Soczewica – kokos curry

O tym, że rośliny strączkowe są kwintesencją zdrowia, nikogo przekonywać nie trzeba, od zawsze wiadomo, że należą do najlepszych dla człowieka źródeł energii, od zawsze, a przynajmniej od tysięcy lat, jak pisaliśmy choćby przy okazji wpisu o hummusie. Dziś zajmiemy się rośliną równie długo jak ciecierzyca obecną w jadłospisie człowieka (niektóre dowody wskazują na jej spożywanie przez pierwotnych ludzi już trzynaście tysięcy lat temu!), może nawet dłużej, a zdecydowanie równie bogatą w składniki odżywcze i będącą niemal niezastąpioną pozycją w jadłospisie.

Soczewica występuje w wielu odmianach, w całej palecie barw, przede wszystkim w zieleni, której odcieni jest przynajmniej kilkanaście, do tego spotykamy odmiany brązowe, żółte, pomarańczowe, a nawet czarne, różnorodność dotyczy także rozmiaru nasion, nie jest zatem soczewica na pewno rośliną monotonną. Uprawiana współcześnie jest na całym świecie, ale niemal połowa produkcji pochodzi z Kanady, zaś ten kraj wraz Indiami, Turcją i USA są wytwórcami łącznie 80% światowej produkcji soczewicy.

Soczewica to przede wszystkim białko, jedna trzecia ich kalorii pochodzi właśnie z białka, w tej kategorii soczewica znajduje się na samym szczycie listy wartości odżywczych, w jej białku zaś znajduje się bogaty zestaw niezbędnych aminokwasów. Oczywiście, nie samym białkiem soczewica słynie, może także się pochwalić zawartością:

  • błonnika, którego jest w niej niemal 11%,
  • tłuszczu w rozsądnej, niewielkiej ilości (1%),
  • węglowodanów (57%),
  • witaminy A,
  • witamin B1, B2, B6, PP,
  • witaminy C,
  • magnezu,
  • fosforu,
  • żelaza (w 100 mg soczewicy znajduje się ponad połowa dziennego zapotrzebowania na żelazo),
  • sodu,
  • wapnia,
  • potasu.

Skrobia zawarta w soczewicy należy w sporej części do rodzaju powolnie trawionej (SDS – slowly digested starch), jest zatem polecana osobom cierpiącym na cukrzucę. Inne przejawy jej dobroczynnego wpływu na zdrowie to:

  •    obniżanie poziomu cholesterolu,
  •    dramatyczne zmniejszanie ryzyka chorób serca i układu krążenia,
  •    polepszanie pracy układu trawienia,
  •    stabilizowanie poziomu cukru we krwi,
  •    zwiększanie poziomu energii w powolny, zrównoważony sposób,
  •    wspomaganie procesu tracenia zbędnych kilogramów,
  •   zwiększanie ogólnego poziomu odporności organizmu.

Soczewicę podawać można na wiele różnych sposobów, moim ulubionym ostatnio jest zupa z soczewicy, gęste, pożywne i przepyszne danie, do tego niesamowicie proste do przyrządzenia. Przepis to zaledwie kilka kroków:

Składniki:

  • 200 g marchewki, pokrojonej w talarki,
  • 150 g cukinii, pokrojonej w kostkę,
  • 10 g oliwy z oliwek ( ok.3 łyżki),
  • 2 łyżki curry,
  • 300 g soczewicy czerwonej,
  • 1/2 łyżeczki kurkumy,
  • ok. 1 litra wody
  • 300 g mleczka kokosowego,
  • 2 łyżeczki soli,
  • 1/2 łyżeczki kminku.

Wykonanie:

Do garnka włożyć pokrojoną marchewkę i cukinię, dodać oliwę z oliwek i curry, poddusić to ok 3-5 minut w garnku. Dodać wodę, soczewicę i kurkumę. Gotować ok 30 min, następnie dodać pozostałe składniki, sól, mleczko kokosowe, kminek i gotować kolejne 20 min. Konsystencja zupy będzie dość gęsta i taka właśnie ma być. Można jeszcze dodać kolendrę mieloną, która zgłębi smak. A wygląda to tak!


Soczewica wraca na nasze stoły. „Polska kuchnia” kojarzy się tradycyjnie ze schabowym z kapustą i ziemniakami, ale to na szczęście powoli zmienia się nie tylko w tych domach, w których świadomość konieczności zdrowego odżywiania się jest większa. Jeszcze wiele jest do zrobienia w tej dziedzinie, czasem wydaje się to być zadaniem ponad czyjekolwiek siły, przekonywać, zmieniać, uczyć, ale soczewica jest jednym ze sposobów, żeby ta praca stała się lżejsza. Łatwa w przygotowaniu, smaczna, mogąca być podstawą rozmaitych dań – nie da się jej nie polubić!

 

Na grzyby

Sezon na grzyby trwa w najlepsze, w dodatku pogoda postanowiła, że w tym roku nastąpi idealny zbieg warunków dla rozwoju grzybów, więc nie pozostało mi nic innego, jak skorzystać z tej okazji i w niedzielę pochodziłam trochę po lesie w poszukiwaniu tych darów natury, szczególnie że znajomi namawiali nas ostatnio i zachwalali własne zbiory. Jak się okazało, słusznie! Warto było, w kilka godzin udało się nazbierać całkiem sporo grzybów, w dodatku zażyliśmy ruchu na świeżym powietrzu, ten rodzaj aktywności ma same zalety.

Co do zalet samych grzybów, warto sobie wyjaśnić kilka spraw. Przede wszystkim twierdzenie, że grzyby nie mają żadnych wartości odżywczych – to mit. Owszem, nawet 90% grzybów stanowić może woda, jednak te pozostałe 10% to w zasadzie same dobre dla zdrowia rzeczy, część z nich wspólna jest dla wszystkich (jadalnych, rzecz jasna!) grzybów, inne zaś są elementem unikalności poszczególnych gatunków.

Te 10%, o których mowa, to przede wszystkim białko i niezbędne aminokwasy, nie najmniejsza wcale ilość tłuszczów  – a także witaminy i minerały. W grzybach znajdziemy witaminy A, B1, B2, D, PP, a także niewielkie z zasady ilości witaminy C; grzyby poddane działaniu promieni UV (np. w świetle słonecznym) wytwarzają duże ilości witaminy D. Są także źródłem selenu (zmniejszającego ryzyko raka układu moczowego), żelaza, sodu, wapnia, fosforu, potasu oraz dostarczają podobne do roślin ilości jodu, cynku, manganu. Grzyby są jednocześnie niskokaloryczne, więc raczej nie staną się powodem tycia, jednak warto pamiętać, że ich ciężkostrawność wyłącza je co do zasady z diety małych dzieci i osób mających problemy z trawieniem.

Poniżej wybrane właściwości niektórych gatunków grzybów – zaznaczam, że nie chciałam pisać wyłącznie o tych, które można znaleźć na niedzielnej wycieczce do lasu, ogólnie  grzyby jako pożywienie uważam za coś wartego uwagi w każdej postaci, więc także godnego polecenia bez względu na to, czy rosną na Dolnym Śląsku czy w okolicach Tokio:

  • borowiki, maślaki, podgrzybki, kozaki – wykazują właściwości przeciwzapalne i przeciwbakteryjne, są naturalnymi cytotoksynami (potrafią zabijać komórki nowotworowe), zawierają także duże ilości lecytyny, są także mocnymi przeciwutlaniaczami,
  • kurki – mają najwięcej witaminy C ze wszystkich powszechnie spotykanych grzybów, najwięcej potasu oraz są jednym z lepszych źródeł witaminy D, wykazują także właściwości przeciwpasożytnicze,
  • pieczarki – wzmacniają system odpornościowy, zwiększają bowiem produkcję substancji antywirusowych oraz przyspieszają tworzenie komórek odpowiedzialnych za odporność ze szpiku kostnego, pieczarki są także bardzo cennym źródłem przeciwutleniaczy (chronią na przykład przed rakiem piersi); przeprowadzone w USA badania wykazały, ze osoby otyłe, które zamieniły mięso na pieczarki traciły sporo na wadze, w dodatku proporcje ich ciała zmieniały się na bardziej naturalne;
  • boczniaki – bardzo bogate w przeciwutleniacze, w badaniach naukowych wskazywane są jako jedno z najbardziej obiecujących rozwiązań problemu wirusa HIV, zawierają błonnik, kwas foliowy, mało tłuszczu, wykazują właściwości obniżające poziom cholesterolu oraz przeciwbakteryjne i przeciwwirusowe, a także przeciwzapalne
  • shiitake – grzyby teoretycznie egzotyczne, ale coraz łatwiej dostępne i to nie tylko w orientalnych daniach serwowanych w restauracjach, warto przyjrzeć się temu gatunkowi, ponieważ wykazuje znaczący wpływ na poprawę zdrowia w przypadku wrzodów żołądka, problemów z ciśnieniem krwi, zaburzeń pracy wątroby, alergii i chorób autoimmunilogicznych, wykazują także właściwości,
  • maitake – wykazują właściwości zabijające komórki raka, znacząco obniżają ryzyko wystąpienia raka, wzmacniają układ odpornościowy, szczególnie w zakresie zwalaczania pasożytów.

I najważniejsze, nie dajmy się zwariować, niedawno w mediach znów rozpętano histerię po zatruciu się małej dziewczynki muchomorem sromotnikowym. Pomijając fakt, że rodzice podający czterolatce grzyby nie należą do poważnych, warto zauważyć, że nie potrzeba specjalnej wiedzy, by grzyby zbierać i jeść. Dla tych najbardziej nieprzekonanych wciąż aktualna jest zasada, by nie zbierać niczego, co ma blaszki i pozostać wyłącznie przy tych z rurkami; dla pozostałych istnieje wiele źródeł, z których można czerpać wiedzę na temat grzybów i ich rozpoznawania oraz przyrządzania. A poza tym, jak już pisałam, taki wypad do lasu na grzyby w środku złotej jesieni, w słoneczną niedzielę, to sprawa bardzo przyjemna sama w sobie!

Błonnik, do czego jest potrzebny?

Wysokoprzetworzona żywność ma same wady – przynajmniej z punktu widzenia zdrowia, bo wiadomo,  że z powodów ekonomicznych jest i będzie produkowana i spożywana na skalę masową, łatwiej i taniej jest bowiem wziąć byle co, dołożyć polepszaczy, konserwantów, wzmacniaczy, wsadzić do efektownego (oczywiście, plastykowego, tu też decyduje rachunek kosztów) opakowania i sprzedawać w milionach sztuk/kilogramów niż produkować żywność, która prezentuje sobą jakieś wartości odżywcze poza dostarczaniem człowiekowi wrażenia pełnego brzucha. Smutne to, niestety, ale prawdziwe, olbrzymia większość społeczeństwa przedkłada taką łatwą dostępną „żywność”  nad lepsze jej rodzaje nie tylko ze względu na portfel przeciętnego Kowalskiego, ale także z powodu właśnie tej łatwej dostępności – i lenistwa kupującego, który nie ma ochoty ani zagłębiać się w istotę problemu ani „marnować czasu” na poszukiwanie lepszej alternatywy. I z powodu właśnie tej wszechobecności tandety w jedzeniu jesteśmy ofiarami deficytów składników odżywczych i innych wartościowych elementów, nie dostarczamy organizmowi wszystkiego, czego potrzebuje do życia pełną piersią, więc nic dziwnego, że choroby z każdym rokiem stają się coraz powszechniejsze – a przecież wszystkie te „cuda” współczesnej medycyny, opowieściami o których jesteśmy karmieni z każdej strony powinny sprawić, że choroby powinny być już tylko wspomnieniem. Widocznie jednak sama medycyna to trochę za mało, o czym zawsze zapominają wspomnieć lekarze zapisujący swoim pacjentom kolejny „wspaniały” lek, antybiotyk czy nie, ale ani słowem nawet nie mówiący o potrzebnie zmiany trybu życia, a przede wszystkim odżywiania, by jakiekolwiek leczenie było skuteczne. Zapewne dlatego, że wtedy ich zawód mógłby stać się przeżytkiem, a nikt nie będzie podcinał gałęzi, na której siedzi, więc wolą oferować rozwiązania jednorazowe, wiedząc doskonale, że pacjent, który nie zacznie dbać o siebie prędzej czy później i tak do nich wróci.

Ale wróćmy do zasadniczego tematu, nawet jeśli wcale nie odeszliśmy od niego zbyt daleko, bowiem ta dygresja miała na celu bardziej wykazanie, że „bardzo łatwo” zwykle znaczy „gorzej” i tak jest też w przypadku wysokoprzetworzonego pożywienia, w którym jednym z najważniejszych problemów jest brak odpowiedniej ilości błonnika. Błonnik, czyli włókno pokarmowe, to nie ulegający trawieniu w układzie pokarmowym człowieka związek różnych substancji (kilka z nich wymienionych zostało poniżej), wchodzący w skład struktury komórkowej roślin. Wydawać by się mogło, że coś, czego nasz układ pokarmowy nie trawi jest tylko wypełniaczem – i przez wiele lat dokładnie tak traktowano błonnik, tymczasem okazało się, że pełni on niesamowicie ważną rolę w procesie odżywiania i w dodatku dzieli się na kilka grup i podgrup, nie jest substancją nudną i zawsze taką samą:

  • błonnik rozpuszczalny w wodzie (np. pektyny, gumy, śluzy roślinne),
  • błonnik nierozpuszczalny w wodzie (np.celuloza, lignina, krzemionka).

A oto funkcje, jakie pełni w naszym organizmie:

  • rozpuszczalny – wraz z wodą tworzy żelowatą substancję, która chroni układ pokarmowy poprzez wyścielanie jego ścianek warstwą zapobiegającą drażnieniu ich przez trawiony pokarm, a także zapobiega odkładaniu się jego nadmiaru w układzie pokarmowym, tym pozbawiając pożywienia pasożyty – a jakie to ważne, pisaliśmy wielokrotnie i za każdym razem będziemy podkreślać, że odporność zaczyna się w jelitach,
  • kolejne niezwykle istotne funkcje błonnika to regulacja procesu wchłaniania cholesterolu, trójglicerydów oraz cukru, a jak ważna jest taka regulacja nie musimy nikomu, a już szczególnie czytelnikom naszego blogu mówić,
  • badania naukowe wykazały, że dieta bogata w błonnik jest niezwykle pomocna dla osób z wysokim ciśnieniem krwi, ponieważ zawarte w nim substancje wpływają na znaczące obniżenie ciśnienia zarówno skurczowego, jak i rozkurczowego,
  • udowodniono także, że spożywanie odpowiednio wysokiej ilości błonnika zmniejsza ryzyko zachorowania na różnego rodzaju nowotwory, w niektórych przypadkach nawet o połowę,
  • błonnik rozpuszczalny tworzy w jelitach odpowiednio środowisko do bytowania i rozwoju pożytecznych bakterii (jest naturalnym prebiotykiem),
  • dzięki zwiększaniu objętości przynosi uczucie sytości, w dodatku utrzymujące się dłużej, co w połączeniu z regulacją procesu wchłaniania cukru daje rewelacyjne rezultaty w dziedzinie utrzymywania/uzyskiwania odpowiedniej wagi,
  • jest także błonnik naturalną gąbką, która pochłania, a następnie usuwa z organizmu wszelkiego rodzaju zanieczyszczenia i toksyny, w tym także metale ciężkie,
  • tworzona na ściankach jelit warstwa ochronna jest jednocześnie odpowiedzialna za ułatwienie wypróżnienia, wzmacnia bowiem poślizg, zaś błonnik sprawia, że sam stolec również ma odpowiednio wilgotną postać i łatwiej przemieszcza się w jelitach, stanowi także błonnik doskonały wypełniacz, który nadaje stolcowi odpowiednią objętość i masę, prowokując właściwe odruchy organizmu i prowadząc do regularnych wypróżnień
  • jest jak naturalna szczotka, która wymiata z jelit wszelkiego rodzaju odkładające się w nich zanieczyszczenia,
  • błonnik nierozpuszczalny stanowi ważny element zapewniania odpowiedniej pracy jelit, dzięki swojej zwartej konsystencji drażni ścianki jelit i prowokuje właściwą perystaltykę.

Źródłem błonnika mogą być rośliny (błonnik pokarmowy) oraz odpowiednie suplementy (błonnik funkcjonalny), w których mamy do czynienia z błonnikiem wyizolowanym z roślin lub zwierząt (np. z pancerzyków niektórych owadów). Oczywiście, preferujemy ten pierwszy sposób pozyskiwania błonnika, nie tylko jest bowiem naturalny, ale także dzięki temu podlega jakby samoregulacji, która sprawia, że łatwiej zachowywać odpowiednie dawki. Nie ma nawet potrzeby dodawać, że ten sposób ma także zalety kulinarne, bowiem trudno w przypadku suplementów mówić o smaku! Oczywiście, istnieją także naturalne i bardzo łatwe (w odróżnieniu od tych opisywanych na początku, tym razem „bardzo łatwe” oznacza „bardzo zdrowe”) sposoby, na przykład poranna dawka błonnika w postaci szklanki ciepłej wody z nasionami babki płesznik. Ten ostatni sposób stosuję osobiście i gwarantuję, że daje bardzo zadowalające efekty!

Skąd zaś błonnik w pożywieniu?:

  • z każdego warzywa, jednak w surowych, a najlepiej jedzonych ze skórką znajdziemy go najwięcej,
  • z roślin strączkowych, które w tabeli zawartości błonnika biją zdecydowaną większość innych produktów na głowę,
  • z owoców, tak samo jak w przypadku warzyw, jedzonych ze skórką, ale warto zauważyć, że suszone owoce mają błonnika jeszcze więcej,
  • z otrębów i płatków ze wszystkich zbóż, z mąki razowej i jej przetworów, z kaszy jęczmiennej i gryczanej,
  • z rozmaitych orzechów – migdałów, laskowych, ziemnych, z kokosa,
  • z pestek – słonecznika, dyni.

Zdrowie to równowaga, to zrównoważona dieta – ale także dbałość o inne funkcje organizmu, w tym o wydalanie, będącą najprostszą i najbardziej naturalną metodą na oczyszczanie naszego ciała. Organizm zatruwany współczesną, wysokoprzetworzoną żywnością nie jest w stanie sam sobie za pomocą tej metody poradzić, nawet organizm, o który dbamy, też czasem potrzebuje pomocy w prawidłowym funkcjonowaniu, dlatego dbałość o odpowiedni poziom błonnika powinna być jednym z podstawowych kryteriów przy tworzeniu prawidłowej diety.

I taka uwaga na koniec – moja początkowa dygresja nie odnosi się wyłącznie do pożywienia dla ludzi – taki przyziemny temat, jak psie kupy, zauważyliście, że nie ma już praktycznie białych kup, których pełno było kiedyś, za naszego dzieciństwa? Nie ma w tym nic dobrego, psy także cierpią z powodu niedoborów, biały kolor odchodów wynikał z ilości wapnia (głównie pochodzącego z gryzionych przez psy kości), obecnie tzw. pełnowartościowe karmy mają za zadanie dostarczać zwierzakom wszystkich niezbędnych składników. I wszystko pięknie, tylko czy nikogo nie zastanawia, dlaczego pies karmiony tą „wspaniałą” karmą i tak wypnie się na nią, jeśli tylko dostanie zwyczajną kość?

Dieta, którą wybrać, czym jest dieta?

Codziennie słyszymy, że ktoś „przechodzi na dietę”. W stwierdzeniu tym znajduje się jeden, podstawowy błąd, ponieważ każdy z nas w każdej chwili jest „na diecie”, nie jest bowiem „dieta” czymś wyjątkowym dla naszego żywienia, każdy sposób jedzenia jest dietą, złą, dobrą, szczególną, zwyczajną, ale dietą. Dlatego nie należy używać określenia „przejść na dietę”, tylko zawsze doprecyzować, na jaką, jest ostatnio bowiem tych „cudownych” od metra i jeszcze trochę, każda z nich obiecuje wspaniałe rezultaty, każda z nich jest z założenia „prosta” i „szybka”. Używamy cudzysłowu celowo, bowiem doświadczenia naszych znajomych z podobnymi „wspaniałymi” sposobami pokazuje jasno, że żadna z tych metod nie jest ani prosta, ani szybka, ani – co najważniejsze – skuteczna.

Żyjemy w czasach, kiedy wszyscy chcą dobrze wyglądać, od najmłodszych do najstarszych – i nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ, niestety, wygląd stał się jednym z najważniejszych kryteriów oceny człowieka. Smutne, ale prawdziwe, jeszcze nigdy nie byliśmy tak powierzchownym społeczeństwem, jak dziś, ale nie wydaje się, by mogło się to zmienić, karmieni jesteśmy przez media wszelkiej maści obrazkami, na których szczęśliwi są piękni, smutni już niekoniecznie. Wygląd został zrównany z sukcesem, w telewizji coraz więcej programów promujących piękno i spychających rozum na bardzo odległe pole, dlatego, jak napisaliśmy, trudno się dziwić temu pędowi do dobrego wyglądu.

Problem polega nie tylko na tym, że w tej nagonce na to, co odbiega od doraźnie wyznaczanych standardów piękna niektórzy stosują metody co najmniej nieracjonalne, problemem jest także to, że stosowanie „diety” służyć ma uzyskaniu dobrego wyglądu, zaś aspekt zdrowotny prawidłowego odżywiania się jest bardzo mocno marginalizowany – i nie wiem, czy to nie najgorsze w tym wszystkim. „Dieta” = odchudzanie, prawda? Tak można by sądzić, jeśli się posłucha 99% osób stosujących „dietę”, nikt prawie nie myśli o zdrowotnych konsekwencjach jej stosowania. Owszem, odchudzanie się ma w wielu przypadkach olbrzymi sens, szczególnie tam, gdzie mamy do czynienia z realną nadwagą lub otyłością, nie z wyimaginowanym nadmiarem kilogramów, wiadomo, że otyłość jest dziś problemem na skalę globalną, jednak stosowanie „cudownych” sposobów radzenia sobie z nią zwykle niesie ze sobą znacznie więcej skutków negatywnych niż pozytywnych.

Jednym z najczęstszych błędów, popełnianych podczas stosowania „diet cud” jest zaburzanie równowagi składników pokarmu dostarczanego organizmowi; wielokrotnie podkreślaliśmy, że równowaga jest kluczem do zdrowia, jej naruszanie, celowe czy nie prowadzić może jedynie do problemów. Dokładnie tak dzieje się w przypadku tzw. „diet”, nie można pozbawić organizmu, powiedzmy, węglowodanów i oczekiwać, że przyniesie to pozytywne skutki. Owszem, istnieje prawdopodobieństwo, że osiągnie się oczekiwany skutek (utratę wagi), ale kosztem istotnego pogorszenia stanu zdrowia, większość znanych nam przypadków stosowania takiej diety przyniosła ze sobą osłabienie odporności, chroniczne zmęczenie, brak ochoty do życia, pogorszenie nastroju i jego chwiejność, zaburzenia trawienia, nawet anemię. W dodatku wszystkie skończyły się rozczarowującym powrotem do poprzedniej wagi lub nawet wzrostem w stosunku do niej, kiedy organizm próbował odzyskiwać siły po takim złym traktowaniu. Takie powroty są także przyczyną wielu problemów psychicznych, gdyż osoba o obniżonej samoocenie, ze skłonnościami do depresji uzna to niechybnie za kolejną życiową porażkę, potwierdzającą wszystkie jej złe myśli na swój temat.

Kolejnym błędem, który dotyczy wszystkich takich diet jest fakt, że zmiana sposobu odżywiania się jest z założenia tymczasowa. Praktycznie nikt nie rozpoczyna „diety” bez perspektywy, że kiedy schudnie założone x kilogramów będzie mógł wrócić do poprzedniego sposobu jedzenia. Jaki jest zatem sens wprowadzania czegoś, co z założenia nie przyniesie żadnych długofalowych skutków, nie wniesie w życie żadnej nowej jakości, nie będzie miało żadnego znaczenia poza krótkotrwałym i bardzo złudnym poczuciem zadowolenia z siebie, że „dało się radę”? Jeżeli dotychczasowe odżywianie się spowodowało problem, to dlaczego istnieje takie pragnienie powrotu do niego, najlepiej jak najszybciej, najlepiej w jak najpełniejszym stopniu, dlaczego tak koniecznie chcieć, żeby znów można było robić sobie i swojemu organizmowi tę samą krzywdę, w dodatku z pełną świadomością tego? Ta tymczasowość diet powoduje, że osoby stosujące je mogą i pozwalają sobie na niezagłębianie się w jej istotę, nie analizują przyczyny powstawania problemu, nie zastanawiają się nad tym, jakie naprawdę skutki przyniesie taka zmiana. I właśnie ten brak refleksji nad szczegółami i ogółem zagadnienia sprawia, że tak beztrosko traktują zarówno swój stan przed dietą i po niej oraz samą dietę.

Jeszcze inny typ błędnego rozumowania to zastępowanie produktów pełnowartościowych ich wersjami „light” i dotyczy to nie tylko jedzenia. Nie zamierzamy propagować palenia papierosów, ale wiele badań naukowych wykazało jednocześnie, że papierosy „light” są bardziej szkodliwe dla zdrowia niż ich zwyczajne odmiany, co sprawia, że wszyscy, którzy żyją ułudą mniejszego szkodzenia sobie są w dużym błędzie. Podobne zastrzeżenia mają naukowcy do produktów spożywczych „light”, bowiem następuje w nich najczęściej nie tylko zubożenie wartości odżywczej produktu, ale w wielu przypadkach zastępowanie naturalnego (nawet jeśli postrzeganego jako niekoniecznie zdrowy) składnika innym, będącym często po prostu chemicznym dodatkiem typu polepszacz smaku, wypełniacz – np. słodzik w napojach gazowanych zamiast cukru obniża wartość kaloryczną, ale poza tym zabiegiem marketingowym nie daje żadnych korzyści, bowiem od dawna istnieją spore i uzasadnione, jak się wydaje, wątpliwości co do braku szkodliwego wpływu takich substancji na zdrowie. Warto także zauważyć, że stosowanie produktów „light” jest często impulsem do jedzenia znacznie więcej niż dotychczas, ponieważ łatwiej usprawiedliwić przed sobą takie postępowanie.

Niektórym wydaje się także, że metodą na zrzucanie wagi jest głodówka. Nic bardziej błędnego! Głodówka może być krótkotrwałym sposobem na oczyszczenie organizmu, wstępem do zmiany trybu życia i nawyków żywieniowych, ale na pewno nie może być metodą na dojście do odpowiedniej wagi. Nasz organizm wie lepiej, czego potrzebuje, nawet jeśli nasz mózg twierdzi, że jest inaczej. Kiedy zaczynamy głodować organizm przechodzi w stan uśpienia i zachowania energii, metabolizm spada drastycznie, rezerwy energii są oszczędzane bardziej niż kiedykolwiek. Zachodzące w organizmie procesy ulegają rozregulowaniu i nie jest łatwo później powrócić do równowagi, kiedy głodówka się kończy. W dodatku organizm pozbawiony przez jakiś czas pożywienia desperacko stara się zabezpieczyć przed ponownym wystąpieniem takiego stanu, dlatego istnieje olbrzymie prawdopodobieństwo, że po głodówce wystąpi okres olbrzymiego zwiększenia apetytu i w efekcie przybrania na wadze. Warto także zauważyć, że jednym z efektów głodówki jest bardzo nieprzyjemny zapach ciała, kiedy usuwanie toksyn z organizmu powoduje ich wydzielanie przez skórę.

Zanim zatem zaczniemy myśleć o „dietach cud” warto uświadomić sobie, czym jest tycie i co je powoduje. Banalne pytanie? Pewnie, ale dlaczego zatem tak mało osób się nad nim zastanawia lub celowo ignoruje je na co dzień, a potem sięga po „cudowne” sposoby na zmniejszenie wagi? Tycie to nadmierne zwiększanie się masy ciała z powodu złego odżywiania się (złej diety) w połączeniu z brakiem aktywności fizycznej lub jej niedostatecznym powodem. Brzmi jak opis codzienności 99,9% społeczeństwa, prawda? Dokładnie tak jest, niestety, olbrzymia większość z nas pracuje na siedząco, nie zastanawia się nad tym, co i jak je, wolny czas spędzamy na siedząco lub leżąco, aktywność fizyczną ograniczamy do niezbędnych czynności, takich jak sprzątanie, zakupy (najlepiej samochodem!), a potem tłumaczymy zmęczeniem i brakiem czasu to, że nie umiemy spędzać wolnych chwil z rodziną w aktywny sposób, czemu zaprzeczają choćby weekendowe tłumy w pasażach i centrach handlowych, w taki właśnie sposób spędzają bowiem np. niedziele Polacy.

Można wymieniać jeszcze wiele nieprawidłowości w odżywianiu się przeciętnego Polaka, można narzekać na babcie i mamy nakazujące dziecku zjeść wszystko z talerza, zamartwiające się, że „niejadek”, bo nie opycha się po brzegi. Można narzekać na uczenie dzieci od maleńkości jedzenia najgorszej jakości pożywienia, wyrabianie w nich nawyków podjadania, napychanie ich słodyczami i uczenie ich odruchu, że słodycz = nagroda. Można narzekać na kompletny niemal brak zainteresowania pediatrów edukowaniem swoich pacjentek-matek w dziedzinie prawidłowego odżywiania dzieci. Można narzekać na kulturę masową i massmedia, które robią ludziom wodę z mózgów, przekonujących ich nachalnie na każdym kroku, że trucizna jest dla nich dobra, ba! Że jest nie tylko doskonałym pożywieniem, ale także wyznacznikiem statusu, oznaką bycia „cool”, niezbędnym elementem tworzenia społecznych więzi, więc każdy, kto rezygnuje z trucizny stanie się wyrzutkiem. Można narzekać na politykę państwa, które nie prowadzi działań profilaktycznych ani edukacyjnych w dziedzinie otyłości, ale wciąż tłumaczy się z braku pieniędzy na służbę zdrowia, które wydaje na leczenie chorób wynikających ze złego odżywiania się.

Można narzekać na jeszcze więcej spraw – tylko po co? Od narzekania jeszcze się nikomu nie polepszyło, mimo że czasem mam wrażenie, że sporo naszych rodaków dokładnie na to liczy i narzeka coraz więcej. Nie, nie będziemy narzekać, wolimy skupić się na działaniu i iść do przodu, bo to najlepszy kierunek. Dlatego stosujemy się w życiu kilkoma zasadami:

Świadomość – bez niej nic się nie zmieni i wszystko pozostaje po staremu. Świadomość tego, czym jest prawidłowe odżywianie dla naszego życia, na ile kształtuje każdą jego sferę. Świadomość może być efektem jakiegoś konkretnego zdarzenia, pojawić się w określonych okolicznościach, np. w wyniku choroby kogoś bliskiego, ale może także przyjść sama z siebie, najważniejsze, by w końcu zrozumieć, co jemy, dlaczego, jak i co to dla nas oznacza.

Edukacja – zarówno samouczenie się, jak i edukowanie innych. Tak, czasem ludzie marudzą, że za dużo mówimy o tym całym zdrowym odżywianiu, ale za każdym razem, kiedy spróbują żyć po naszemu nagle okazuje się, że przyznają rację, że jednak zmienia się wszystko. Chcemy dzielić się z innymi tym, czego nauczyliśmy się sami, chcemy pomagać im żyć lepiej, oczywiście, nie narzucamy się nikomu.

Odpowiedzialność – zarówno za samych siebie, jak i za najbliższych, szczególnie za dzieci, bo to ich przyszłość kształtujemy najbardziej. Dziecko w pierwszych latach życia jest wzorem, według którego będzie odbywać się jego późniejsze życie, jeśli doprowadza się do stanu, w którym pięciolatek jest otyły, to na niemal 100% będzie otyły w dorosłości. Im wcześniej pomożemy im wyrobić dobre nawyki, tym bardziej mamy pewność, że będzie prowadził zdrowe życie i przekazywał wiedzę swoim dzieciom.

Zdrowy rozsądek – bez niego niewiele można zdziałać, a w każdym razie łatwiej wtedy coś popsuć niż naprawić. Jest konieczny, by nie popaść w przesadę, by zachować równowagę, tę najważniejszą w dbaniu o zdrowie cechę, jest konieczny, by umieć rozróżnić między tym, co niezbędne, co potrzebne, co niekonieczne, co szkodliwe. Zachowywanie umiaru jest bardzo ważne we wszystkim, w wyznaczaniu sobie sposobu życia tym bardziej.

Wytrwałość – czasem człowiek ma dość, kiedy nie wszystko działa tak, jak powinno, kiedy efekty przychodzą zbyt wolne lub w ogóle wydaje się, że ich nie ma, wtedy niesamowicie ważne jest, by się nie poddawać, by dążyć przed siebie, nie odwracać się i nie cofać, a efekty w końcu przyjdą i życie stanie się lepsze i łatwiejsze, zaś pewne rzeczy, które wymagały takiego wysiłku okażą się być naturalne i codzienne.

I najważniejsze w tym wszystkim, żeby zawsze pamiętać, że w gruncie rzeczy chodzi o sprawy najważniejsze – życie, zdrowie, zadowolenie, szczęście nasze i najbliższych. To niby banał, powtarzany tak często, że zdrowie jest najważniejsze, kiedy ono dopisuje, reszta jakoś się zawsze ułoży. Nie, to nie banał, to szczera prawda, dlatego tym bardziej dziwi, że tak często ignorowana przez tak wielu, podczas gdy dbanie o zdrowie może – i jest! – znacznie łatwiejsze niż się może czasem wydawać.

 

Olejek z drzewa herbacianego

Wyłącznie w Australii można spotkać drzewo herbaciane (melaleuca alternifolia) – nie mające nic wspólnego z krzewami herbacianymi i herbatą – z którego liści wyciskany jest olejek, będący bohaterem naszego dzisiejszego wpisu. Jak w przypadku wszystkich cudów natury znalazł on zastosowanie już tysiące lat temu, kiedy rdzenni mieszkańcy regionu zaczęli używać go w leczeniu rozmaitych dolegliwości, w tym przede wszystkim przeziębień i kaszlu, ale również w przypadku problemów ze skórą. Do nowoczesnej medycyny olejek trafił dopiero w latach trzydziestych XX wieku po badaniach Arthura Penfolda, który stwierdził, że aktywne działanie przeciw mikrobom olejku z drzewa herbacianego jest jedenastokrotnie mocniejsze niż np. fenoli.

Właściwości olejku – jego skuteczne działanie przeciwko bakteriom, wirusom, grzybom oraz cechy antyseptyczne – sprawiają, że z roku na rok rośnie ilość osób używających go zamiast leków dostarczanych przez przemysł farmaceutyczny, w tym także zamiast antybiotyków. Do czego zatem stosuje się olejek z drzewa herbacianego współcześnie? Oto kilka z jego z najczęstszych zastosowań:

  • leczenie trądziku – w przypadku łagodnej lub nieco ostrzejszej postaci tego, jakże powszechnego, problemu skórnego olejek z drzewa herbacianego wykazuje działanie równie skuteczne, jak powszechnie stosowane leki, jednak jest znacznie mniej drażniący dla skóry,
  • walka z grzybicą paznokci – długotrwałe stosowanie olejku przynosi doskonałe efekty w przypadku tej uciążliwej i wcale nie łatwej do wyleczenia dolegliwości, jednocześnie znacznie polepszając wygląd i ogólny stan paznokci,
  • leczenie „stopy atlety” – schorzenie to jest niczym innym, jak szczególnym rodzajem grzybicy stóp, trudnym do wyleczenia i wyjątkowo uciążliwym ze względu na wywoływane przez nie podrażnienia i ostre swędzenie, łuszczenie skóry, stan zapalny, w dodatku mocno zaraźliwym; w przypadku tej grzybicy olejek z drzewa herbacianego radzi sobie doskonale,
  • problemy ze skórą głowy – wszyscy, którzy mieli z nimi do czynienia, wiedzą, jak trudne są do wyleczenia i jak beznadziejna czasem wydaje się walka z nimi, szczególnie po kolejnym i kolejnym nawrocie objawów; olejek przywraca równowagę w skórze głowy, zwalcza grzybicę, będącą powodem łupieżu, zmniejsza wydzielanie sebum, tłustej substancji chroniącej włosy, której nadmiar może być szkodliwy, łagodzi stany zapalne,
  • leczenie drożdżycy ust i gardła – olejek z drzewa herbacianego wykazuje skuteczne działanie tam, gdzie zawodzą klasyczne środki, wykazano w badaniach naukowych, że radzi sobie z objawami tej kandydozy lepiej niż np. flukonazol,
  • leczenie wszelkiego rodzaju infekcji jamy ustnej – jest bardzo efektywny w przypadku problemów wywoływanych tak przez bakterie, jak i grzyby, leczy przyczyny problemów i łagodzi objawy,
  • leczenie i łagodzenie rozmaitych problemów skórnych – olejek świetnie sprawdza się w przypadku wszelkiego rodzaju podrażnień, reakcji alergicznych, drobnych uszkodzeń skóry, ran, wyprysków, wysypek, łuszczenia się naskórka i w wielu innych przypadkach, kiedy nasza zewnętrzna powłoka nie znajduje się w takim stanie, w jakim powinna.

Inne zastosowania olejku  z drzewa herbacianego obejmują między innymi:

  • łagodzenie objawów opryszczki,
  • leczenie infekcji pochwy,
  • leczenie infekcji uszu,
  • walkę z wszawicą i świerzbem oraz łuszczycą,
  • zwalczanie grzybicy woszczynowej (kiedyś nazywanej parchem),
  • zapobieganie infekcjom ran,
  • łagodzenie skutków skaleczeń, ukąszeń i powstawania pęcherzy,
  • łagodzenie bólu gardła, kaszlu (poprzez inhalację lub płukanki),
  • łagodzenie skutków oparzeń, w tym słonecznych,
  • odstraszanie owadów, na przykład komarów, usuwanie kleszczy,
  • usuwanie przykrego zapachu z ust,
  • usuwanie kurzajek, polipów.

Olejek z drzewa herbacianego jest jedną z tych substancji, które najlepiej działają przy stosowaniu miejscowym, przede wszystkim zewnętrznym, jednak zdecydowanie należy unikać spożywania go i połykania podczas płukania jamy ustnej czy gardła. Znajduje on także zastosowanie w naturalnych sposobach utrzymywania czystości w domu, szczególnie w kuchni i łazience, ponieważ jego właściwości antyseptyczne pozwalają chronić te pomieszczenia przed wszelkimi pasożytami.

Nawet jeśli olejek z drzewa herbacianego ma niewiele wspólnego z herbatą poza nazwą, może stać się czymś równie popularnym i równie powszechnym w naszych domach jak właśnie herbata. A warto przecież, zważywszy, że jest sposobem na w zasadzie wszystkie możliwe problemy ze skórą, zarówno w fazie leczenia, jak i zapobiegania im, co szczególnie teraz, kiedy nasza skóra jest wystawiona na działanie znacznie większej ilości czynników niż choćby w zimie – a jednocześnie jeszcze ważniejsze jest, by była zdrowa i wyglądała dobrze.