Witamina A

W końcu trafiliśmy na początek alfabetu i dziś zajmiemy się witaminą A, kolejnym niezbędnym składnikiem odżywczym, posiadającym pośród wszystkich ważnych funkcji tę jedną, która wyróżnia go i sprawia, że słowo „niezbędny” nabiera nowego znaczenia – witamina A jest bowiem odpowiedzialna za to, jak widzimy, a nawet czy widzimy w ogóle. Jej znaczenie dla wzroku znane było już starożytnym Egipcjanom, Grekom, Rzymianom, którzy potrafili zidentyfikować skutki niedoboru tego składnika i leczyć je za pomocą dostępnych ich środków.

Witamina A wpływa na nasz organizm w różnorodny sposób:

  • sprawia, że nasze oczy prawidłowo odbierają bodźce, szczególnie ważna jest w zapewnieniu prawidłowej adaptacji do zmiennych warunków oświetlenia, ale odgrywa również rolę w rozróżnianiu kolorów oraz w procesie zapobiegania patologicznym zmianom organu wzroku,
  • dba o inny nasz zmysł, węch, poprzez swój olbrzymi wpływ na stan błon śluzowych, zarówno w zakresie wzmacniania ich odporności, jak i przez zapobieganie ich wysychaniu, ta cecha witaminy A sprawia również, że wzrasta odporność całego organizmu, gdyż błony śluzowe są naszą pierwszą linią obrony przed szkodliwymi mikroorganizmami i nie tylko,
  • zajmuje się odpornością także poprzez wpływ na wytwarzanie przeciwciał i zwiększanie aktywności innych zwalczających pasożyty komórek,
  • reguluje funkcjonowanie komórek tkanki kostnej, co skutkuje prawidłowym wzrostem kości i zębów, jest także istotnym elementem w ogóle procesu wzrostu, w tym wzrostu komórek nabłonka,
  • jest silnym przeciwutleniaczem, dlatego przyczynia się w istotny sposób do oczyszczania organizmu, ale również działa intensywnie w profilaktyce raka, zwalczając szkodliwe wolne rodniki, wykazano również dobroczynne działanie witaminy A w zwalczaniu raka już istniejącego,
  • zapewnia właściwy, zdrowy stan skóry, włosów i paznokci, opóźnia się proces starzenia skóry, zapobiega wypadaniu włosów, chroni także skórę przed wpływem szkodliwego promieniowania UV, pomaga leczyć oparzenia, odpowiada za wytwarzanie kolagenu, sprzyja obniżaniu poziomu złego cholesterolu, pomaga w prawidłowym funkcjonowaniu układu krwionośnego.

Jak rozpoznać niedobór witaminy A? Jak zwykle w takich sytuacjach, objawy mogą być różne i być spowodowane wieloma innymi czynnikami, jednak zasadniczo przyjmuje się, że konsekwencją niedoboru witaminy A są:

  • przede wszystkim tak zwana kurza ślepota (zmierzchowa), która objawia się drastycznym ograniczeniem widzenia w słabszym oświetleniu i jest pierwszym objawem retinopatii barwnikowej, choroby prowadzącej do znacznego upośledzenia wzroku,
  • ogólne pogorszenie wzroku,
  • sucha skóra, czasem łuszcząca się, zaczerwieniona, do tego kruche paznokcie, rosnące zbyt powoli,
  • uczucie suchości oczu i pieczenia pod powiekami,
  • łuszczyca, trądzik, łysienie plackowate,
  • rogowacenie skóry, ale nie tylko, niedobór witaminy A powoduje także rogowacenie komórek oka, rogówki, dróg oddechowych, pokarmowych,
  • zahamowanie wzrostu,
  • skłonności do biegunek, brak apetytu, ogólne złe samopoczucie,
  • słabość kości, ich porowatość, zanik zębiny i miazgi zębowej.

Wątroba magazynuje spore ilości witaminy A, więc jej niedobór występuje dopiero po jakimś czasie (nawet kilku miesiącach), ale może być również efektem złego funkcjonowania wątroby. Uzupełnienie niedoborów polegać powinno być przede wszystkim na włączeniu do diety zwierzęcej wątroby (dokładnie taki sposób stosowali starożytni, o których pisaliśmy w pierwszym akapicie), przy czym wątróbka drobiowa zawiera jej więcej niż wołowa oraz warzyw i owoców: marchewki, naci pietruszki, dyni, szpinaku, jarmużu, sałaty, zielonego groszku, pomidorów, brokuły oraz wiśni, moreli, śliwek, pomarańczy, a także masła i jajek.

Nadmiar witaminy A spotykany jest rzadko, w przypadku jego wystąpienia mogą pojawić się nudności, wymioty, bóle głowy, problemy z koordynacją mięśni, drażliwość, swędzenie, szczególnie uważać na przedawkowanie witaminy A muszą kobiety w ciąży, gdyż jej nadmiar może powodować wady wrodzone u dzieci.

Kolejna pozycja na liście składników niezbędnych do życia za nami, jednak przed nami znacznie więcej tych, które każdy powinien poznać, zrozumieć ich znaczenie dla organizmu i przede wszystkim, nauczyć się z nich rozsądnie korzystać. „Wiem, że nic nie wiem”, ta starożytna maksyma w dziedzinie zdrowia i zdrowego odżywiania wydaje się być aktualna jak chyba w żadnej innej, codziennie poznajemy coś nowego, codziennie niemal zdarza się, że odkrywamy nowe znaczenia rzeczy, które – jak nam się wydawało – znaliśmy dobrze. Do zobaczenia zatem w kolejnym wpisie!

Olej lniany – pokarm dla mózgu

Wszędzie dookoła słyszymy o kwasach omega – o tym, że są niezbędne, że zdrowe, w reklamach wielkimi literami podkreślana jest taka czy inna zawartość. Skąd to się bierze? Otóż stąd, że kwasy omega-3 i omega-6 są jednymi z niezbędnych nienasyconych kwasów tłuszczowych (NNKT), kwasów, których organizm sam nie produkuje i muszą być dostarczane w pożywieniu.

Kwasy omega-3 wpływają pozytywnie na poziom „złego” cholesterolu, podnoszą zaś poziom „dobrego”, obniżają zawartość trójglicerydów, co ma olbrzymie znaczenie w profilaktyce przeciwmiażdżycowej oraz w walce z chorobami układu krążenia. Zapobiegają zapaleniom stawów, wspomagają leczenie rozmaitych stanów zapalnych, łagodzą uczucie łaknienia, zapobiegając pośrednio chorobom związanym z otyłością, mają także znaczenie w procesie regulacji poziomu cukru we krwi. Stanowią jeden z najważniejszych składników budujących system nerwowy i mózg, zmniejszają ryzyko występowania chorób układu nerwowego (choroba Alzheimera, stwardnienie rozsiane), wpływają korzystnie na wzrok, na skórę i paznokcie. Kwasy omega-6 odgrywają istotną rolę w procesie tworzenia hormonów zwanych prostaglandynami, które mają wpływ na obniżanie ciśnienia krwi poprzez rozszerzanie naczyń krwionośnych, na produkcję i skład krwi, na mięśnie gładkie; prostaglandyny hamują wydzielanie soku żołądkowego i zwiększają produkcję ochronnego śluzu, wspomagają przepływ krwi przez nerki, a co za tym idzie, wydzielanie wody, potasu, sodu.

Nie tylko jednak sama ich obecność w jedzeniu jest tak ważna – równie istotną role odgrywa zapewnienie odpowiednich proporcji między tymi kwasami. Oba mają zbawienny wpływ na organizm, jednak nadmiar jednego przy niedoborze drugiego może skończyć się bardzo źle (np. duże spożycie kwasów omega-6 przy jednoczesnym niedostatku kwasów omega-3 sprzyja rozwojowi raka piersi po menopauzie, powoduje także wzrost nowotworów prostaty oraz zmniejsza przeżywalność pacjentów nim zaatakowanych), brak równowagi między nimi może sprawiać także, że jedne będą niwelować działanie drugich. Prawidłowe proporcje kwasów omega-3 do omega-6 powinny wynosić od 1:1 do 1:4, tymczasem w diecie przeciętnego mieszkańca krajów rozwiniętych wynoszą nawet 1:50!

I tu dochodzimy do sedna sprawy, ponieważ teoria to jedno, a praktyka drugie, zatem warto wskazać taki produkt, który najlepiej ze wszystkich chyba łączy w sobie wszystkie zalety i pozytywny wpływ opisane powyżej, jednocześnie pozostając najlepiej zbilansowanym. Jest nim olej lniany – uzyskiwany przez tłoczenie na zimno (w temperaturze do 50 stopni Celsjusza) z nasion lnu. Znany już w starożytności, do niedawna nieco lekceważony i pomijany, ze względu na specyficzny smak i rzekomą wysoką cenę, znów zaczyna stawać się popularny, ponieważ jego skład zapewnia mu poczesne miejsce pośród najbardziej zdrowych produktów: powyżej 50% kwasu linolenowego (omega–3), 15% kwasu linolowego (omega–6), 15% kwasu oleinowego (omega–9), posiada zatem doskonałe dla ludzkiego organizmu proporcje między omega-3 i omega-6.

Olej lniany, w przeciwieństwie do powszechnie stosowanych olejów spożywczych, nie nadaje się do smażenia, traci bowiem wtedy wszystkie swoje dobroczynne cechy, nadaje się zatem do potraw na zimno, sałatek, surówek, past, warto jednak używać go w codziennej profilaktyce w ilości około 4 łyżek stołowych, także jako element diet oczyszczających. Zalecany jest szczególnie dla kobiet w ciąży i osób po 40 roku życia, jednak nadaje się dla każdego i w każdym wieku.

Warto wymienić kilka przykładów dobroczynnego działania oleju lnianego:

  • odpowiedni poziom NNKT powoduje, że dziecku zarówno w życiu płodowym, jak i po urodzeniu dostarczane są konieczne dla prawidłowego rozwoju mózgu oraz systemu nerwowego składniki, niedobór NNKT powoduje mniejszą odporność, a w późniejszym okresie może mieć poważne znaczenie dla ogólnej inteligencji dziecka;
  • NNKT wpływają na poziom hormonów w organizmie, mają zatem znacznie dla kobiet, które gorzej przechodzą okres menstruacji; w przypadku mężczyzn olej lniany stosowany jest w profilaktyce i leczeniu prostaty oraz jako wspomaganie leczenia niepłodności;
  • NNKT nie tylko wspomagają rozwój psychiczny, pomagają także w odzyskaniu równowagi w stanach depresji, gdyż biorą udział w produkcji serotoniny i dopaminy.
  • NNKT biorą udział w transporcie tlenu i produkcji hemoglobiny, przez co wspomagają proces ich regeneracji, olej lniany ma pozytywny wpływ na przemianę materii, zapobiega powstawaniu kamieni żółciowych; jest także bardzo ważny w procesie zwiększania odporności ze względu ma swoje zdolności do regeneracji i wzmacniania błoń śluzowych całego przewodu pokarmowego.

Jest znacznie więcej zalet oleju lnianego, ale nie da się opisać ich wszystkich w krótkim tekście, podsumowując zatem warto zwrócić uwagę na drobny fakt: więcej niż połowa kory mózgowej to kwasy omega-3, są one także budulcem przekaźników nerwowych. Dlatego nie powinno się pytać, czy używać oleju lnianego, powinno się jak najszybciej zadbać o to, by znalazł się w codziennej diecie – w naszej jest od dawna.

 

 

 

Co jedzą nasze dzieci?

Słodycze, parówki, fast food, błyskawiczne kisiele i galaretki, płatki śniadaniowe, chipsy, soki w kartonikach – czy można wymyślić lepszy zestaw, patrząc z punktu widzenia dziecka? Chyba nie, a który rodzic nie lubi uśmiechu własnej pociechy, który rodzic nie chce jej szczęścia? Spełniamy zatem ich zachcianki, przecież to „od czasu do czasu”, przecież „nie zaszkodzi”, przecież najważniejsze, żeby było szczęśliwe. Cóż, nie można chyba być bardziej krótkowzrocznym – bowiem w dalszej perspektywie okazuje się, że krzywdzimy tego małego człowieczka, fundujemy mu przyszłość pełną problemów i przez nieumiejętności odmowy (wygodę?) rujnujemy zdrowie. 

Co łączy wszystkie te produkty? Przede wszystkim wszystkie zawierają mnóstwo dodatków chemicznych, znajdziemy je w słodyczach i w parówkach, w żywności typu „instant” i w sokach robionych z zagęszczanych koncentratów. W większości z nich znajdziemy albo cukier w ilościach znacznie przekraczających normy zdrowego rozsądku (jeśli w ogóle można o takich mówić w przypadku cukru) lub sól w podobnie subtelnych proporcjach.  

Oczywiście, każda z pozycji na liście ma swoje cechy specyficzne, na przykład parówki: 95% dostępnych na rynku do de facto śmieci, odpady pozostałe z produkcji „prawdziwego” mięsa, tłuszcz, zmielone korpusy, skóry wieprzowe  i substancje sklejające to paskudztwo w całość, polepszacze, konserwanty, zagęszczające i nadające dobry wygląd parówkom, substancje równie zdrowe lub naturalne jak pozostałe składniki parówek. 

Fast food… Temat rzeka, w zasadzie wszyscy wiedzą, że szkodzi, wszyscy wiedzą, że jest niezdrowy, ale nie przeszkadza to im widocznie, o czym świadczą w zasadzie zawsze obecne w McDonald’s lub KFC kolejki. Owszem, większą część stałych bywalców stanowią nastolatki, którzy bardzo szybko i łatwo zaadoptowali styl życia swoich rówieśników z krajów Zachodu, ale mnóstwo jest rodzin z dziećmi, które na niedzielny spacer, obiad wybierają się w takie właśnie miejsca, a dzieci uczone są, że wizyta w barze fast food jest swego rodzaju nagrodą! O wadach fast food, o zagrożeniu ze strony „junk food” (śmieciowego jedzenia) napisano sporo książek, powstały o nim filmy (polecamy „Super Size Me”, warto obejrzeć, by przekonać się, jak kończy się dieta oparta na hamburgerach, frytkach i reszcie). I co? Nic. Smutne, prawda? 

Telewizyjne reklamy atakują nasze dzieci bajkowymi opowieściami o tym, jak powstają płatki, jak czekoladowy deszcz zalewa pola lub sympatyczny królik walczy z całych sił, by wydrzeć je z rąk złego wilka, a potem obdarować nimi dzieci. Trudno nie wierzyć w nie, jeśli ma się kilka lat i je się coś tak pysznie słodkiego – ale właśnie, słodkiego! Pod pretekstem dostarczania dziecku porannej energii, zastępowania nudnego i zwyczajnego śniadania czymś o wspaniałym smaku nasze dzieci karmione są cukrem w dużych ilościach, barwnikami. Wydaje Wam się, że te wszystkie witaminy, minerały i inne opisywane w reklamach zalety płatków są tym, czym się wydaje? Bynajmniej, tych naturalnych dawno nie ma, ponieważ w procesie przetwarzania zboża zniknęły i zostały zastąpione syntetycznymi odpowiednikami, więc gdzie to zdrowie? 

Oddzielny temat to tłuszcze do smarowania – te słodkie i te mniej, kremy czekoladowe, orzechowe i miksy margaryny i mleka. O ile w stosunku do tych pierwszych już sama ich formuła – słodkie i tłuste – sprawia, że mamy sporo wątpliwości co do ich wpływu na zdrowie (i słusznie, składają się głównie z tłuszczów, w tym utwardzanych tłuszczów roślinnych, do tego barwniki, konserwanty, substancje smakowe), to od dawna toczy się dyskusja o wyższości margaryny nad masłem i odwrotnie, tymczasem okazuje się, że jest ona w zasadzie bezprzedmiotowa. Margaryna miała być zdrowsza, ponieważ zawierać miała tłuszcze nienasycone – i tak byłoby, gdyby nie fakt, że w procesie produkcji i utwardzania tłuszczy roślinnych przekształcają się one w tłuszcze nasycone, a co gorsze, w tłuszcze trans, które są wyjątkowo szkodliwe dla człowieka.

Pozostając przy nabiale zajmijmy się jogurtami owocowymi. Zachwalane są jako źródło zdrowia, dobroczynnych bakterii – i to prawda, ale zapomina się o informowaniu w reklamach, że w tych samych jogurtach nasze dzieci dostają kilka łyżeczek cukru, a to nie tylko równoważy zalety jogurtów, ale wręcz sprawia, że stają się one szkodliwe, ponieważ o wpływie cukru pisaliśmy już wcześniej, a w dodatku dzięki niemu namnażają się grzyby i inne szkodliwe organizmy. 

Zmierzając do końca przejdźmy do produktów w oczywisty sposób szkodliwych, jednak wciąż obecnych w diecie dzieci, ba! Sklepiki szkolne pełne są dokładnie takich rzeczy, nie wiemy często nawet, że nasze dziecko zupełnie bez żadnej kontroli, ograniczone jedynie posiadanymi środkami finansowymi objada się chipsami, pije słodkie, gazowane napoje lub soczki z kartonów, ponieważ nie zdaje sobie sprawy z ich szkodliwości – więc warto uświadamiać na każdym kroku, najlepiej dawać przykład dzieciom poprzez niefolgowanie sobie nigdy, nie tylko w ich obecności. Chipsy składają się głównie z tłuszczu, spośród wszystkich łatwo dostępnych przekąsek są najbardziej kaloryczne i najgroźniejsze – 100g chipsów zawiera ponad dwukrotnie więcej kalorii niż 100 g boczku! W dodatku nie spotkamy na rynku przecież chipsów o smaku ziemniaków, wszystkie praktycznie zawierają sztuczne dodatki smakowe, nie mówiąc nawet o olbrzymich ilościach soli!

Słodkie napoje, zarówno gazowane, jak i soki uzyskiwane z koncentratów – oczywistym jest, że do ich produkcji używa się zatrważających ilości cukru lub sztucznych słodzików (których wpływ na organizm wciąż podlega gorącej dyskusji, zasadniczo dietetycy nie polecają korzystania z nich), ale poza tym równie szkodliwe barwniki, koncentraty smaku, drażniący przełyk dwutlenek węgla. Jaki jest zresztą sens picia soku z koncentratu, który powstaje poprzez odparowanie wody – a potem dodanie jej ponownie? Przy okazji do „soku” dodaje się wzmacniacze smaku, utraconego w procesie odparowywania, słodzi się go, dorzuca równie przetworzone kawałki owoców i „naturalny” sok gotowy.  

To wszystko, co napisaliśmy powyżej – dość oczywiste i naturalne, ale czy stosujemy te zasady na co dzień? Oczywiście, że stosujemy! Nasze dzieci nigdy nie były pojone colą ani oranżadą, nie jadły chipsów, słodycze zawsze były ograniczone do minimum i do wyjątkowych okazji. Nie karmiliśmy ich nigdy margaryną ani czekoladowymi kremami, piły jogurty wyłącznie naturalne, staraliśmy się, by w ich diecie znajdowało się jak najmniej produktów, co do których mieliśmy wątpliwości, czy nie będą im szkodzić. Od czasu zaś, gdy wzrosła nasza świadomość i zaczęliśmy żyć inaczej, jedzą jeszcze bardziej zdrowo – a my razem z nimi. Piją karob z mlekiem ryżowym zamiast tradycyjnego kakao, zamiast cukru używamy ksylitolu, maka orkiszowa zastąpiła pszenną – i w tym roku szkolnym i przedszkolnym żaden z nich nie był jeszcze chory na tyle, by musieć zostać w domu, żaden z nich nie traci ani chwili z radości życia, a my jesteśmy szczęśliwymi, spokojnymi rodzicami.

 

Budowa odporności

 

dieta5Czy można zbudować dom, w którym chciałoby się mieszkać, dom, który ma przetrwać w dobrym stanie długie lata, dom, w którym rodzimy się, żyjemy i zamierzamy się zestarzeć – z kiepskich materiałów? Odpowiedź jest banalna, nie można, w każdym razie nikt przy zdrowych zmysłach nie czyniłby tego świadomie, wiedząc, że naraża siebie i nie tylko siebie na niebezpieczeństwo, że konstrukcja runie znacznie szybciej niż zakładaliśmy lub że komfort mieszkania w takim domu będzie daleki od wymarzonego.

Odpowiedź jest banalna – i tak prosta, że aż wstyd w ogóle pytać, wstyd, że zastanawiamy się nad tym, a jednak w codzienności naszego życia często umyka nam ta kwestia i postępujemy dokładnie przeciwnie niż nakazywałby zdrowy  rozsądek, bo czymże innym, jak nie budulcem jest to, co jemy – a domem nasze ciało, nasz organizm. Codziennie budujemy, od urodzenia do śmierci, a jednak w większości zupełnie bezrefleksyjnie, nie przykładamy specjalnej wagi do tego, że jesteśmy tym, co jemy – a to oznacza, że jesteśmy słabą konstrukcją, zbudowaną ze złej jakości materiałów, narażoną z każdej strony ze względu na swoją słabość.

Pozostając przy naszej analogii – kiedy wieje silny wiatr, kiedy przychodzi plucha i czas, w którym dom jest najbardziej narażony, w jakim chciałoby się być? W tym, który oprze się naturze, który będzie bezpiecznym schronieniem, czy w takim, który zbudowaliśmy od niechcenia, bez planu ani nie przykładając staranności? Tu również nie ma powodu zastanawiać się nad odpowiedzią – a jednak znów bardzo często jest dokładnie odwrotnie, przychodzi jesień i zima, a my liczymy na łut szczęścia, na to, że może nie będzie taka sroga, na to, że uda nam się nie wystawiać na próbę odporności.

A kiedy już przyjdzie ten czas próby, wtedy okazuje się, że ściany pękają, przez dach leje się nam na głowę, ze strachem nasłuchujemy, czy nie słychać kolejnych oznak, że za chwilę to wszystko runie z hukiem; potem okazuje się, że nie jesteśmy w stanie sami naprawić szkód, więc musimy skorzystać z pomocy fachowców, którzy pomogą, oczywiście, że pomogą, dostaniemy od nich najlepsze, co mogą zaoferować, środki, które natychmiast przykryją pęknięcia, które załatają dziury, które dadzą nam złudne poczucie, że już jest dobrze i tak pozostanie.

Ale antybiotyki, bo o nich mowa, są rozwiązaniem tylko na krótką metę, pomogą, oczywiście, ale jakim kosztem? Każdy antybiotyk, każdy lek ma swoje skutki uboczne, których nie można lekceważyć ani ignorować przy leczeniu, jednak wciąż dla większości lekarzy są najlepszym rozwiązaniem na wszystkie schorzenia – i trudno się dziwić, kiedy do lekarza przychodzi pacjent, oczekuje wyleczenia, więc lekarz stosuje najbardziej skuteczny środek, który niemal na pewno pomoże, chociaż na chwilę. To, że pacjent za jakiś czas wróci, ponieważ antybiotyk przestał działać, ponieważ nie została usunięta przyczyna problemu, to już zupełnie inna sprawa.

Tymczasem okazuje się – i wiemy to, bo przeszliśmy tę ścieżkę, nie, nie przeszliśmy, weszliśmy na nią jakiś czas temu, wystarczająco długi już, by wiedzieć, że obraliśmy słuszny kierunek i zamierzamy na niej pozostać – że rozwiązanie leży znacznie głębiej i bliżej podstaw wszystkiego. Problem znika, gdy znika przyczyna, nie wtedy, kiedy usuwamy objawy – i to również banał, ale właśnie dzięki niemu nikt z nas nie zachorował w sezonie jesiennym, żadne z nas nie poddało się żadnej chorobie tej zimy i nawet jeśli jeszcze daleko do wiosny, to porównanie z zeszłym sezonem chłodów i z tym, co dzieje się dookoła wypada jednoznacznie.

Na czym polega różnica? Na tym, co jemy i czego nie jemy lub nie stosujemy. Zaczęliśmy od najprostszych kroków, wyeliminowaliśmy cukier, mąkę pszenną i produkty z niej, zaczęliśmy myśleć o tym, co jemy i efekty przyszły bardzo szybko. Nagle okazało się, że zniknęło uczucie ciężkości, po posiłkach szczególnie zawsze niemal obecne, ale także poza nimi, okazało się, że jest więcej energii w nas wszystkich. Zaczęliśmy czuć się lepiej sami ze sobą, budziliśmy się z większą ochotą na każdy kolejny dzień – i z coraz większym przekonaniem, że to dopiero początek.