VegaNatura – Pasożyty i objawy

Po dłuższej przerwie wracam z naszym blogiem, który, jak łatwo zauważyć, przeszedł spore zmiany. Nie tylko szata graficzna zmieniła się znacznie, funkcjonujemy także pod nowym adresem blog.vegantura.pl – a to wszystko z powodu przejścia na kolejny etap w propagowaniu i ochronie zdrowia i zdrowego stylu życia.
Rozpoczynam działalność na rynku diagnostyki i leczenia – co kończy moją przygodę z Naturalną Spiżarnią; trochę szkoda, ale, niestety, nie jestem w stanie godzić obu tych spraw. Dlatego Naturalna Spiżarnia trafi w dobre ręce, a ja będę mogła poświęcić się temu, co fascynuje mnie już od dawna, pomaganiu osobom, które tej pomocy potrzebują, chcą – a tradycyjna medycyna nie oferuje im zbyt wiele lub sami nie bardzo ufają w potęgę przemysłu farmaceutycznego.
Zajmować się będę diagnozowaniem za pomocą metody Vega Test i oczyszczaniem organizmu również przy jej użyciu. Przekonałam się sama na swoim przykładzie, na przykładzie moich bliskich i znajomych o jej skuteczności zarówno w zakresie ustalania tego, co dzieje się nie tak w organizmie, jak i w zakresie efektywnego rozwiązywania problemów poprzez usuwanie ich przyczyn.
O samej metodzie poczytać można więcej na stronie www.veganatura.pl i w dziesiątkach innych miejsc w internecie, zapewne jest ona dobrze znana niektórym z moich czytelników, innych powinna zainteresować – bo jest naprawdę doskonałym narzędziem, dzięki któremu jeszcze łatwiej dbać o zdrowie. Każdego dnia słyszę od osób, którym pomogłam o tym, że są zdumione skutecznością nieszkodliwego, absolutnie bezbolesnego i nieinwazyjnego seansu z Vega Test, skutecznością i szybkością, z jaką zadziałał. Kilka, kilkanaście godzin temu bolało, bolało od dawna – a teraz nie boli? Jak to?
Właśnie tak. Właśnie tak prosto, bez pobierania krwi, bez prześwietleń, bez wizyt u specjalistów i w laboratoriach, bez ubocznych skutków leków, bez zabiegów operacyjnych. Właśnie tak prosto. Godzina, dwie, jedno spotkanie lub najwyżej kilka i problemy stają się wspomnieniem. Kiedy jeszcze do tego stosujemy odpowiednią dietę, świadomą i rozsądną, istnieje duża szansa, że problemy staną się wyłącznie czymś z przeszłości, o czym dawno zapomnieliśmy i do czego nie ma sensu wracać.
O tym, czym się zajmuję, o tym, co udaje się dzięki tej metodzie wyleczyć i zdiagnozować będę pisać w kolejnych wpisach. Dziś chciałam przedstawić tylko kilku nieproszonych gości, którzy lubią znaleźć sobie miejsce w naszych organizmach i nie chcą ich opuścić, a których można skutecznie namierzyć i pozbyć się za pomocą Vega Test.

glista

Glista ludzka (Ascaris lumbricoides)

Glista to jeden z najbardziej rozpowszechnionych pasożytów, według szacunków zarażonych jest nim nawet dwa miliardy ludzi, w niektórych rejonach świata 90% populacji nosi w sobie glistę ludzką. Pasożyt ten powoduje chorobę o nazwie glistnica, która odpowiedzialna jest na świecie za kilkadziesiąt tysięcy zgonów rocznie w wyniku powiązanych z nią powikłań, szczególnie wśród dzieci, najbardziej narażonych na infekcję.
Zakażenie odbywa się poprzez połknięcie zapłodnionego jaja glisty, następnie larwa przedostaje się do krwiobiegu, do wątroby i serca oraz do pęcherzyków płucnych, w których przechodzi kolejny etap rozwoju. Po trzech tygodniach larwy przenoszą się do górnych dróg oddechowych, są wykasływane i ponownie połykane, powracają do jelita cienkiego, w których dorastają do postaci dojrzałej i osiągają nawet pół metra długości.
Dojrzała samica jest w stanie wyprodukować dwieście tysięcy jaj rocznie, stają się one zakaźne po spędzeniu dwóch tygodni w ziemi po wydaleniu z organizmu nosiciela. Jaja glisty mogą przetrwać w ziemi nawet powyżej dziesięciu lat, posiadają bowiem ochronną warstwę lipidową, która chroni je nawet przed chemicznymi środkami ochrony roślin.

Możliwe objawy

Zakażenie glistą często przebiega bezobjawowo, szczególnie w początkowej fazie. W przypadku długotrwałych infekcji lub obecności dużych ilości pasożytów w organizmie pojawiają się trudności w oddychaniu, krwawy śluz, kaszel, gorączka, uczucie dyskomfortu i bólu w jamie brzusznej, biegunki, także krwawe, dochodzi do powiększenia wątroby i śledziony oraz może nastąpić zapalenie płuc. Często nieustanny nocny lub poranny kaszel dzieci jest spowodowany właśnie obecnością glisty ludzkiej.

Motylica wątrobowa

Motylica wątrobowa (Fasciola hepatica)

Przywra jest jednym z najczęściej atakujących organizm człowieka, a szczególnie wątrobę i przewody żółciowe pasożytów. Może osiągać nawet pięć centymetrów długości i centymetr szerokości, należy zatem do grupy większych pasożytów. Przywry są obojnakami, mogą się zatem swobodnie rozmnażać w organizmie nosiciela.
Najczęstszym źródłem zakażenia jest zanieczyszczona woda lub rośliny wodne, z których larwy po opuszczeniu ciał nosicieli pierwotnych (zwykle ślimaków wodnych) przedostają się do organizmu nosicieli ostatecznych (ssaki, w tym człowiek). Poprzez sieć naczyń krwionośnych przedostają się z przewodu pokarmowego do wątroby.

Możliwe objawy

Pierwszymi objawami infekcji są zaburzenia trawienia i wydzielania żółci, kiedy pasożyt wnika w głąb wątroby, jednocześnie uszkadzając jej strukturę, dochodzi do ostrego zapalenia urazowego wątroby. W miarę rozwoju pasożyta tkanka wątroby ulega bliznowaceniu, upośledzając tym samym czynność tego organu.
Dorosłe osobniki przenoszą się następnie do przewodów żółciowych, powodując zapalenie tychże lub ich ścianek z powodu odkładania się w nich jaj, odchodów i obumarłych tkanek przywry. Efektem tych zmian może stać się marskość wątroby na tle motyliczym oraz zanikanie miąższu wątroby, prowadzące nawet do śmierci nosiciela.

przywra chińska

Przywra Chińska (Clonorchis sinensis)

Przywra bytująca w wątrobie. Do zakażenia człowieka dochodzi przez spożycie niedogotowanego mięsa ryb słodkowodnych, przez konsumpcję sushi, solonych, wędzonych, marynowanych ryb. Wraz z zakażoną żywnością cysty przedostają się do dwunastnicy a następnie przewodów żółciowych gdzie później przebywają. Dojrzewanie trwa ok. 1 miesiąca. Żywicielami mogą być również psy i koty. Przywry te żyją nawet do 30 lat.

Możliwe objawy

Bóle w obrębie woreczka żółciowego lub wątroby, bóle w okolicach prawego łuku żebrowego, w prawym nadbrzuszu i podbrzuszu, ból w obrębie pleców sugerujący ból prawej nerki, bezsenność, ból głowy, zmęczenie, reakcje alergiczne związane z toksynami wydzielanymi przez przywry.

Przywra chińska wywołuje klonorchozę, prowadzi do zaburzeń produkcji żółci, reakcji zapalne dróg żółciowych, zatorów w przewodach żółciowych. Ostatecznie może być przyczyną kamicy nerkowej i włóknienia wątroby oraz raka.

przywra kocia opistorchis felineus

Przywra kocia (Opisthorchis felineus)

Przywra ta jest pasożytem spotykanym w organizmach ludzi, psów i kotów. Może mierzyć 1,5 centymetra i po znalezieniu nosiciela ostatecznego bytować w wątrobie, woreczku żółciowym i trzustce zakażonego organizmu. Nazwa pochodzi od faktu, że pierwsze przypadku zarażenia tą przywrą odkryto właśnie w wątrobach kotów.
Najczęstszą drogą zakażenia jest zjedzenie zarażonych ryb w postaci surowej lub nieodpowiednio przygotowanej (w niektórych regionach zakażone są, według szacunków, miliony ludzi). Przywry pierwotnie rozwijają się w ciałach wodnych ślimaków, by po ich opuszczeniu znaleźć się w rybach, by ostatecznie trafić do organizmu człowieka.

Możliwe objawy

Objawy, co charakterystyczne przy zakażeniach pasożytami, mogą być nietypowe i przypominać zwykłą infekcję wirusową lub bakteryjną. Około dwóch tygodni po wniknięciu przywry do organizmu człowieka następuje zakażenie przewodów żółciowych, pojawić się może gorączka, ogólne złe samopoczucie, wysypka oraz problemy trawienne.
Długotrwałe, nieleczone zakażenie może doprowadzić do anemii, powiększenia lub uszkodzenia wątroby, a nawet jej marskości lub zapalenia miąższu wątrobowego. Nieleczona infekcja może być także przyczyną uszkodzenia trzustki, zapalenia przewodów żółciowych, zapalenia pęcherzyka żółciowego, a nawet raka dróg żółciowych.

włosień kręty

 

 

 

 

 

 

Włosień kręty (Trichinella spiralis)

Włosień należy do grupy nicieni i jest jednym z najgroźniejszych pasożytów występujących u ludzi. Ma długość 1,4 – 4 mm. Wywołuje bardzo ciężką chorobę włośnicę. Włośnicą zarażamy się jedząc niedogotowane bądź surowe mięso, w którym znajdują się larwy włośnia. W jelitach larwy opuszczają osłonki i zagnieżdżają się w ściance dojrzewając przez 4-5 dni a następnie przeobrażają się w dorosłe osobniki. Każda sami ca pozostawia 1500 larw uwalniając je bezpośrednio do naczyń limfatycznych. Larwy rozprowadzane są ze strumieniem limfy do wszystkich narządów i ostatecznie osiadają w mięśniach poprzecznie-prążkowanych, otorbiają się i pozostają tam w uśpieniu przez długie miesiące.

Możliwe objawy

Włośnie osłabiają ciało, może wystąpić wysoka gorączka z dreszczami, bóle mięśni, miejscowe wysypki w wyniku migracji larw włosieni w organizmie, skurcze mięśni, ogólne osłabienie organizmu, stany zapalne węzłów chłonnych, obrzęki twarzy, stany podobne do grypy.

Wegorek jelitowy

Węgorek jelitowy (Strongyloides stercoralis)

Jest to drobny nitkowaty pasożyt, samica osiąga długość 2,2 mm i szerokość 0,03 – 0,07 mm. Robaki te pasożytują w dwunastnicy, w górnych odcinkach jelita cienkiego, czasem w jelicie grubym. Samica składa dziennie ok. 50 jajeczek z ukształtowanymi larwami. Do zarażenia dochodzi przez skórę oraz usta. Zanim staną się dojrzałymi płciowo pasożytami migrują po układzie krwionośnym skąd przedostają się do serca, następnie do płuc, tchawicy, gardła, gdzie zostaje połknięta i przez przełyk, żołądek przechodzą do jelita cienkiego. Poszczególnym etapom wędrówki larwy towarzyszą objawy chorobowe. Zarażenie powoduje chorobę zwaną węgorzycą.

Możliwe objawy

Wczesne zarażenie objawia się nieokreślonymi bólami w całym ciele, przy zagnieżdżeniu larw w płucach chorobami narządów oddychania – zapalenie płuc, tchawicy, oskrzeli. Jeśli larwy wybiorą jako miejsce bytowania jelita występują bóle brzucha, niestrawność, brak apetytu, drażliwość. Larwy mogą zagnieździć się również w pęcherzyku żółciowym, sercu, czy nawet mózgu.

 włosogłówka

Włosogłówka (trichuris trichiura)

Włosogłówka należy do grupy nicieni, bytuje w wyrostku robaczkowy, rzadziej w jelicie grubym. Swoją głową przytwierdza się do ścianki jelita ślepego, żywi się głównie krwią. Ma długość 3-5 cm, samica włosogłówki składa codziennie 3500 jejeczek dziennie i żyje ok. 5 lat. Włosogłówką można się zarazić przez wypicie brudnej wody, w której znajdują się jaja, bądź przez zjedzenie brudnych warzyw lub owoców.

Możliwe objawy

Przy zarażeniu występują nudności, wymioty i bóle głowy, dochodzi do nieżytu okrężnicy, zapalenia wyrostka robaczkowego, anemii. Często na uszkodzonych odcinkach jelita powstają cysty, polipy i guzy.

Pokonać autyzm

Autyzm. Uznawana przez lekarzy za niewyleczalną choroba, której przyczyn upatruje się w wielu miejscach, lecz klasyczna medycyna nie potrafi wskazać tej jednej, właściwej i nadużywa słowa „prawdopodobnie”. Przyczyny genetyczne, urazy okołoporodowe, uszkodzenia centralnego układu nerwowego, dziecięce porażenie mózgowe…

Ale jest także inna przyczyna, którą wymienia się w dalszej kolejności, nieśmiało, po cichu, a jednak historie opowiedziane w zamieszczonym poniżej filmie mówią wyraźnie, że to właśnie szczepienia i toksyny w nich zawarte, do tego nadużywanie antybiotyków w okresie niemowlęcym. Przepisywane są na lekkie infekcje i na te przedłużające się, lekarze uspokajają rodziców tym, że dziecku robi się na chwilę lepiej, czyli są skuteczni. Tymczasem nie są, tylko maskują objawy, a kolejne ich wystąpienia próbują eliminować kolejnymi dawkami antybiotyków i nakręcają błędne koło osłabiania organizmu i narażania go na następne infekcje, które są znów „leczone” antybiotykami i znów osłabiają i narażają organizm, organizm szczególnie wrażliwy i delikatny, bo należący do małego dziecka. O tym wszystkim  mówią w tym filmie rodzice chorych na autyzm dzieci.

Znajdziecie tu historie o nieszczęściu i cierpieniu, o zdrowych dzieciakach, wesołych, radosnych, które niemal z dnia na dzień znalazły się w obcym, zamkniętym świecie autyzmu, przekonacie się, że każde dziecko jest narażone, jeśli znajdzie się pod opieką niewłaściwego lekarza. Ale również dowiecie się, że autyzm nie jest niewyleczalny, wręcz przeciwnie, można skutecznie z nim walczyć – ale konieczne do tego jest samozaparcie, zapał, wiara w sukces i przede wszystkim świadomość, że można, świadomość, skąd biorą się te wszystkie „niewyleczalne” choroby i świadomość tego, że organizm poradzi sobie ze wszystkim, tylko trzeba zapewnić mu odpowiednie warunki.

Film krótki, ale intensywnie działa na wyobraźnię, potwierdzając jednocześnie wszystko to, co ja już wiem i co wie mnóstwo ludzi, jednak ta wiedza wymaga jeszcze szerszego propagowania, wymaga tego, by dzielić się nią i przekonywać, że nie warto się nigdy poddawać, ani że nie wolno ślepo wierzyć medycynie. Dla mnie osobiście ten materiał jest kolejnym dowodem słuszności obranej jakiś czas temu drogi, sama jako matka przekonałam się, ile można zrobić dla dziecka, kiedy się otworzy oczy na inny świat, niekoniecznie ten w białych kitlach, przepisujący kolejne recepty.

Polecam, naprawdę warto poświęcić te kilkadziesiąt minut na obejrzenie tego dokumentu.

http://youtu.be/CyahNBNpZYg

„Antyrak”, czyli lektura obowiązkowa

Nie ulega wątpliwości, że rak to rzecz straszna, wie o tym każdy, kto się z nim zetknął w ten czy inny sposób, a nie ma chyba wśród nas w tych czasach nikogo, kto nie miał żadnej bezpośredniej styczności z osobą cierpiącą z jego powodu. Niektórzy doświadczyli utraty bliskiej osoby, inni spotkali się z rakiem w nieco większej odległości, ale wszyscy rozumieją, jak poważna to sprawa – i jak, wydawałoby się, beznadziejna. Klasyczna medycyna w przypadku raka stosuje chemioterapię, radioterapię – lub rozkłada bezradnie ręce. Medycyna naturalna proponuje znacznie szersze spektrum możliwych rozwiązań, jednak wiele z nich traktowanych jest przez ogół raczej podejrzliwie ze względu na ich dość kontrowersyjny charakter lub wręcz bazowanie na podstawach bardziej mistycznych niż rzeczywistych. Czy jest możliwa droga kompromisu? Oczywiście, że tak! I David Servan-Schreiber, autor książki „Antyrak” udowadnia dość skutecznie tę tezę, w dodatku czyniąc to w taki sposób, że od książki nie sposób się oderwać dopóki nie dojdziemy do ostatniej strony.

David Servan-Schreiber był (niestety, zmarł w 2011) francuskim psychiatrą i neurobiologiem, który w 1991 roku przypadkiem trochę dowiedział się, że ma guza mózgu. Będąc naukowcem potrafił podejść do tego inaczej niż większość nas, zwykłych ludzi; potrafił zachować się w tej sytuacji nie jak zrozpaczony pacjent, a jak naukowiec, który – oczywiście, że przytłoczony ciężarem diagnozy, oczywiście, że z tego powodu odczuwający emocje w większości negatywne – postanowił potraktować swój przypadek jak szansę na odkrycie nowych rejonów, na rozszerzenie posiadanej wiedzy, na zupełnie inne spojrzenie na temat raka i zdrowia w ogóle.

Podstawowa teza książki Servana-Schreibera jest następująca: rak jest w każdym z nas, nie ma ludzi wolnych od ryzyka. Rak pozostaje uśpiony lub nie, można przejść całe życie bez śladu jego aktywności, można zostać zaatakowanym przez niego bez względu na wiek, płeć, kolor skóry. Istnieją jednak czynniki, które mogą przyczyniać się do zwiększenia ryzyka uaktywnienia się mechanizmów rakowych i istnieją takie, które to ryzyko skutecznie zmniejszają. Te pierwsze to zachodni styl życia i wszystko, co się z nim wiąże (dieta, brak ruchu) oraz zanieczyszczone środowisko naturalne, te drugie to styl życia bliższy naturze – a przede wszystkim przemyślana, zorganizowana dieta.

Tak, wiemy, że takie informacje można znaleźć w sieci i nie tylko, ale tym, co wyróżnia „Antyraka” spośród innych podobnych mu pozycji jest jego konstrukcja, w której każdy rozdział kończy się bardzo długą listą książek, artykułów i innych publikacji, z których korzystał autor podczas pisania. Nie da się ukryć, że robi niesamowite wrażenie lektura choćby właśnie tej listy, widać bowiem z niej, ile serca i zaangażowania włożył autor w to, by jego książka była czymś więcej niż zbiorem przypuszczeń i pobożnych życzeń. Udało mu się w sposób naprawdę wspaniały, stworzył bowiem ten naukowiec z krwi i kości publikację naukową dostępną dla każdego, w której przystępna forma nie spowodowała zubożenia treści.

„Antyrak” ma także cechę, której brakuje wielu pozycjom – autentyczność. Autentyczność przeżyć autora, autentyczność naukowego podejścia do tematu, autentyczność otwartego umysłu. Autentyczność będącą kolejną, wielką zaletą książki, bowiem wielokrotnie spotykamy się z pozycjami z założenia ważnymi, ale tracącymi przy bliższym poznaniu z powodu braku więzi autora z treścią. W przypadku „Antyraka” więź ta jest wyczuwalna na każdej niemal stronie, zarówno w opisach osobistych odczuć, jak i w fascynacji naukowca wynikami badań, możliwościami oferowanymi przez hipotezy oraz procesem ich udowadniania lub obalania. Kiedy pisze o obserwowanych przez siebie lub innych trendach i tendencjach wyczuwa się prawdziwą ciekawość, będącą cechą najlepszych naukowców, którzy nigdy nie spoczywają na laurach.

Być może to zawodowe podejście, być może to specyfika wykonywanej profesji psychiatry, ale widać także, że David Servan-Schreiber należy do tych, którzy pacjentów traktują jak istoty ludzkie. To rozróżnienie wynika z mojego przekonania, że lekarze dzielą się na tych, którzy traktują pacjentów jak pacjentów i na tych, którzy traktują ich jak ludzi; ci pierwsi przychodzą do pracy takiej, jak każda inna, na etacie, odbębniają swoje godziny na taśmie, widzą choroby, rozpoznania i procedury oraz listę leków, ci drudzy przychodzą do miejsca, w którym realizują swoje powołanie pomagania ludziom, słuchają ludzi, rozmawiają z nimi, starają się dociec przyczyny problemu i szukają rozwiązań, które nie będą służyły chwilowemu łataniu dziur w zdrowiu, lecz rozwiążą kłopot definitywnie (albo przynajmniej będą się starać). Właśnie ci drudzy będą bardziej otwarci na inne możliwości, nie wypiszą antybiotyku dopóki nie uznają tego za konieczne, pomogą w zmianie stylu życia, wspomną o diecie, zasugerują rozwiązania inne niż leki. I do tej grupy należał Servan-Schreiber, interesowało go bardziej „dlaczego” niż „co”, uważał, że profilaktyka jest znacznie lepszym rozwiązaniem niż dopuszczanie do wystąpienia problemu – i wtedy dopiero walka z nim.

Jest „Antyrak” także książką, która przemówi do sceptyków – do tych wszystkich, którzy wierzą w zasadzie bezgranicznie w konwencjonalną medycynę i jej sposoby, do tych, którzy z pogardliwym uśmiechem kwitują choćby wzmiankę o medycynie naturalnej, o diecie jako sposobie walki o zdrowie, do tych, którzy będą do ostatniej krwi bronić chemioterapii i radioterapii jako jedynych sposobów zwalczania raka. Dzięki swojemu profesjonalnemu podejściu i otwartości na świat nieco mniej konwencjonalny stworzył autor pozycję, której nie można ani zanegować jako poradnika znachora ani z góry odrzucić jako pochwałę medycyny nowoczesnej. Nie, udało mu się połączyć w równowadze idealnej jedną i drugą ścieżkę, dlatego tak potężną moc posiada książka, w której odnajdziemy odpowiedź na niejedno dręczące nas w związku z rakiem i strachem przed nim pytanie.

Nie będę pisać w szczegółach, o czym jest książka, pozostawiam odkrycie tej wiedzy czytelnikom, jednak chciałabym zauważyć, że czytelnicy naszego bloga odnajdą w niej wiele znanych im już tematów, znajdą w niej podobne pytania jak te, które stawiamy na blogu; można powiedzieć, że poczują się w niej jak w domu. Autor powtarza pewne zalecenia do znudzenia niemal, ale niebezpodstawnie, uważa bowiem, że największymi błędami, jakie popełnia współczesny człowiek jest takie odżywianie się, w którym olbrzymi udział mają trzy podstawowe czynniki karmiące raka i dające niemal stuprocentową pewność jego przebudzenia: rafinowany cukier, wysokoprzetworzona biała mąka i brak równowagi między kwasami omega-3 i omega-9. Oczywiście, to tylko pewna część jego wywodu, ale czuję drobną satysfakcję, kiedy myślę, że udało mi się dojść do podobnych wniosków jeszcze zanim zapoznałam się z „Antyrakiem”.

Oczywiście, polecam „Antyraka” każdemu, bowiem wierzę w teorię autora, że rak jest w każdym z nas i w to, że w dużej mierze od nas samych zależy, czy pozwolimy mu przejąć kontrolę nad naszym życiem, czy pozwolimy mu w ogóle w naszym życiu zaistnieć. Polecam „Antyraka”, bo autor uświadamia nas w wielu sprawach, ale także obala mity, takie jak ten, że wystarczy samo pozytywne nastawienie, by pokonać raka. Polecam, bo autor pozwala nam na inne spojrzenie na „raka bez choroby” – tak bowiem widzi temat Servan-Schreiber – na efekt przewlekłego, permanentnego stanu zapalnego organizmu, który jest zawsze przyczyną raka. Polecam, bo rzadko która pozycja każe nam myśleć tak dużo, a jednocześnie daje nam mnóstwo rad, wskazówek i wskazuje tyle rozwiązań.

Niedługo napiszę kilka słów o innej książce Davida Servana-Schreibera, „Można się żegnać wiele razy”, książce pożegnalnej, pisanej wtedy, gdy kończył się ten odebrany rakowi czas, żył bowiem autor dwadzieścia lat od diagnozy – a dawano mu w najlepszym wypadku zaledwie ułamek tego czasu. Książce, w której autor przyznaje się, że jemu także zdarzało się nie do końca stosować do jego własnych zaleceń, nie do końca przestrzegać polecanych przez niego zasad, wie bowiem, jak ciężko jest żyć tak bardzo konsekwentnie, jak ciężko jest nigdy nie zbaczać z wyznaczonej ścieżki. Dzięki jednak otwartemu umysłowi i temu, że postanowił uczynić z reszty życia coś naprawdę cennego, coś, co mógłby przekazać innym, udało mu się przeżyć dwie bardzo wartościowe dekady i pomóc niezliczonym rzeszom ludzi na całym świecie.

Uwaga na aluminium

Zarzucono nam kiedyś, że tylko straszymy i straszymy, że jeśli się poczyta te nasze wpisy, to w zasadzie trzeba by zrezygnować z dziewięćdziesięciu procent dotychczasowego stylu życia i zacząć uważać na w zasadzie wszystko dookoła – to, co jemy, to, czego używamy do prania, mycia, do dbania o higienę i urodę oraz na wiele innych rzeczy. To oczywiście olbrzymia przesada, ale podkreślamy na każdym kroku, że świadomość świata, w którym żyjemy jest jednym z najważniejszych warunków osiągnięcia zdrowia i jego zachowania. Dlatego istnieje ten blog, dlatego staramy się Wam i nie tylko opowiadać o tym wszystkim. A dziś kilka słów o kolejnym pierwiastku, na który powinniśmy zwrócić szczególną uwagę – jest nim aluminium, czyli glin o czystości technicznej.

Dlaczego? Przede wszystkim ze względu na jego powszechne występowanie wszędzie dookoła nas, w tej chwili nawet jest blisko, kiedy piszemy, jest w komputerze, aczkolwiek w tej formie nie stanowi zagrożenia. Jest w każdym zakamarku mieszkania, w meblach, sprzętach gospodarstwa domowego, w samochodach i innych maszynach. Te jego formy jednak nie stanowią zagrożenia dla naszego zdrowia, pojawia się ono dopiero wtedy, kiedy aluminium trafia do naszego organizmu, a możliwe jest to zarówno poprzez żywność, jak i innymi drogami. Najpierw omówimy sposoby, w jakie aluminium wnika w głąb naszego ciała, a potem zajmiemy się tym, w jaki sposób aluminium nam szkodzi.

Te inne drogi – to przede wszystkim kosmetyki. Pisaliśmy już troszkę o tym, że w kosmetykach znajdziemy szkodliwe sole aluminium, jednak ze względu na to, że ta akurat substancja zasługuje na oddzielny wpis jej poświęcony, napisaliśmy o niej wtedy tylko skrótowo. Dziś znacznie więcej – bo trzeba, ponieważ szkodliwy wpływ glinu na ludzki organizm wymaga koniecznie większego opisu niż do tej pory. Aluminium w kosmetykach znajdziemy najczęściej w dezodorantach i innych środkach przeciwko mających redukować pocenie się, chociaż nie tylko, także w kremach z filtrem przeciwko promieniowaniu podczerwonemu. Zupełnie na marginesie – wiecie, że tzw. antyperspiranty to nie żadne cudowne sposoby, działają one po prostu jak miniaturowe koreczki, zatykające kanaliki potowe, przez co pot nie wydostaje się na zewnątrz, jednak rodzi się natychmiast pytanie, w jaki sposób takie bardzo istotne zaburzenie jednych z podstawowych funkcji organizmu, oczyszczania z toksyn i termoregulacji, wpływa na zdrowie? W jaki sposób działa na nasze ciało to, że pot i produkty jego rozkładu pozostają w ciele, zamiast zostać wydalone? Wróćmy jednak do aluminium, które w wyniku częstego używania (a przecież dezodoranty stosujemy codziennie!) zaczyna się odkładać w organizmie, jego stężenie rośnie, zaś największe złogi tego metalu znajdują się w mózgu.

Przejdźmy teraz do zatruwania organizmu glinem podczas jedzenia – i celowo nie używamy określenia „w żywności”, ponieważ nie zawsze jest to tak proste i jednoznaczne. Jest bowiem glin nie tylko składnikiem zawartym w pożywieniu, jest także elementem opakowań i nie tylko. Jeszcze nie tak dawno popularne były w kuchniach aluminiowe garnki, pamiętacie je? Na szczęście zostały już niemal całkowicie wyeliminowane, ale zdążyły na pewno zostać źródłem problemu, szczególnie dla średniego i starszego pokolenia; aluminium w ich ściankach było wytrącane przez potrawy słone i kwaśne, a następnie trafiało do pożywienia, dziś aluminium poddawane jest procesowi anodowania, który w dużej mierze zabezpiecza powierzchnię, jednak wystarczy brak dbałości o naczynie, używanie metalowych przyborów kuchennych niszczących powłokę, by problem powrócił. Problem garnków został bardzo ograniczony – jednak nie stało się tak w przypadku jednego z najpopularniejszych rodzajów opakowań na rynku, aluminiowych puszek, w których znajdziemy prawie wszystko, napoje, żywność konserwowaną, przekąski. Na szczęście w tym przypadku zagrożenie jest o wiele mniejsze, jednak w przypadku niektórych produktów warto się zastanowić, w jakie reakcje wchodzą one z opakowaniem, np. Coca Cola zawiera kwas fosforowy, czy na pewno jest on obojętny dla aluminiowej puszki?

Poszukajmy teraz aluminium w samym pożywieniu; nie trzeba wcale zbyt długo szukać, na przykład:

  • E 554 – krzemian glinowo-sodowy, środek przeciwzbrylający dodawany do cukru, soli, gum do żucia,
  • E 559 – krzemian glinu (kaolin), środek przeciwzbrylający dodawany do przypraw i aromatów, soli, gumy do żucia, ryżu, serów, mleka w proszku, kawy rozpuszczalnej,
  • E 173 – aluminium, używane jako barwnik metaliczny, np. do zdobienia wypieków,
  • E 541 – fosforan glinowo-sodowy kwaśny, dodawany do proszku do pieczenia, serów topionych, wyrobów piekarniczych.

W opisach tych środków znajdujemy często słowo „nieszkodliwy”, jednak zaraz po tym słowie następuje opis możliwych problemów związanych z używaniem, kaolin przyczynia się do kumulacji glinu w organizmie, tak samo krzemian glinowo-sodowy, fosforan glinowo-sodowy zmniejsza wchłanianie wapnia i fosforu, aluminium zaś jest wprost uznawane za szkodliwe, np. w Australii jest już zakazany, Parlament Europejski również nawołuje do wprowadzenia analogicznego zakazu w Unii.

Oczywiście, zbyt proste byłoby wskazanie czterech substancji jako jedynego źródła aluminium w pożywieniu, na przykład biała mąka, o której szkodliwości pisaliśmy już, swoją barwę zawdzięcza wybielaniu środkami zawierającymi związki glinu. Herbata zawiera sporo aluminium, jednak w postaci w niej występującej glin jest dla ludzkiego organizmu nieprzyswajalny, zatem nieszkodliwy, w dodatku herbata ma swoje zalety, jak na przykład bogactwo przeciwutleniaczy. Wystarczy jednak dodać do niej cytryny, a sytuacja zmienia się diametralnie, ponieważ glin staje się cytrynianem glinu, a ten związek wchłania się niestety bardzo łatwo. Inne rodzaje żywności również mogą zawierać szkodliwe związki aluminium, na przykład ogórki kiszone z dodatkiem powszechnie dostępnej soli spożywczej. Dzisiejsze zanieczyszczone środowisko także wpływa na poziom glinu w żywności, metody jej produkcji również mają znaczenie: ilość użytych nawozów sztucznych, nasłonecznienie upraw, sposób przetwarzania. Glin dodawany jest w różnych postaciach także do leków, na przykład tych stosowanych jako osłony dla błon śluzowych układu pokarmowego, zobojętniających kwasy żołądkowe.

Warto także poświęcić kilka słów jednej z bardziej kontrowersyjnych w ostatnich latach sprawie, czyli szkodliwości szczepionek. Istnieje wiele źródeł wskazujących na wywoływanie przez szczepionki wszelkiego rodzaju chorób, np. autyzmu – jednak o ile nie będziemy się zajmować dziś tym tematem szczegółowo (aczkolwiek na pewno do niego wrócimy w niedalekiej przyszłości), to należy zwrócić uwagę na podawane przez rozmaite źródła informacje o zawartości glinu w szczepionkach, a ta może przekraczać dzienną dopuszczalną dawkę nawet kilkudziesięciokrotnie – w dodatku glin przedostający się do organizmu w ten sposób jest dalece bardziej toksyczny i z dużo większą łatwością przedostaje się do komórek, w tym do mózgu.

Średnia dawka, według rozmaitych szacunków, glinu spożywanego przez przeciętnego człowieka wynosi 45 mg, dopuszczalna zaś 60, jednak w przypadku tego pierwiastka znacznie mniejszym zagrożeniem jest przedawkowanie i związane z tym chwilowe zatrucie, ponieważ zdarza się raczej osobom z zaburzonym funkcjonowaniem nerek. Przyjmowanie leków, o których mowa wyżej, może prowadzić do obniżania zawartości fosforanów we krwi, co z kolei może stać się przyczyną zmniejszania się poziomu wapnia w kościach, leki te są także przyczyną wzdęć, mogą także wywoływać zapalenia jelit.

Największym problemem jest jednak kumulacja glinu w organizmie i przewlekłe zatrucie tym metalem, ponieważ w zasadzie nie ma już wątpliwości, że jest on jednym z najważniejszych czynników powodujących chorobę Alzheimera. Badania naukowe wielokrotnie wskazywały na ten związek, to właśnie wyniki tych badań przyczyniły się do tego, że Parlament Europejski chce wprowadzenia zakazu używania aluminium w żywności.

Nie tylko z chorobą Alzheimera wiązane jest wieloletnie odkładanie się w organizmie glinu, wskazuje się także na związek z chorobą Parkinsona, z innymi zaburzeniami pamięci, równowagi, koncentracji, osłabianiem pracę trzustki, przyczynianiem się do powstawania osteoporozy. Osoby mające do czynienia z obróbką aluminium w codziennej pracy bardzo często zapadają na rozmaite choroby układu oddechowego, w tym na astmę, rozedmę płuc, pylicę. Często wskazuje się także na rakotwórcze działanie skumulowanego w dużych ilościach glinu, na przykład na duże ilości aluminium w guzach piersi, oraz na znaczenie glinu w wywoływaniu chorób związanych z osłabieniem organizmu, np. anemią.

Jak sobie radzić z zagrożeniem? Wiele sposobów wynika jakby wprost z tego, co napisaliśmy powyżej:

  • trzeba wiedzieć, co się je i starać się kupować żywność z pewnych źródeł, z ekologicznych upraw, organiczną,
  • czytać etykiety (ileż to razy już pisaliśmy te słowa na naszym blogu?),
  • wyeliminować aluminiowe garnki i patelnie, starać się nie używać do pieczenia folii aluminiowej,
  • ograniczyć lub wyeliminować używanie opakowań z aluminium,
  • oczyszczać regularnie organizm z toksyn, w tym z aluminium.

I co, czy to wygląda na straszenie kogokolwiek? Nie wydaje nam się. Wychodzimy zawsze z założenia, że lepsza jest niewygodna prawda, jakakolwiek by nie była, od wygodnego kłamstwa – lub tylko przemilczenia prawdy. Owszem, takie kłamstwo ma same niemal zalety, można nic nie robić ze świadomością (której się nie ma, przecież), można wciąż udawać, że wszystko jest w porządku, można nie dokonywać mnóstwa trudnych wyborów. Ale w końcu i tak wybiera się źle, bo takie postępowanie musi się skończyć chorobą albo przynajmniej stanem zdrowia dalece odbiegającym od normalnego, nie mówiąc już o idealnym. Dlatego my wybieramy prawdę – i staramy się Wam pomagać w dokonywaniu takiego samego wyboru każdego dnia.

Czym jest toksemia

Pisaliśmy już kiedyś o pasożytach, o tym, jak groźne są dla naszego zdrowia, nie tylko ze względu na samo ich działania na nasz organizm, ale także dlatego, że większość ludzi nie ma zielonego pojęcia o ich istnieniu, o tym, że w ich ciele odbywa się dramatyczna walka między najeźdźcami a układem odpornościowym. Walka, którą organizm, osłabiony złą dietą, wynikającą z nieświadomości i braku samozaparcia, przegrywa na każdym froncie, walka, w której musimy wesprzeć samych siebie, odrzucić dziesiątki czasem lat koncepcji wtłaczanych nam do głowy przez klasyczną medycynę i na poważnie zajrzeć w głąb siebie, by poznać wroga i nauczyć się go likwidować.

Na szczęście nawet poważny stan, kiedy pasożyty panoszą się po naszym ciele w sposób praktycznie niekontrolowany można opanować – jednak warto mieć na uwadze, że wtedy od początku do końca procesu oczyszczania, do momentu, kiedy będziemy mogli ogłosić sukces minąć mogą nawet lata. Ten poważny stan, o którym piszemy, to toksemia, będąca jednocześnie objawem i przyczyną.

Objawem – ponieważ wynika z nadmiernej ilości toksycznych substancji, z którymi organizm nie potrafi sobie poradzić, czy to ze względu na ich ilość, przekraczającą możliwości układów wydalniczych, czy też ze względu na upośledzenie tych układów, wynikające z osłabienia organizmu. Ze względu na źródło pochodzenia toksyn możemy podzielić je na endo- i egzotoksyny. Te pierwsze pochodzą od nas samych, zaliczają się do nich produkty przemiany materii, które w normalnych warunkach absolutnie nie mogłyby być problemem, ale w organizmie niepracującym właściwie zaczynają gromadzić się w dużych ilościach, w skład tej grupy wchodzą także komórki martwe i uszkodzone, martwe pozostają w naszym organizmie, choć powinny go opuścić, uszkodzone zaś nie tylko szkodzą swoją obecnością, ale namnażają się, rozrastają, mogą powodować powstawanie niezłośliwych, ale także niepożądanych nowotworów (guzków, cyst, polipów). Toxic-LeadersEgzotoksyny pochodzą z zewnątrz nas i także nie stanowią jednolitej grupy, zaliczają się do nich bowiem zarówno szkodliwe substancje, które docierają do organizmu np. w wyniku oddychania, jedzenia lub przez skórę (z zanieczyszczonego środowiska, z leków, z chemii w pożywieniu) oraz te, które są efektem bytowania w naszym ciele pasożytów (przede wszystkich grzybów i bakterii), które nie tylko zakłócają pracę organów, ale same wytwarzają olbrzymie ilości toksyn w wyniku procesów metabolicznych.

Przyczyną – ponieważ z powodu toksemii, z powodu olbrzymiego nagromadzenia w nas wszelkich szkodliwych substancji organizm zaczyna powoli odmawiać posłuszeństwa. Znacie to uczucie słabości, permanentnego zmęczenia, braku ochoty do życia? Klasyczna medycyna odpowiada na nie dziesiątkami tabletek, które ograniczają takie objawy, czasem nawet dość skutecznie, choć zawsze na krótki czas – a jednocześnie pogłębiają problem, ponieważ przyczyniają się skutecznie do zwiększenia stanu toksemii, zwiększając ilość toksycznych substancji w naszym organizmie. Do najczęstszych objawów należą:

  • złe samopoczucie,
  • utrata energii i związany z tym zespół przewlekłego zmęczenia,
  • nadmierna potliwość,
  • bóle głowy,
  • rozdrażnienie,
  • zaburzenia snu i symptomy pozornie nie powiązane ze sobą (bóle stawów, bóle wątroby, zaburzenia żołądkowo – jelitowe, pojawienie się skłonności do infekcji).

Pisaliśmy już o tym, że kiedy lekarze nie wiedzą, co nam jest, kiedy objawy nie są wystarczające specyficzne, by mogli z czystym sumieniem postawić diagnozę zgodną ze swoją wiedzą medyczną zaczynają eksperymentować, z kolejnymi badaniami, z kolejnymi lekami, w nadziei, że któryś w końcu podziała i będą mogli obwieścić sukces. Jednak praktycznie żaden z nich nie zadaje sobie trudu, by dotrzeć do pierwotnej przyczyny, by zająć się tym, by nasz organizm mógł poradzić sobie sam, bez konieczności obciążania go kolejnymi i kolejnymi dawkami leków, zupełnie w większości przypadków niepotrzebnych. Żaden z nich nie próbuje nawet rozważać zanieczyszczenia organizmu jako przyczyny, tym samym nie ma mowy o oczyszczaniu jako próbie rozwiązania problemu.

Najgorsze, że klasyczna medycyna robi wszystko, żeby ośmieszać i dyskredytować wszystkich, którzy mają odwagę i śmiałość, by próbować innych metod, nieinwazyjnych, nieobciążonych ryzykiem powikłań i skutków ubocznych, rozwiązań prostych z natury i oczywistych dla tych, którzy mają w sobie wolę, by wydostać się z głęboko zakorzenionych schematów. Istnieją, na przykład, możliwości wykorzystania diagnostyki nieliniowej, która pozwala z bardzo dużą skutecznością określić nie tylko jakie organy, które części ciała nie funkcjonują właściwie, ale także wskazać bezpośrednich sprawców. Dla przykładu, poniżej wyniki badań pewnej osoby, która nie wykazywała specjalnej troski o stan własnego organizmu – ale nie zaniedbywała go bardziej niż przeciętny Polak; jej dieta i nawyki żywieniowe były typowe dla naszego kraju, styl życia także nie odbiegał od średniej. Do przebadania się skłoniły ją doskonałe wyniki badań przeprowadzonych w klasycznych laboratoriach i za pomocą klasycznych urządzeń diagnostycznych, które nie wykazały dokładnie niczego, pozostawiając wszystkie problemy ze zdrowiem włącznie z bólem, przygnębieniem, apatią całkowicie bez odpowiedzi. Oto, co wykazała diagnostyka vega test.

1) infekcja narządowa, której przyczynami były:

  • grzyb pędzlak,
  • kropidlak,
  • gronkowiec złocisty,
  • paciorkowiec,
  • toxoplasma gondii,
  • mycoplasma hominis,
  • rzęsistek policzkowy,

2) polipy żołądka,
3) dysbakterioza jelitowa,
4) zakażenie wątroby przywrą kocią,
5) zarostowe zapalenie naczyń krwionośnych,
6) osteopenia.

Zalecenia dotyczące kuracji nie obejmowały bynajmniej listy leków długiej niczym książka telefoniczna, bynajmniej, zalecenia dotyczyły zastosowania odpowiedniej diety, wyłączenia z niej określonych produktów, które sprzyjają toksemii poprzez bycie doskonałym pożywieniem dla pasożytów oraz mających właściwości śluzotwórcze oraz włączenia do niej tego, co w przypadku tak zanieczyszczonego organizmu konieczne, by wspomagać te naturalne procesy, które w innych warunkach nie dopuściłyby w ogóle do wystąpienia problemu toksemii, która jest efektem braku równowagi – ilość toksyn dostających się do organizmu i tworzących się w nim powinna być dokładnie równa ilości toksyn wydalanych. Elementem ważnym w kuracji tej toksemii było także zastosowanie naturalnych suplementów, które przyczyniły się przede wszystkim do walki z pasożytami i oczyszczenia organizmu oraz przywracania równowagi w jelitach.

W jednym z pierwszych wpisów na blogu pisaliśmy o tym, że wszystko zaczyna się w jelitach – i dokładnie tam najczęściej zaczyna się problem z toksemią. Niezwykle wrażliwe ścianki układu pokarmowego są szczególnie podatne na uszkodzenia wynikające z niewłaściwej równowagi w organizmie oraz ze złej diety, szczególnie tej zawierającej mnóstwo konserwantów i innych chemikaliów, które w dzisiejszych czasach uchodzą za niezbędne elementy żywności. Dlatego też, kiedy ta delikatna struktura jelit zostaje naruszona otwierają się szerokie drzwi dla wszelkiego rodzaju toksyn, które w niekontrolowany sposób zaczynają docierać do wszystkich zakątków organizmu razem z krwią i odkładać się w organach. Do tego dodajmy powstające w wyniku zalegania niestrawionego pokarmu w jelitach złogi, stające się od razu naturalnymi wylęgarniami pasożytów i fabrykami toksyn i mamy piękny obraz tego, jak w banalny sposób sami doprowadzamy swój organizm do tak złego stanu. I nie tylko swój – toksemia bowiem może zostać w prosty sposób przekazana z organizmu matki do organizmu dziecka, kiedy rozwija się ono w jej łonie, tym samym rodzi się ono już z zachwianą równowagą i z koniecznością walki o zdrowie od pierwszych dni życia, zdrowy organizm noworodka doskonale poradziłby sobie z toksynami, organizm skażony podobnie jak organizm matki nie ma na to szans.

Pisaliśmy o pasożytach, pisaliśmy o grzybach, pisaliśmy i pisać będziemy o tym, co sprzyja powstawaniu problemów i jak sobie z nimi radzić, a przede wszystkim jak im zapobiegać, bo profilaktyka jest najłatwiejsza i najbardziej skuteczna, dlatego w tym wpisie nie będziemy zajmować się szczegółowo tym tematem, odsyłamy Was jedynie do poprzednich wpisów. Chcemy tylko przypomnieć, że zaniedbania w dziedzinie dbania o organizm, wynikające z zanieczyszczenia leczy się latami i nie ma cudownych środków, które pomogą na wszystko od razu, nie ma magicznych tabletek (których nie brakuje przecież w tradycyjnej medycynie), po których poczujemy się lepiej i będziemy mogli zapomnieć o wewnętrznym śmietniku, który zafundowaliśmy sami sobie. Nie, czeka nas długa i czasem dość nużąca praca. Jednak na jej końcu jest lepsze, o wiele lepsze życie, życie pełne energii.