukrzycy, wszyscy niemal myślą, że to niebezpieczeństwo dotyczy innych, jednak statystyka nie kłamie – w bardzo niedalekiej przyszłości na świecie będzie PÓŁ MILIARDA chorych na cukrzycę, zważywszy zaś, że większość z nich pochodzić z krajów rozwiniętych, nie da się dłużej udawać, że temat nie dotyczy Polski i Polaków.  

Cukrem karmieni jesteśmy od dziecka, teoretycznie rodzice wiedzą, że nadmiar szkodzi, ale nie potrafią odmówić dzieciom tej słodkiej radości, wyrabiając w nich w tym samym po pierwsze skojarzenie cukru z nagrodą, z przyjemnością, po drugie zaś przyzwyczajając ich organizm do smaku słodyczy, po trzecie – rozpoczynając ich krętą drogę do problemów ze zdrowiem w przyszłości, takiej  całkiem bliskiej, w której objawy są oczywiste (otyłość, próchnica i wiele innych schorzeń) i takiej odleglejszej, kiedy skumulowane skutki będą znacznie poważniejsze. Coraz powszechniej wskazuje się na związek między nadmiarem cukru i problemami z koncentracją u dzieci i dorosłych, z uczeniem się, a nawet z pojawianiem się depresji, co związane może być, według naukowców, z nadmierną produkcją insuliny, której podstawową rolą jest utrzymywanie poziomu cukru we krwi, jednak kiedy hormon ten przedostaje się do mózgu upośledza funkcje umysłowe. Cukier jest także wysoce kaloryczny – jedna łyżeczka to około 20 kcal, łatwo zatem policzyć, że kilka filiżanek kawy czy herbaty dziennie, do tego inne słodkości i nagle zastanawiamy się, skąd dodatkowe kilogramy, bowiem te kalorie zawarte w cukrze nie niosą ze sobą żadnych wartości odżywczych. Warto zatem także przyjrzeć się etykietkom rzeczy, które dajemy dzieciom, by pod różnymi nazwami (sacharoza, dekstroza, syrop kukurydziany, glukozowo-fruktozowy, słód jęczmienny, syrop cukrowy, koncentrat soku owocowego, glukoza, maltoza, melasa) odkryć szkodnika.  

Cukier wypłukuje z organizmu sole mineralne i witaminy, podnosi ciśnienie krwi, poziom trójglicerydów i złego cholesterolu, zwiększając ryzyko chorób układu krążenia, zakwasza także organizm, powodując, że w celu przywrócenia równowagi musi on czerpać odpowiednie substancje z innych źródeł niż zwykle, powodując jeszcze większe naruszenie tego delikatnego mechanizmu, jakim jest ludzkie ciało. Zakwaszenie jelit prowadzi do powstania błędnego koła, kiedy cukier jest przyczyną chorób, a jednocześnie przeszkodą w ich leczeniu. Roztwory cukru silnie podrażniają błony śluzowe wyściełające żołądek i dwunastnicę. Metabolizowany jest w wątrobie, jednym z jej podstawowych zadań jest utrzymywanie jego poziomu w normie, nadwyżka zaś przetwarzana jest na kwasy tłuszczowe, te zaś w przypadku nadmiaru odkładają się w postaci tkanki tłuszczowej, sama zaś wątroba, przeciążona nie tylko cukrem (bo przecież z reguły nadmierne jego spożycie jest tylko jednym z elementów złego odżywiania się) zaczyna szwankować, stając się przyczyną bardzo poważnych problemów ze zdrowiem.  

W jednym z zeszłorocznych numerów „Newsweeka” znalazłam informację, która jest kolejnym smutnym potwierdzeniem faktu, że doganiamy powoli cywilizowany świat, ale głównie pod kątem ilości przypadków chorób właściwych społeczeństwom rozwiniętym i bogatym – otóż tempo przyrostu liczby osób otyłych jest w Polsce 10-krotnie wyższe niż w USA, można się pocieszać, że to tylko dlatego, że oni już są w większości grubi, a my jeszcze nie, ale już bardzo niedługo przestaniemy mieć jakiekolwiek powody do radości. Choroby związane z otyłością wysuwają się na pierwsze miejsce schorzeń leczonych ze środków publicznych, a jednocześnie nie rosną w żaden sposób nakłady na profilaktykę, choćby polegającą na uświadamianiu o szkodliwym wpływie cukru na organizm, być może dlatego, że przemysł związany z cukrem to potężna machina, także lobbystyczna. 

Póki zatem państwo nie zorientuje się, że koszty leczenia osób, które nie umiały rozsądnie dawkować sobie cukru przekraczają jakiekolwiek wpływy z tytułu podatków od produkcji i sprzedaży niechlubnego bohatera tego artykułu pozostaje nam samym zadbać o siebie, nie pozwolić sobie i bliskim na dobrowolne skracanie życia. Co można zrobić? Całe mnóstwo. Można zastąpić cukier jego zdrowym odpowiednikiem – ksylitolem, (któremu niedługo poświęcimy trochę miejsca na łamach bloga), syropem z agawy, syropem klonowym, stewią. Można ograniczyć spożycie cukru wprost, słodząc mniej, jedząc mniej słodyczy lub ograniczając ich spożycie do minimum i uważnie czytając etykiety na produktach. Warto dostarczyć organizmowi energię w postaci zdrowych węglowodanów (produktów pełnoziarnistych, warzyw, owoców), które podnoszą poziom cukru powoli, pobudzając wytwarzanie niewielkiej ilości insuliny. Warto poznać produkty o niskim indeksie glikemicznym i sięgać po nie: pełnoziarnisty chleb, dziki ryż, płatki owsiane, grejpfruty, jabłka, jagody, gruszki, suszone morele, wszystkie prawie warzywa, orzechy, pestki dyni czy słonecznika czy naturalne jogurty. Stowarzyszenie American Heart Association (AHA) zaleca:  

  • zmniejszenie spożycia słodkich napojów gazowanych, sztucznie słodzonych soków, słodkiej herbaty mrożonej etc. Najlepszym substytutem jest woda, niesłodzona herbata, naturalne, świeżo wyciśnięte soki.
  • zmniejszenie spożycia wysokoprzetworzonej żywności, zamiast niej więcej świeżych, pełnoziarnistych, niepakowanych produktów, takich jak warzywa, owoce, zboża, orzechy czy nasiona. Odstawienie przetworzonego pokarmu ma też inne zalety: wraz ze zmniejszeniem ilości cukru mniej spożywamy soli, tłuszczu i ogólnie kalorii, w które obfituje ten rodzaj gotowego do spożycia jedzenia.