Dieta, którą wybrać, czym jest dieta?

Codziennie słyszymy, że ktoś „przechodzi na dietę”. W stwierdzeniu tym znajduje się jeden, podstawowy błąd, ponieważ każdy z nas w każdej chwili jest „na diecie”, nie jest bowiem „dieta” czymś wyjątkowym dla naszego żywienia, każdy sposób jedzenia jest dietą, złą, dobrą, szczególną, zwyczajną, ale dietą. Dlatego nie należy używać określenia „przejść na dietę”, tylko zawsze doprecyzować, na jaką, jest ostatnio bowiem tych „cudownych” od metra i jeszcze trochę, każda z nich obiecuje wspaniałe rezultaty, każda z nich jest z założenia „prosta” i „szybka”. Używamy cudzysłowu celowo, bowiem doświadczenia naszych znajomych z podobnymi „wspaniałymi” sposobami pokazuje jasno, że żadna z tych metod nie jest ani prosta, ani szybka, ani – co najważniejsze – skuteczna.

Żyjemy w czasach, kiedy wszyscy chcą dobrze wyglądać, od najmłodszych do najstarszych – i nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ, niestety, wygląd stał się jednym z najważniejszych kryteriów oceny człowieka. Smutne, ale prawdziwe, jeszcze nigdy nie byliśmy tak powierzchownym społeczeństwem, jak dziś, ale nie wydaje się, by mogło się to zmienić, karmieni jesteśmy przez media wszelkiej maści obrazkami, na których szczęśliwi są piękni, smutni już niekoniecznie. Wygląd został zrównany z sukcesem, w telewizji coraz więcej programów promujących piękno i spychających rozum na bardzo odległe pole, dlatego, jak napisaliśmy, trudno się dziwić temu pędowi do dobrego wyglądu.

Problem polega nie tylko na tym, że w tej nagonce na to, co odbiega od doraźnie wyznaczanych standardów piękna niektórzy stosują metody co najmniej nieracjonalne, problemem jest także to, że stosowanie „diety” służyć ma uzyskaniu dobrego wyglądu, zaś aspekt zdrowotny prawidłowego odżywiania się jest bardzo mocno marginalizowany – i nie wiem, czy to nie najgorsze w tym wszystkim. „Dieta” = odchudzanie, prawda? Tak można by sądzić, jeśli się posłucha 99% osób stosujących „dietę”, nikt prawie nie myśli o zdrowotnych konsekwencjach jej stosowania. Owszem, odchudzanie się ma w wielu przypadkach olbrzymi sens, szczególnie tam, gdzie mamy do czynienia z realną nadwagą lub otyłością, nie z wyimaginowanym nadmiarem kilogramów, wiadomo, że otyłość jest dziś problemem na skalę globalną, jednak stosowanie „cudownych” sposobów radzenia sobie z nią zwykle niesie ze sobą znacznie więcej skutków negatywnych niż pozytywnych.

Jednym z najczęstszych błędów, popełnianych podczas stosowania „diet cud” jest zaburzanie równowagi składników pokarmu dostarczanego organizmowi; wielokrotnie podkreślaliśmy, że równowaga jest kluczem do zdrowia, jej naruszanie, celowe czy nie prowadzić może jedynie do problemów. Dokładnie tak dzieje się w przypadku tzw. „diet”, nie można pozbawić organizmu, powiedzmy, węglowodanów i oczekiwać, że przyniesie to pozytywne skutki. Owszem, istnieje prawdopodobieństwo, że osiągnie się oczekiwany skutek (utratę wagi), ale kosztem istotnego pogorszenia stanu zdrowia, większość znanych nam przypadków stosowania takiej diety przyniosła ze sobą osłabienie odporności, chroniczne zmęczenie, brak ochoty do życia, pogorszenie nastroju i jego chwiejność, zaburzenia trawienia, nawet anemię. W dodatku wszystkie skończyły się rozczarowującym powrotem do poprzedniej wagi lub nawet wzrostem w stosunku do niej, kiedy organizm próbował odzyskiwać siły po takim złym traktowaniu. Takie powroty są także przyczyną wielu problemów psychicznych, gdyż osoba o obniżonej samoocenie, ze skłonnościami do depresji uzna to niechybnie za kolejną życiową porażkę, potwierdzającą wszystkie jej złe myśli na swój temat.

Kolejnym błędem, który dotyczy wszystkich takich diet jest fakt, że zmiana sposobu odżywiania się jest z założenia tymczasowa. Praktycznie nikt nie rozpoczyna „diety” bez perspektywy, że kiedy schudnie założone x kilogramów będzie mógł wrócić do poprzedniego sposobu jedzenia. Jaki jest zatem sens wprowadzania czegoś, co z założenia nie przyniesie żadnych długofalowych skutków, nie wniesie w życie żadnej nowej jakości, nie będzie miało żadnego znaczenia poza krótkotrwałym i bardzo złudnym poczuciem zadowolenia z siebie, że „dało się radę”? Jeżeli dotychczasowe odżywianie się spowodowało problem, to dlaczego istnieje takie pragnienie powrotu do niego, najlepiej jak najszybciej, najlepiej w jak najpełniejszym stopniu, dlaczego tak koniecznie chcieć, żeby znów można było robić sobie i swojemu organizmowi tę samą krzywdę, w dodatku z pełną świadomością tego? Ta tymczasowość diet powoduje, że osoby stosujące je mogą i pozwalają sobie na niezagłębianie się w jej istotę, nie analizują przyczyny powstawania problemu, nie zastanawiają się nad tym, jakie naprawdę skutki przyniesie taka zmiana. I właśnie ten brak refleksji nad szczegółami i ogółem zagadnienia sprawia, że tak beztrosko traktują zarówno swój stan przed dietą i po niej oraz samą dietę.

Jeszcze inny typ błędnego rozumowania to zastępowanie produktów pełnowartościowych ich wersjami „light” i dotyczy to nie tylko jedzenia. Nie zamierzamy propagować palenia papierosów, ale wiele badań naukowych wykazało jednocześnie, że papierosy „light” są bardziej szkodliwe dla zdrowia niż ich zwyczajne odmiany, co sprawia, że wszyscy, którzy żyją ułudą mniejszego szkodzenia sobie są w dużym błędzie. Podobne zastrzeżenia mają naukowcy do produktów spożywczych „light”, bowiem następuje w nich najczęściej nie tylko zubożenie wartości odżywczej produktu, ale w wielu przypadkach zastępowanie naturalnego (nawet jeśli postrzeganego jako niekoniecznie zdrowy) składnika innym, będącym często po prostu chemicznym dodatkiem typu polepszacz smaku, wypełniacz – np. słodzik w napojach gazowanych zamiast cukru obniża wartość kaloryczną, ale poza tym zabiegiem marketingowym nie daje żadnych korzyści, bowiem od dawna istnieją spore i uzasadnione, jak się wydaje, wątpliwości co do braku szkodliwego wpływu takich substancji na zdrowie. Warto także zauważyć, że stosowanie produktów „light” jest często impulsem do jedzenia znacznie więcej niż dotychczas, ponieważ łatwiej usprawiedliwić przed sobą takie postępowanie.

Niektórym wydaje się także, że metodą na zrzucanie wagi jest głodówka. Nic bardziej błędnego! Głodówka może być krótkotrwałym sposobem na oczyszczenie organizmu, wstępem do zmiany trybu życia i nawyków żywieniowych, ale na pewno nie może być metodą na dojście do odpowiedniej wagi. Nasz organizm wie lepiej, czego potrzebuje, nawet jeśli nasz mózg twierdzi, że jest inaczej. Kiedy zaczynamy głodować organizm przechodzi w stan uśpienia i zachowania energii, metabolizm spada drastycznie, rezerwy energii są oszczędzane bardziej niż kiedykolwiek. Zachodzące w organizmie procesy ulegają rozregulowaniu i nie jest łatwo później powrócić do równowagi, kiedy głodówka się kończy. W dodatku organizm pozbawiony przez jakiś czas pożywienia desperacko stara się zabezpieczyć przed ponownym wystąpieniem takiego stanu, dlatego istnieje olbrzymie prawdopodobieństwo, że po głodówce wystąpi okres olbrzymiego zwiększenia apetytu i w efekcie przybrania na wadze. Warto także zauważyć, że jednym z efektów głodówki jest bardzo nieprzyjemny zapach ciała, kiedy usuwanie toksyn z organizmu powoduje ich wydzielanie przez skórę.

Zanim zatem zaczniemy myśleć o „dietach cud” warto uświadomić sobie, czym jest tycie i co je powoduje. Banalne pytanie? Pewnie, ale dlaczego zatem tak mało osób się nad nim zastanawia lub celowo ignoruje je na co dzień, a potem sięga po „cudowne” sposoby na zmniejszenie wagi? Tycie to nadmierne zwiększanie się masy ciała z powodu złego odżywiania się (złej diety) w połączeniu z brakiem aktywności fizycznej lub jej niedostatecznym powodem. Brzmi jak opis codzienności 99,9% społeczeństwa, prawda? Dokładnie tak jest, niestety, olbrzymia większość z nas pracuje na siedząco, nie zastanawia się nad tym, co i jak je, wolny czas spędzamy na siedząco lub leżąco, aktywność fizyczną ograniczamy do niezbędnych czynności, takich jak sprzątanie, zakupy (najlepiej samochodem!), a potem tłumaczymy zmęczeniem i brakiem czasu to, że nie umiemy spędzać wolnych chwil z rodziną w aktywny sposób, czemu zaprzeczają choćby weekendowe tłumy w pasażach i centrach handlowych, w taki właśnie sposób spędzają bowiem np. niedziele Polacy.

Można wymieniać jeszcze wiele nieprawidłowości w odżywianiu się przeciętnego Polaka, można narzekać na babcie i mamy nakazujące dziecku zjeść wszystko z talerza, zamartwiające się, że „niejadek”, bo nie opycha się po brzegi. Można narzekać na uczenie dzieci od maleńkości jedzenia najgorszej jakości pożywienia, wyrabianie w nich nawyków podjadania, napychanie ich słodyczami i uczenie ich odruchu, że słodycz = nagroda. Można narzekać na kompletny niemal brak zainteresowania pediatrów edukowaniem swoich pacjentek-matek w dziedzinie prawidłowego odżywiania dzieci. Można narzekać na kulturę masową i massmedia, które robią ludziom wodę z mózgów, przekonujących ich nachalnie na każdym kroku, że trucizna jest dla nich dobra, ba! Że jest nie tylko doskonałym pożywieniem, ale także wyznacznikiem statusu, oznaką bycia „cool”, niezbędnym elementem tworzenia społecznych więzi, więc każdy, kto rezygnuje z trucizny stanie się wyrzutkiem. Można narzekać na politykę państwa, które nie prowadzi działań profilaktycznych ani edukacyjnych w dziedzinie otyłości, ale wciąż tłumaczy się z braku pieniędzy na służbę zdrowia, które wydaje na leczenie chorób wynikających ze złego odżywiania się.

Można narzekać na jeszcze więcej spraw – tylko po co? Od narzekania jeszcze się nikomu nie polepszyło, mimo że czasem mam wrażenie, że sporo naszych rodaków dokładnie na to liczy i narzeka coraz więcej. Nie, nie będziemy narzekać, wolimy skupić się na działaniu i iść do przodu, bo to najlepszy kierunek. Dlatego stosujemy się w życiu kilkoma zasadami:

Świadomość – bez niej nic się nie zmieni i wszystko pozostaje po staremu. Świadomość tego, czym jest prawidłowe odżywianie dla naszego życia, na ile kształtuje każdą jego sferę. Świadomość może być efektem jakiegoś konkretnego zdarzenia, pojawić się w określonych okolicznościach, np. w wyniku choroby kogoś bliskiego, ale może także przyjść sama z siebie, najważniejsze, by w końcu zrozumieć, co jemy, dlaczego, jak i co to dla nas oznacza.

Edukacja – zarówno samouczenie się, jak i edukowanie innych. Tak, czasem ludzie marudzą, że za dużo mówimy o tym całym zdrowym odżywianiu, ale za każdym razem, kiedy spróbują żyć po naszemu nagle okazuje się, że przyznają rację, że jednak zmienia się wszystko. Chcemy dzielić się z innymi tym, czego nauczyliśmy się sami, chcemy pomagać im żyć lepiej, oczywiście, nie narzucamy się nikomu.

Odpowiedzialność – zarówno za samych siebie, jak i za najbliższych, szczególnie za dzieci, bo to ich przyszłość kształtujemy najbardziej. Dziecko w pierwszych latach życia jest wzorem, według którego będzie odbywać się jego późniejsze życie, jeśli doprowadza się do stanu, w którym pięciolatek jest otyły, to na niemal 100% będzie otyły w dorosłości. Im wcześniej pomożemy im wyrobić dobre nawyki, tym bardziej mamy pewność, że będzie prowadził zdrowe życie i przekazywał wiedzę swoim dzieciom.

Zdrowy rozsądek – bez niego niewiele można zdziałać, a w każdym razie łatwiej wtedy coś popsuć niż naprawić. Jest konieczny, by nie popaść w przesadę, by zachować równowagę, tę najważniejszą w dbaniu o zdrowie cechę, jest konieczny, by umieć rozróżnić między tym, co niezbędne, co potrzebne, co niekonieczne, co szkodliwe. Zachowywanie umiaru jest bardzo ważne we wszystkim, w wyznaczaniu sobie sposobu życia tym bardziej.

Wytrwałość – czasem człowiek ma dość, kiedy nie wszystko działa tak, jak powinno, kiedy efekty przychodzą zbyt wolne lub w ogóle wydaje się, że ich nie ma, wtedy niesamowicie ważne jest, by się nie poddawać, by dążyć przed siebie, nie odwracać się i nie cofać, a efekty w końcu przyjdą i życie stanie się lepsze i łatwiejsze, zaś pewne rzeczy, które wymagały takiego wysiłku okażą się być naturalne i codzienne.

I najważniejsze w tym wszystkim, żeby zawsze pamiętać, że w gruncie rzeczy chodzi o sprawy najważniejsze – życie, zdrowie, zadowolenie, szczęście nasze i najbliższych. To niby banał, powtarzany tak często, że zdrowie jest najważniejsze, kiedy ono dopisuje, reszta jakoś się zawsze ułoży. Nie, to nie banał, to szczera prawda, dlatego tym bardziej dziwi, że tak często ignorowana przez tak wielu, podczas gdy dbanie o zdrowie może – i jest! – znacznie łatwiejsze niż się może czasem wydawać.

 

Co jedzą nasze dzieci?

Słodycze, parówki, fast food, błyskawiczne kisiele i galaretki, płatki śniadaniowe, chipsy, soki w kartonikach – czy można wymyślić lepszy zestaw, patrząc z punktu widzenia dziecka? Chyba nie, a który rodzic nie lubi uśmiechu własnej pociechy, który rodzic nie chce jej szczęścia? Spełniamy zatem ich zachcianki, przecież to „od czasu do czasu”, przecież „nie zaszkodzi”, przecież najważniejsze, żeby było szczęśliwe. Cóż, nie można chyba być bardziej krótkowzrocznym – bowiem w dalszej perspektywie okazuje się, że krzywdzimy tego małego człowieczka, fundujemy mu przyszłość pełną problemów i przez nieumiejętności odmowy (wygodę?) rujnujemy zdrowie. 

Co łączy wszystkie te produkty? Przede wszystkim wszystkie zawierają mnóstwo dodatków chemicznych, znajdziemy je w słodyczach i w parówkach, w żywności typu „instant” i w sokach robionych z zagęszczanych koncentratów. W większości z nich znajdziemy albo cukier w ilościach znacznie przekraczających normy zdrowego rozsądku (jeśli w ogóle można o takich mówić w przypadku cukru) lub sól w podobnie subtelnych proporcjach.  

Oczywiście, każda z pozycji na liście ma swoje cechy specyficzne, na przykład parówki: 95% dostępnych na rynku do de facto śmieci, odpady pozostałe z produkcji „prawdziwego” mięsa, tłuszcz, zmielone korpusy, skóry wieprzowe  i substancje sklejające to paskudztwo w całość, polepszacze, konserwanty, zagęszczające i nadające dobry wygląd parówkom, substancje równie zdrowe lub naturalne jak pozostałe składniki parówek. 

Fast food… Temat rzeka, w zasadzie wszyscy wiedzą, że szkodzi, wszyscy wiedzą, że jest niezdrowy, ale nie przeszkadza to im widocznie, o czym świadczą w zasadzie zawsze obecne w McDonald’s lub KFC kolejki. Owszem, większą część stałych bywalców stanowią nastolatki, którzy bardzo szybko i łatwo zaadoptowali styl życia swoich rówieśników z krajów Zachodu, ale mnóstwo jest rodzin z dziećmi, które na niedzielny spacer, obiad wybierają się w takie właśnie miejsca, a dzieci uczone są, że wizyta w barze fast food jest swego rodzaju nagrodą! O wadach fast food, o zagrożeniu ze strony „junk food” (śmieciowego jedzenia) napisano sporo książek, powstały o nim filmy (polecamy „Super Size Me”, warto obejrzeć, by przekonać się, jak kończy się dieta oparta na hamburgerach, frytkach i reszcie). I co? Nic. Smutne, prawda? 

Telewizyjne reklamy atakują nasze dzieci bajkowymi opowieściami o tym, jak powstają płatki, jak czekoladowy deszcz zalewa pola lub sympatyczny królik walczy z całych sił, by wydrzeć je z rąk złego wilka, a potem obdarować nimi dzieci. Trudno nie wierzyć w nie, jeśli ma się kilka lat i je się coś tak pysznie słodkiego – ale właśnie, słodkiego! Pod pretekstem dostarczania dziecku porannej energii, zastępowania nudnego i zwyczajnego śniadania czymś o wspaniałym smaku nasze dzieci karmione są cukrem w dużych ilościach, barwnikami. Wydaje Wam się, że te wszystkie witaminy, minerały i inne opisywane w reklamach zalety płatków są tym, czym się wydaje? Bynajmniej, tych naturalnych dawno nie ma, ponieważ w procesie przetwarzania zboża zniknęły i zostały zastąpione syntetycznymi odpowiednikami, więc gdzie to zdrowie? 

Oddzielny temat to tłuszcze do smarowania – te słodkie i te mniej, kremy czekoladowe, orzechowe i miksy margaryny i mleka. O ile w stosunku do tych pierwszych już sama ich formuła – słodkie i tłuste – sprawia, że mamy sporo wątpliwości co do ich wpływu na zdrowie (i słusznie, składają się głównie z tłuszczów, w tym utwardzanych tłuszczów roślinnych, do tego barwniki, konserwanty, substancje smakowe), to od dawna toczy się dyskusja o wyższości margaryny nad masłem i odwrotnie, tymczasem okazuje się, że jest ona w zasadzie bezprzedmiotowa. Margaryna miała być zdrowsza, ponieważ zawierać miała tłuszcze nienasycone – i tak byłoby, gdyby nie fakt, że w procesie produkcji i utwardzania tłuszczy roślinnych przekształcają się one w tłuszcze nasycone, a co gorsze, w tłuszcze trans, które są wyjątkowo szkodliwe dla człowieka.

Pozostając przy nabiale zajmijmy się jogurtami owocowymi. Zachwalane są jako źródło zdrowia, dobroczynnych bakterii – i to prawda, ale zapomina się o informowaniu w reklamach, że w tych samych jogurtach nasze dzieci dostają kilka łyżeczek cukru, a to nie tylko równoważy zalety jogurtów, ale wręcz sprawia, że stają się one szkodliwe, ponieważ o wpływie cukru pisaliśmy już wcześniej, a w dodatku dzięki niemu namnażają się grzyby i inne szkodliwe organizmy. 

Zmierzając do końca przejdźmy do produktów w oczywisty sposób szkodliwych, jednak wciąż obecnych w diecie dzieci, ba! Sklepiki szkolne pełne są dokładnie takich rzeczy, nie wiemy często nawet, że nasze dziecko zupełnie bez żadnej kontroli, ograniczone jedynie posiadanymi środkami finansowymi objada się chipsami, pije słodkie, gazowane napoje lub soczki z kartonów, ponieważ nie zdaje sobie sprawy z ich szkodliwości – więc warto uświadamiać na każdym kroku, najlepiej dawać przykład dzieciom poprzez niefolgowanie sobie nigdy, nie tylko w ich obecności. Chipsy składają się głównie z tłuszczu, spośród wszystkich łatwo dostępnych przekąsek są najbardziej kaloryczne i najgroźniejsze – 100g chipsów zawiera ponad dwukrotnie więcej kalorii niż 100 g boczku! W dodatku nie spotkamy na rynku przecież chipsów o smaku ziemniaków, wszystkie praktycznie zawierają sztuczne dodatki smakowe, nie mówiąc nawet o olbrzymich ilościach soli!

Słodkie napoje, zarówno gazowane, jak i soki uzyskiwane z koncentratów – oczywistym jest, że do ich produkcji używa się zatrważających ilości cukru lub sztucznych słodzików (których wpływ na organizm wciąż podlega gorącej dyskusji, zasadniczo dietetycy nie polecają korzystania z nich), ale poza tym równie szkodliwe barwniki, koncentraty smaku, drażniący przełyk dwutlenek węgla. Jaki jest zresztą sens picia soku z koncentratu, który powstaje poprzez odparowanie wody – a potem dodanie jej ponownie? Przy okazji do „soku” dodaje się wzmacniacze smaku, utraconego w procesie odparowywania, słodzi się go, dorzuca równie przetworzone kawałki owoców i „naturalny” sok gotowy.  

To wszystko, co napisaliśmy powyżej – dość oczywiste i naturalne, ale czy stosujemy te zasady na co dzień? Oczywiście, że stosujemy! Nasze dzieci nigdy nie były pojone colą ani oranżadą, nie jadły chipsów, słodycze zawsze były ograniczone do minimum i do wyjątkowych okazji. Nie karmiliśmy ich nigdy margaryną ani czekoladowymi kremami, piły jogurty wyłącznie naturalne, staraliśmy się, by w ich diecie znajdowało się jak najmniej produktów, co do których mieliśmy wątpliwości, czy nie będą im szkodzić. Od czasu zaś, gdy wzrosła nasza świadomość i zaczęliśmy żyć inaczej, jedzą jeszcze bardziej zdrowo – a my razem z nimi. Piją karob z mlekiem ryżowym zamiast tradycyjnego kakao, zamiast cukru używamy ksylitolu, maka orkiszowa zastąpiła pszenną – i w tym roku szkolnym i przedszkolnym żaden z nich nie był jeszcze chory na tyle, by musieć zostać w domu, żaden z nich nie traci ani chwili z radości życia, a my jesteśmy szczęśliwymi, spokojnymi rodzicami.